08 lipca 2014

Rozdział 24- To.. To nie jestem ja.. Ktoś tam jest..

* Michelle *

J: Martin? Co się stało?- spytałam brata widząc, że ma zapuchnięte przekrwione oczy i zdarte kostki u prawej ręki.
Ma: Pokłóciłem się z Joshem.- spojrzałam na niego i przerzuciłam wzrok na Nathana, który wzruszył bezradnie ramionami.
J: Powiesz mi o co czy muszę to z ciebie wyciągać siłą?- Harry chwycił mnie za dłoń i lekko pociągnął zmuszając mnie do tego, bym usiadła na jego kolanach. Patrzyłam wyczekująco na brata i w końcu się doczekałam.
Ma: Zawoła mnie do swojego pokoju. Myślałem, że czegoś potrzebuje. Chciał pogadać..
J: Martin, do rzeczy błagam.- potarłam skroń przymykając oczy.
Ma: Chciał.. W sumie nie wiem czego chciał. Pytał czy przyjedziesz. Chyba mu było głupio. Nie wiem. W każdym razie przesadził.
J: Jak przesadził? Co powiedział?
Ma: Zaczął się unosić, w dodatku nawiązując do ciebie. Nie wytrzymałem i się na niego zacząłem drzeć, a wiesz dobrze, że nigdy nie podniosłem na niego głosu.- kiwnęłam głową spuszczając wzrok.- Zaczął się nad sobą użalać i mu wygarnąłem.
J: Nie zrobiłeś mu nic?
Ma: Nie. Poniosło mnie, ale bez przesady.
J: To co ci się stało? Pokaż tą rękę..- wstałam i kucnęłam przed bratem biorąc jego dłoń w swoje ręce.
Ma: Byłem wkurzony i wyżyłem się na jakimś murze po drodze..
J: Kretyn.. Mogłeś to zrobić w siłowni.. Opatrzyłeś to jakoś?
Ma: Nie. Zadzwoniłem zaraz jak wróciłem do domu. Tak mnie nosiło, że Nathan musiał mnie uspakajać cały czas. Nic mi nie jest.
J: Dobra dobra. Idziemy do łazienki.- trzymając go za rękę poszłam do łazienki i z szafki wyjęłam wodę utlenioną i bandaż.- Nie wiem jak ty to zrobiłeś, ale nieźle się załatwiłeś.- rękę miał zdartą w niektórych miejscach do mięsa.
Ma: Michi.. Idź do Harry'ego.. Przyjechał specjalnie dla ciebie, a ty się mną zajmujesz.
J: Szczerze powiedziawszy wcale mi się do niego nie śpieszy.
Ma: Pokłóciliście się?
J: Można tak powiedzieć.
Ma: Co się stało?
J: Przyjechał tylko dlatego, że mu kazali. Zabrał mnie na koncert Adele. Wyglądał na zdziwionego, ale coś czuję, że to też było ustawione, bo zaprosili nas na scenę. Wkurzył mnie tym wszystkim. Jutro, jak nie jeszcze dzisiaj w sieci znajdą się nasze zdjęcia, bo było pełno paparazzi.
Ma: Serio?
J: A czy wyglądam jakbym żartowała?- zajmowałam się jego ręką ale czułam, że się na mnie patrzy.
Ma: Nie wierzę..
J: To nie wierz, ale tak własnie było! Tak było jest i będzie! A ja już mam tego dosyć! Mam już dosyć..- po moich policzkach popłynęły łzy po mimo tego, że szczelnie zaciskałam powieki. Przygryzłam policzki i wzięłam głęboki oddech.- Nathan!- krzyknęłam bojąc się o to, że głos mi zadrży i zdradzi wszystkie moje emocje. Chłopak wszedł do łazienki po niecałej minucie i spojrzał na nas pytająco. Na całe szczęście nie słyszał moich wcześniejszych krzyków. Stałam do niego tyłem starając się o to by nie zobaczył mojej twarzy.
J: Możesz dokończyć? Jestem zmęczona..
N: Jasne. Nie ma sprawy..


*Nathan*

Michelle wyszła z łazienki unikając mojego spojrzenia, jakby się bała lub coś ukrywała. Martin wyglądał jak pięcioletni chłopiec, na którego właśnie nakrzyczała mama ale jednocześnie w jego oczach było widać troskę.
J: Co się stało? I nie mów, że nic, bo za długo was znam..
Ma: Z nią chyba też się właśnie pokłóciłem.. Co jest ze mną nie tak?
J: Wiesz.. Myślę, że dzisiaj taki dzień. Każdy się z kimś kłóci. Wszyscy jesteśmy spięci już od kilku tygodni i przy każdej błahostce po prostu wybuchamy i się wyżywamy.. Na przykład na bogu ducha winnym murze..- wskazałem nosem na dłoń przyjaciela i polałem najgłębszą z ran wodą utlenioną na co Martin syknął odruchowo cofając rękę. Spojrzałem na niego z uniesioną brwią i zacząłem się śmiać. Z początku oberwałem z łokcia w żebra, ale zaraz przyjaciel dołączył do mnie i śmialiśmy się oboje.
Ma: Dzięki stary..- powiedział kiedy skończyłem bandażować jego dłoń i poklepałem go po plecach uśmiechając się przyjaźnie.
J: Pójdę do Michi. Jak myślisz? Siedzi na..?
Ma: Strychu?- dokończył za mnie.- Na bank.
J: Instrument?
Ma: W tym momencie mogło paść na każdy z istniejących instrumentów..
J: Aż tak źle?
Ma: Sam zobaczysz.. Powodzenia..
J: Dzięki..- wyszedłem z łazienki i ruszyłem schodami na samą górę domu. Nie spieszyłem się bo nie chciałem przerywać Michi w wyżywaniu się na instrumentach. To mogłoby być trochę niebezpieczne. Po kilku chwilach usłyszałem bębnienie w perkusję. Jeju.. Naprawdę jest źle. Zawsze zamykała za sobą drzwi, teraz nawet tego nie zrobiła. Będąc na drugim piętrze minąłem Harry'ego. Uśmiechnął się do mnie smutno i spojrzał w górę schodów. Spuścił głowę i zaraz schował się do  swojego tymczasowego pokoju. Zrobiło mi się go przez chwilę szkoda, ale kiedy usłyszałem, że tempo, które wygrywała Michi zwiększyło się dwukrotnie przyspieszyłem kroku i już po kilkunastu sekundach byłem w dźwiękoszczelnym studio. Zamknąłem za sobą drzwi i oparłem się o futrynę patrząc na przyjaciółkę wymachującą pałeczkami. To co wyczyniała z instrumentami było zdumiewające. Nawet grając na perkusji zachowywała grację. Każde jej uderzenie po mimo tego, że było mocne wyglądało na delikatne, zupełnie tak, jakby czule głaskała każdy talerz i bęben. Spojrzałem na jej stopy i nie szczególnie zdziwiłem się gdy zobaczyłem na nich obcasy, które miała na sobie wchodząc do domu. W pewnym momencie jej gra nabrała takiego tempa, jakby Michi miała zaraz wybuchnąć. Przestraszyłem się cholernie gdy wykonując ostatnie uderzenie dziewczyna wstała i wrzeszcząc cisnęła pałeczkami w ścianę na przeciwko. Kiedy się ogarnąłem i wziąłem głęboki oddech wolnym krokiem ruszyłem po pałeczki. Podniosłem je i zamiast dwóch patyczków miałem w rękach cztery. Spojrzałem na dziewczynę, która na twarzy miała ślady po świeżych łzach. Była wściekła i nie dało się tego ukryć.
J: Chcesz następne?- spytałem a Michi wygramoliła się zza perkusji i zaczęła biec w moim kierunku. Chyba chciała na mnie wskoczyć, ale zwinnie przesunąłem się w bok lekko kucając i złapałem dziewczynę przerzucając ją sobie przez ramię. Krzyczała i uderzała mnie z całej siły w plecy co nie było przyjemne biorąc pod uwagę to, jaką siłą dysponowała dziewczyna.
J: Uspokój się Michi! Do cholery jasnej, zaraz mi żebra połamiesz! Michelle Nelly Carter! Spokój!- postawiłem ją przed sobą i złapałem mocno za ramiona.- Ze mną też się chcesz pokłócić?- spytałem stanowczym tonem i dziewczyna przestała się rzucać. Wziąłem jej twarz w dłonie i kciukami przetarłem mokre policzki.
J: Już? Przeszło Ci czy chcesz jeszcze w coś walnąć?- puściłem ją i spojrzałem badawczo. Przez kilka pierwszych sekund nic się nie działo, a potem w jednej sekundzie dziewczyna znalazła się w moich ramionach i płacząc wtulała się w moją klatkę piersiową. Było mi jej tak strasznie szkoda. Jej najlepszy przyjaciel traktował ją tak, jakby to ona była wszystkiemu winna, chłopak spotkał się z nią tylko dlatego, że mu kazali a brat.. Pokłócił się z nią w momencie, w którym go naprawdę potrzebowała. Przygarnąłem ją mocniej do siebie a po chwili chwyciłem ją za uda i posadziłem ją sobie na biodrach. Uczepiła się mnie jak małpka i w takim stanie trafiliśmy do jej sypialni. Położyłem ją na łóżku i przykryłem kołdrą.
Mi: Nate.. Nie idź sobie.. Zostań ze mną, proszę..- pociągnęła nosem, przetarła policzek wierzchem dłoni i podkuliła nogi siadając.
J: Ale jak zaśniesz pójdę do siebie. Nie chcę, żeby Harry się później czepiał..
Mi: Pieprzyć go. Chodź tu.- zdjęła buty ze zmęczonych stóp i spojrzała na mnie wyczekująco. Położyłem się obok niej i dziewczyna przeciągnęła moją rękę za siebie tak, że ją obejmowałem a jej głowa spoczęła na mojej klatce. Z jej oczu nadal leciały łzy. Głaskałem ją po głowie i plecach chcąc ją trochę uspokoić.


*Michelle*

Kiedy się obudziłam, pierwsze co poczułam to tępy ból głowy. Przypomniałam sobie szybko wydarzenia z poprzedniego dnia i skarciłam się w myślach. Usłyszałam, że ktoś jest w pokoju. Powoli otworzyłam oczy i zobaczyłam, ze na skraju łóżka siedzi Nathan. Potargane włosy sterczały mu na wszystkie strony, co nadawało mu uroku. Chyba wyczuł, że się na niego patrzę bo odwzajemnił moje spojrzenie. Uśmiechnął się do mnie delikatnie i obrócił do mnie przodem.
N: Jak się spało złośnico?- spytał i potargał mi włosy, które zapewne i tak już żyły swoim życiem.
J: Tak. ale cholernie boli mnie głowa.
N: Chcesz aspirynę?
J: Boże..
N: Co?
J: Ale Cię ubrudziłam..- powiedziałam i poczułam jak się rumienię. Chłopak spojrzał na swoją koszulkę i wzruszył ramionami.- Zostaw ją od razu w moim koszu na bieliznę. Wypiorę ją dzisiaj.
N: Nie trzeba.
J: Nalegam.
N: Dobrze, niech ci będzie.- chłopak wstał, przeciągnął się i zdjął z siebie koszulkę.
J: Boże Święty! Nathan! Co ci się stało?!- spojrzał na mnie zdezorientowany- Masz na plecach wielkie siniaki! Kto ci to zrobił?
N: Michi.. Dobrze się czujesz?
J: Tak.. A ty? Bo twoje plecy nie wyglądają dobrze.
N: Michi.. Spójrz mi prosto w oczy..- spojrzałam na niego jak na ostatniego debila, ale widząc jego powagę wykonałam polecenie. Chłopak chwycił moją twarz i zaczął mi się uważnie przyglądać.
J: Co? O co ci chodzi?
N: Uderzyłaś się wczoraj o coś?
J: Nie.. Raczej nie.. Josh, powiedz mi o co chodzi..
N: Jak mnie nazwałaś?
J: Josh.. Tak masz na imię. Co w tym dziwnego?- chłopak szybko mnie puścił i zdenerwowany zaczął się rozglądać po pokoju. Kompletnie nie wiedziałam o co mu chodzi.
N: Leż i się nie ruszaj, rozumiesz? Nie ruszaj się dopóki nie wrócę.
J: Dobra..- patrzył na mnie jakbym zwariowała i wybiegł z pokoju.


*Martin*

Siedziałem w salonie, kiedy usłyszałem, że ktoś zbiega po schodach. Odwróciłem się w tamtym kierunku i zobaczyłem Nathana. Wyglądał na przerażonego. Wiedziałem, że musiało chodzić o Michi, bo spał u niej. Od razu zerwałem się na nogi i ruszyłem w kierunku pokoju siostry.
J: Co się stało?
N: Nazwała mnie Joshem, nie pamięta kilku rzeczy z wczoraj i ma nierówne źrenice. Mówiła też, że boli ją głowa. Moim zdaniem powinniśmy zabrać ją do szpitala.
J: Nie uderzyła się nigdzie?
N: Mówi, że nie, ale nie pamiętała też tego, że mnie wczoraj pobiła.- wyprzedzając mnie wskazał na swoje plecy i wszystko było jasne. Szczerze powiedziawszy jeszcze nigdy nie widziałem tak dużych i ciemnych siniaków. Weszliśmy do pokoju mojej siostry i zastaliśmy ją stojącą przed lustrem. Wyglądała tak jakby zobaczyła ducha.
J: Michi.. Wszystko okej? Dobrze się czujesz?- spojrzała na mnie roztrzęsiona i drżącą ręką wskazała na lustro. Kręciła głową z niedowierzaniem i z oczu zaczęły płynąć jej łzy.
N: Michi, co się dziej?
Mi: To.. To nie jestem ja.. Ktoś tam jest..- zaczęła zanosić się płaczem i trząść się tak jakby miała jakiś napad. Spojrzałem w lustro ale zobaczyłem w nim jedynie jej odbicie i szybko do niej podszedłem.- Nate wyjmij jej jakieś buty z garderoby. Płaskie i najlepiej wiązane.- chłopak kiwnął głową i zniknął w garderobie, a ja posadziłem siostrę na łóżku i zacząłem jej się przyglądać. Faktycznie miała nierówne źrenice.
J: Michi. Boli cię coś teraz?
Mi: Nie.. To znaczy głowa. I to bardzo..- Nate wrócił ubrany w bluzę i założył mojej siostrze buty po czym wziął ją na ręce i ruszyliśmy do samochodu. Po drodze natknęliśmy się na Harry'ego.
H: Co się stało?- doskoczył do dziewczyny tak szybko, że mało brakowało a sam wskoczył by Nathanowi na ręce.
N: Ma nierówne źrenice, boli ją głowa, nie pamięta części wczorajszego dnia i myli osoby. Jeśli możesz zostań w domu, my jedziemy do szpitala. Jak będziemy coś wiedzieć to do ciebie zadzwonię. Okej?- chłopak tylko kiwnął głową i zatrzymał się w korytarzu. Po kilkunasty minutach byliśmy już w szpitalu i czekaliśmy na przyjęcie Michi przez lekarza.


*Zayn*

Siedzieliśmy z chłopakami w salonie. Każdy z nas miał na sobie jeszcze piżamę i nikt nie miał w sobie zbyt wiele energii. Do moich uszu dobiegł sygnał telefonu. Pobiegłem do swojego pokoju, chwyciłem komórkę i odebrałem nie patrząc kto dzwoni.
J: Tak?
H: Zayn..- głos przyjaciela drżał i nie zapowiadał nic dobrego. Przysiadłem na łóżku i słuchałem wysypujących się z chłopaka słów.- Michelle jest w szpitalu z Martinem i Nathanem. Wczoraj się pokłóciliśmy. Nie poznaje osób, ma częściowy zanik pamięci, strasznie boli ją głowa i ma nierówne źrenice. Boję się, że to przez naszą kłótnię. Strasznie się wczoraj wściekła i wyżywała się na perkusji. Zayn.. Boję się..- chłopak pociągnął nosem i wziął głęboki drżący oddech.
J: Hazz, spokojnie. Nie bój się i nie denerwuj, bo to w niczym nie pomoże. Mam przyjechać?
H: Nie, nie.. Ja.. Po prostu nie wiem, co mam zrobić. Nate kazał mi zostać w domu, ale nie wytrzymuję. Cały się trzęsę i nie mogę się uspokoić. Pojechali już godzinę temu i nadal nie zadzwonili. Powiedzieli, że zadzwonią.
J: Hazz! Uspokój się!
H: Przepraszam..
J: Już dobrze. Uspokój się, zadzwoń do chłopaków, spytaj czy możesz przyjechać i wtedy do mnie zadzwoń, okej? Tylko się nie denerwuj..
H: D-dobrze.. Zaraz zadzwonię. Dzięki Zayn..
J: Nie masz za co. A teraz wdech, wydech i spokój. Do usłyszenia Hazz.
Zszedłem do chłopaków i przekazałem im wieści od przyjaciela. Wszyscy siedzieliśmy skupieni i pochyleni nad moim telefonem w oczekiwaniu na wieści. Kiedy komórka zaczęła wibrować wszyscy podskoczyli i spojrzeli na mnie z wyczekiwaniem. Odebrałem i usłyszałem, że Hazz wsiada właśnie do samochodu i jedzie do szpitala. Styles obiecał, że jeśli się czegoś dowie to od razu do nas zadzwoni.


*Martin*

Siedzieliśmy na szpitalnym korytarzu i w głowie miałem jedynie wspomnienia.. Zdecydowanie same złe wspomnienia.. Atak Charlesa na Michi, osłabienie Josha.. Z zamyślenia wyrwał mnie głos Harry'ego.
H: Wiadomo już coś?- spytał zdyszany.- pokręciłem przecząco głową i oparłem się o ścianę przymykając oczy.- Martin..- spojrzałem na przyjaciela, który wyciągał do mnie rękę z jakąś torbą.
J: Co to jest?
H: Nadal jesteś w piżamie. Zabrałem dla ciebie ubrania i rzeczy Michelle.- uśmiechnął się do mnie smutna i lekko potrząsnął torbą.
J: Dzięki- chwyciłem pakunek i ruszyłem do najbliższej łazienki gdzie szybko się przebrałem i wróciłem do przyjaciół. Po następnych kilku minutach podszedł do nas lekarz i poprosił mnie na bok.
L: Pańska siostra doznała wstrząsu mózgu. Musiała się porządnie w coś uderzyć głową. Przepadaliśmy ją również pod względem wszelkich możliwych chorób tak jak pan prosił i wykonaliśmy morfologię. Większość wyników jest bardzo dobra, ale wolelibyśmy zostawić ją na kilka dni na obserwację. Wyraża pan na to zgodę?
J: Tak, tak, oczywiście. Jeśli jest to konieczne to nie zamierzam się sprzeciwiać.
L: Dobrze, że pan i pana kolega tak szybko zareagowaliście. Nie wiemy tylko kiedy i w jaki sposób doszło do wstrząsu, tak?
J: Niestety nie. Kolega powiedział, że zaraz po przebudzeniu na pewno w nic się nie uderzyła. Ewentualnie podczas snu albo wcześniej.
L: No dobrze. Gdybyście jednak doszli do tego co się stało prosiłbym o kontakt, dobrze?
J: Tak, oczywiście. Dziękuję panie doktorze. Mógłbym się teraz zobaczyć z siostrą?
L: Tak, byle nie za długo. Powinna teraz poleżeć w spokoju i ciszy. Dostała silne leki więc niedługo zrobi się senna. Sala 312 po prawej za gabinetem pielęgniarek. Do zobaczenia.- kiwnąłem głową i odwróciłem się do przyjaciół, którzy wpatrywali się we mnie dużymi oczami. Podszedłem do nich i opowiedziałem wszystko, czego dowiedziałem się od lekarza i ruszyłem w wyznaczonym kierunku, żeby zobaczyć co z moją siostrą. Wchodząc na salę zobaczyłem dziewczynę, która leżała na przeciw Michi. Spała, a przynajmniej miała zamknięte oczy. Była podobna do Michelle z przed kilku lat. Jasne włosy do ramion, mocno zarysowane kości policzkowe i wyraźna linia szczęki, duże oczy otoczone wachlarzem gęstych długich rzęs, które z pewnością potrafiły onieśmielić. Na szafce przy jej łóżku leżał gruby notes, który brzegi miał ubrudzone ołówkiem i kredkami, leżącymi zaraz obok wraz z odtwarzaczem muzyki. Tak, zdecydowanie przypominała Michelle. Uśmiechnąłem się pod nosem i podszedłem do łóżka siostry. Spojrzałem na nią z czułością i na szafce położyłem torbę z rzeczami dla niej.
J: Jak się czujesz?
Mi: Dobrze, ale zaczynam robić się senna.
J: To przez leki. Doktor powiedział, że musisz tu zostać na kilka dni.
Mi: Po co?
J: Miałaś wstrząs mózgu z nie wiadomo jakiej przyczyny. Niektóre wyniki badań są niejasne, więc chcą cię dokładniej przebadać i trochę poobserwować.. Michi.. Nie uderzyłaś się wczoraj w głowę?
Mi: Nie.. Przynajmniej nic takiego nie pamiętam.. Co tam masz?- spytała wskazując na torbę.
J: Masz tutaj piżamę, odtwarzacz muzyki, szkicownik z ołówkami i twojego misia.
Mi: Tego od taty?
J: Tak. Harry wszystko przywiózł. Na razie masz tutaj podstawową kosmetyczkę: szczoteczkę do zębów, pastę, szczotkę do włosów, szampon, płyn do kąpieli i dwa ręczniki. Jak będziesz jeszcze czegoś potrzebować to mów otwarcie i wszystko ci przywieziemy. A i bieliznę też oczywiście masz. Hazz o niczym chyba nie zapomniał.- Michi wykrzywiła twarz w dziwnym grymasie.- Co się stało? Boli cię coś?
Mi: Nie.. Ni chodzi o to.. Po prostu wczoraj byłam na niego taka wściekła, a on i tak dla mnie tyle robi. Ja na niego chyba nie zasługuję..
J: Michi, nawet tak nie mów. Każdy ma gorsze i lepsze dni. On cię kocha i będzie cię kochał mimo wszystko. To, że się pokłócicie jeszcze milion razy jest pewne bo oboje macie mocne charaktery. Nawet to, że przyjechał bo mu kazali nie zmieni tego, że cieszył się jak pięciolatek z tego, że znowu cię zobaczy, przytuli, pocałuje, a o reszcie nie chcę wiedzieć, żeby było jasne..
Mi: Martin.. Przestań.- zaśmiała się krótko, ale wesoło i oparła głowę o poduszki.- Zrozumiałam- uśmiechnęła się i na jej policzki wkradły się rumieńce.
J: Zaraz odpłyniesz, co?
Mi: Chyba tak- zachichotała i głośno ziewnęła na co się zaśmiałem. Przytuliłem ją mocno i potargałem jej lekko włosy.
J: Ja już uciekam w takim razie. Ty odpoczywaj. Komórkę też masz w torbie w razie problemów.- spojrzałem na zegarek i aż się przeraziłem.- O kurde..
Mi: Co się stało?
J: Zapomniałem, że dzisiaj jest trening. Dobra siostrzyczko. Zmykam, ale Harry i Nathan mogą zostać.
Mi: Podziękuj im. Mogą tu przyjść jeśli chcą.
J: Okej, przekażę. Kocham cię.- pocałowałem ją w czoło i wyszedłem z sali. Kiedy znalazłem się przy chłopakach o czymś zawzięcie dyskutowali, ale kiedy mnie zobaczyli umilkli w ciągu mniej niż jednej sekundy.
J: Em.. Możecie iść do Michi, ale jest zmęczona. Sala 312. Ja jadę na trening.. Do zobaczenia później.- kiwnęli głowami i spojrzeli na siebie jakby się chcieli pozabijać. Nawet nie chciałem pytać o co im chodzi. Ruszyłem szybkim krokiem do auta i w duchu dziękowałem sobie za to, że w bagażniku zawsze woziłem zapasowy strój. Po kilkunastu minutach stałem już w sali gimnastycznej i opowiadałem o wszystkim trenerowi. Zmartwił się i nic nie mogło go uspokoić. Poprosił mnie żebym wszystkich ogarnął, bo on miał problemy z gardłem i nie mógł się nadwyrężać. Kiedy wszyscy już stanęliśmy w półokręgu i wysłuchiwaliśmy poleceń trenera na salę wszedł Josh. Kompletnie mnie zatkało. Szedł o własnych siłach i wyglądał na wiele silniejszego niż poprzedniego dnia. Trener zauważył, że się rozproszyłem i podążył za moim spojrzeniem. Josh uśmiechnął się krzywo i usiadł na trybunach. Gestem dłoni dał znak, że mamy kontynuować.
T: Dobra. Czas na rozgrzewkę. Pamiętajcie, że musicie dokładnie rozruszać każdy staw i mięsień, żeby nie nabawić się kontuzji.
Spojrzałem na moją rękę i dopiero teraz przypomniałem sobie, że mam ją zabandażowaną. Michi jednak pomyślała o wszystkim i uwiązała bandaż tak, żeby nie przeszkadzał w grze. Kątem oka dostrzegłem, że trener rozmawia z Joshem, który mnie bacznie obserwuje. Pewnie zastanawiał się, co mi się stało. Przyłączyłem się do chłopaków i zaczęliśmy ćwiczyć odbicia a potem serwy. Usłyszeliśmy gwizdek, ustawiliśmy się , trener podzielił nas na zespoły i zaczęliśmy grać. Szło nam naprawdę nieźle i po mimo tego, że mieliśmy w zespole kilku pierwszoklasistów to wygrywaliśmy każdy set. Został nam jeszcze jeden set do rozegrania i na salę weszły nasze kochane cheerleaderki. Uwielbiały paradować w swoich obcisłych skąpych strojach, które działały tylko na tych, którzy ich jeszcze nie poznali. Pierwszak Mike grający w moim zespole prawie że wywiesił na nie jęzor. Piłka leciała w jego stronę i już miałem ją odbić ale cofnąłem ręce i chłopak dostał w głowę. Spojrzał na mnie zdezorientowany.
M: Ej! Co to miało być? Nie mogłeś tego odbić?!- zaczął się niemalże na mnie rzucać, co wyglądało co najmniej śmiesznie przez naszą różnicę wzrostów. Złapałem go za głowę i drugą rękę, w której trzymałem piłkę podsunąłem przed jego twarz.
J: Jak grasz, skupiasz się na piłce. Nie cyckach i tyłkach dziewczyn. Jasne?- wszyscy dokoła się roześmiali a Mike zrobił się cały czerwony. Wszyscy zgodzili się na powtórkę serwu i mój zespół dostał punkt. Szliśmy dosłownie łeb w łeb i kiedy wykonywałem decydujący serw dostałem czymś w głowę. I jak się okazało nie tylko ja, ale i połowa mojej drużyny zostaliśmy obrzuceni pomponami. Wkurzyły mnie tym do granic możliwości. Trener gdzieś wyszedł więc skorzystałem z okazji. Wziąłem do rąk po pomponie i wykonując różne akrobacje znalazłem się przed kapitanką Best Cheerleaders. Przełożyłem pompony do jednej ręki i wolną dłonią pociągnąłem za koszulkę dziewczyny. Pompony wepchnąłem pod jej wdzianko i uśmiechnąłem się szyderczo.
J: No, teraz wyglądasz jakbyś miała naprawdę fajne sztuczne cycki a nie tandetny silikon.- reszta cheerleaderek zaniemówiła a pani kapitan zrobiła się cała czerwona i uniosła ręce, które szybko złapałem.- Naprawdę chciałabyś połamać paznokcie? Bardzo zdesperowana jesteś. Moja droga, umowa była jasno określona. Wchodzicie piętnaście minut wcześniej, żeby się rozgrzać a nie po to by napieprzać w moją drużynę pomponami. Jeszcze jeden taki numer i zostaniecie wyrzucone z sali. Rozumiesz ślicznotko?- dziewczyna wyszarpnęła ręce i stanęła wyprostowana z zadartym nosem.
T: Martin! Co się dzieje?- obróciłem się do trenera i uśmiechnąłem przyjaźnie.
J: Nic nic, tłumaczyłem tylko dziewczynom, że nie ładnie jest przeszkadzać w treningu szkolnej reprezentacji, która od trzech lat zdobywa miejsca na podium we wszystkich konkursach, w których bierze udział. Megan.. A wy? Ile razy wygrałyście odkąd jesteś panią kapitan?
M: Zamknij się Carter, bo pożałujesz.- wysyczała przez zęby na co się jedynie uśmiechnąłem.
J: Szczerze wątpię, ale wiedz, że się okrutnie boję.- udałem, że się trzęsę i wróciłem do swojej drużyny. Wszyscy powstrzymywali śmiech a ja gestem ręki pokazałem, że zbieramy się do szatni i tak też zrobiliśmy. Kiedy wyszedłem już ubrany z szatni dopadł mnie Josh.
Jo: Martin!
J: Co?
Jo: Czemu nie było Michi?
J: Interesuje cię to?- spytałem nadal idąc przed siebie.
Jo: Tak, interesuje mnie to. Wiem, że zachowałem się jak ostatni idiota. W dodatku nie po raz pierwszy. Przepraszam, nie powinienem mówić tych wszystkich rzeczy.
J: Zamknij się i wsiadaj do auta. Zawiozę cię do Michi, ale nie oczekuj ode mnie tego, że będę z tobą rozmawiał. Nie tłumacz mi się, bo to nie ma sensu. Wsiadaj i nic nie gadaj.- wsiadłem do samochodu, a przyjaciel zaraz zrobił to samo. Tak jak prosiłem, a raczej kazałem, nie odzywał się przez całą drogę. Kiedy podjechaliśmy pod szpital, chłopak wytrzeszczył oczy i spojrzał na mnie zdezorientowany. Wysiadłem z auta ale Josh nadal w nim siedział. Otworzyłem drzwi od strony pasażera i spojrzałem na niego.
J: Wysiadasz czy będziesz tu tak siedział? Myślałem, że chcesz się zobaczyć z Michelle. A wiedz, że cię do niej nie zaniosę. Ruszaj się.- chłopak natychmiast oprzytomniał i wyskoczył z auta trącając mnie niechcący ramieniem. Przytrzymałem go kiedy się zachwiał i w momencie, w którym odzyskał równowagę odsunąłem się o kilkanaście centymetrów, zamknąłem auto i zdecydowanym, ale nie szybkim krokiem ruszyłem do wejścia placówki.
Jo: Powiesz mi chociaż, co się stało?
J: Miała wstrząs mózgu. Nikt nie wie jak i dlaczego, ale zostaje na kilka dni na obserwacji, bo niektóre wyniki były niepokojące. Musiała się w coś uderzyć, ale tego nie pamięta.
Jo: Bardzo jesteś na mnie zły?
J: Nie, mam jedynie ochotę rozwalić ci łeb o najbliższy mur.- po tych słowach chłopak zamilknął i posłusznie podążał moimi śladami. Kiedy znaleźliśmy się na korytarzu prowadzącym do sali mojej siostry zobaczyłem Harry'ego, który miał przy twarzy woreczek lodu. Podbiegłem do niego i odsuwając mu lód od twarzy szybko oceniłem jego stan.
J: Stary, kto ci to zrobił? Całe oko masz spuchnięte..- skrzywiłem się wyobrażając sobie jaki ból musi odczuwać.- I gdzie Nathan?
H: Ten kretyn pierdolnął mi w twarz..- wziął głęboki wdech, żeby się uspokoić i kontynuował- Uderzył mnie to mu oddałem, a kiedy chciał zrobić to samo zdążyłem się schylić i pieprznął w ścianę. Nie zdziwię się, jeśli złamał rękę..
J: O co wam poszło?
H: O Michi. Obwiniał mnie. Powiedział, że to na pewno moja wina, że to ja ją zdenerwowałem i pewnie ją uderzyłem.
J: Że co?!
H: Popierdoliło go do reszty.
J: Stary, kurwa, przecież ja cię znam całe życie. Uderzył byś każdego, ale nie Michelle. Nawet jak byłeś mały, a ona ciągnęła cię za włosy, robiłeś jedynie rozgniewaną minę ale nigdy, podkreślam, nigdy nic jej nie zrobiłeś. Nawet byś się nie odważył.
H: Nie mnie to mów, tylko tamtemu durniowi.
J: Gdzie on w ogóle jest?
H: U pielęgniarek. Opatrują go.
J: Mocno oberwał?- chłopak tylko wykrzywił twarz w krzywym ale pełnym satysfakcji uśmiechu.- Jesteście powaleni. Obaj.- potargałem mu włosy i ruszyłem do pielęgniarek. Drzwi były otwarte i zobaczyłem jak jedna z młodych kobiet zajmuje się moim przyjacielem. Zapukałem i wszedłem do środka nie czekając na pozwolenie. Wszyscy z wyjątkiem Natahana zmierzyli mnie ciekawskim spojrzeniem. Jedna z pielęgniarek chwyciła mnie delikatnie za ramię i spojrzała pytająco.
J: Ja do niego.
- Mam nadzieję, że ty się z nim bić nie będziesz..
J: Nie, ja nie z takich.
- Na pewno?- spytała patrząc na moją zabandażowaną rękę.
J: Jestem siatkarzem, nie bokserem, spokojna głowa.- uśmiechnąłem się do kobiety na co odpowiedziała mi tym samym. Podszedłem do chłopaka i stanąłem przed nim i skrzywiłem się widząc jego piękną poobijaną mordkę.
J: Uuuu.. Już nie jesteś taki piękny..
N: Oh, zamknij się..- powiedział przez zaciśnięte wargi.
J: Trzeba było nie zaczynać. Nikt cię nie uprzedził, że Harry potrafi się bić?
N: Na Michi też się tak wyżywa?- spojrzał na mnie wściekły i wszystkie pielęgniarki spojrzały na mnie zmartwione i trochę przestraszone.
J: Zwariowałeś? Ten człowiek nigdy nie uderzył Mcihelle ani żadnej innej dziewczyny. To mnie już się zdarzyło pierdolnąć ją w łeb jak mnie wkurzyła. Co prawda to było jak miała sześć lat, ale nie ważne. Harry nigdy jej nic nie zrobił. Nigdy, rozumiesz? Skąd w ogóle ci to przyszło do głowy?
N: Jeny, sam nie wiem.. Szukałem jakiejkolwiek przyczyny dla której Michi znowu wylądowała w szpitalu i zacząłem świrować.. Przeprosisz Harry'ego?
J: Ja? Ja mam go przepraszać? Nie ja mu zarzuciłem, że bije moją siostrę.- powiedziałem lekko poirytowany.
-Przepraszam..- powiedziała cicho i nieśmiało jedna z pielęgniarek.
J: Nie, to ja przepraszam. Jak panie z nim skończą to proszę powiedzieć. Ja już wyjdę. Będę czekał na korytarzu.
-Nie, nie. Nie o to chodzi. Może pan zostać. Chciałam tylko spytać, czy dobrze się pan czuje, ponieważ zrobił się pan strasznie blady.- wytłumaczyła kobieta a ja zacząłem się zastanawiać od czego mogłem stracić kolory.
J: Która jest godzina?
- Zaraz wybije szósta.
J: Nic dzisiaj nie jadłem..- na te słowa głośno zaburczało mi w brzuchu. Kilka dziewczyn się cicho zaśmiało, ale ta, która ze mną rozmawiała spojrzała na mnie zmartwiona. Odwróciła się, sięgnęła do jakiejś torby i coś z niej wyjęła. Wyciągnęła do mnie rękę trzymając coś zawiniętego w papier. Spojrzałem na nią pytająco.
-To kanapka. Proszę, zjedz ją, bo nie będzie mi się chciało lecieć specjalnie po lekarza tylko dlatego, że nic nie jadłeś. Jest ktoś jeszcze z wami? Oprócz tego w lokach.- powiedziała śmiesznie gestykulując, jakby chciała odzwierciedlić dłońmi fryzurę Harry'ego. Na ten widok na mojej twarzy pojawił się lekki uśmiech, który kobieta odwzajemniła i pokręciła głową z rezygnacją.
- To jak? Jest jeszcze jakiś narwany, czy została was trójka?
J: Jest jeszcze jeden, ale do spokojnych to on ostatnio nie należy.
- Nie jest poobijany, ani nic z tych rzeczy?
J: Nie, przynajmniej z tego co mi wiadomo.
- Poproś go, żeby poszedł do bufetu i kupił ci coś do jedzenia i najlepiej gorącą czekoladę do wypicia.
J: Dziękuję. W imieniu tego z lokami też.
- Już podziękował.- kobieta się zaśmiała a ja opuściłem pokój. Przyjaciele na mnie spojrzeli a zaraz potem rzucili pytające spojrzenie w kierunku kanapki.
J: To moje śniadanie.- uśmiechnąłem się słabo i spojrzałem na Josha.- Mógłbyś mi skoczyć po gorącą czekoladę i coś czym chociaż trochę się najem? Nic dzisiaj jeszcze nie jadłem.
Jo: Spoko. Daj tylko kasę, bo ja przy sobie nic nie mam.- wręczyłem przyjacielowi pieniądze i usiadłem obok Styles'a. Odwinąłem kanapkę i zjadłem ją w ciągu może dwóch minut.
J: Jak oko?
H: Trochę boli.
J: Pokaż.- chłopak odsunął woreczek od twarzy i odwrócił się w moją stronę.- Już masz zdecydowanie mniej spuchnięte. Uderzył mocno, ale nie groźnie. Nie to co ty jemu. Stary, naprawdę umiesz się bić.- chłopak się zaśmiał i przyłożył woreczek z powrotem do oka.
H: Mam nadzieję, że nie zrobiłem mu jakiejś większej krzywdy.- powiedział już poważnym tonem i wbił wzrok w podłogę.
J: Ma tylko złamaną rękę i rozciętą wargę. Fakt, że pół twarzy mu spuchło też cię obchodzi?
H: Będę go musiał przeprosić..
J: Ty jego? Przecież to on cię zaczął wyzywać i pierwszy cię uderzył. No chyba, że było inaczej to już nie wnikam.
H: No uderzył mnie pierwszy i tak dalej ale to ja mu zrobiłem większą krzywdę.
J: Dobra, nie przejmuj się. Nic mu nie jest. Rękę złamał sobie sam. Z resztą. Nie rozmawiajmy o tym teraz. Wchodziliście do Michi?
H: Nie, z jakąś godzinę temu próbowałem tam wejść i Nate się zaczął czepiać, ale wtedy Michi jeszcze spała.- pokiwałem głową i rozejrzałem się po korytarzu. Josh już wracał z moim jedzeniem i sam coś przeżuwał. Patrzyłem na niego jak w obrazek, ale zorientowałem się o tym dopiero kiedy stanął przede mną.
J: Dzięki.- wziąłem od niego gorącą czekoladę i ogromną zapiekankę. Kiepskie połączenie, ale trudno. Ważne, że jadalne. Chłopak miał w ręce jeszcze dwa batony w tym jednego podał Harry'emu.
H: Dzięki.- uśmiechnął się blado do blondyna, który usiadł obok niego i zabrał się za jedzenie tak samo jak ja. Po kilku minutach w ciszy dołączył do nas Nathan. Miał zagipsowaną rękę i szew na dolnej wardze a do tego prawy policzek miał już fioletowy. Stanął przed nami i spojrzał najpierw na mnie, potem na Josha i w końcu na Styles'a. Loczek początkowo nie zwracał na niego uwagi, ale kiedy już przełknął ostatni kęs batona podniósł głowę i spojrzał chłopakowi prosto w oczy. Nie wiem czy tylko ja zauważyłem, że napięły mu się mięśnie twarzy czy innym też się to udało.
H: Przepraszam..
-Co?- spytali Josh i Nate jednocześnie.
H: Przepraszam. Nie chciałem Ci zrobić krzywdy.- mówiąc to machnął ręką z woreczkiem jednocześnie pokazując swoją twarz winowajcy na co ten się skrzywił.
N: To ja powinienem przeprosić.. I przepraszam. Zachowałem się jak idiota. Boże, jestem idiotą. Nie mam nic na swoją obronę, ale przepraszam i mam nadzieję, że jakoś mi to wybaczysz..- złapał się za złamaną rękę i spuścił wzrok.
H: Wybaczam. Ale nie oczekuj, że od razu będę dla ciebie miły.- chłopak wstał i wszedł do sali w której leżała moja siostra.


_________________________________________________________________________

Cześć i czołem wszystkim, którzy jeszcze tu są. Tradycyjnie przepraszam, że tak długo musieliście czekać i uwierzcie, że jest mi za to wstyd.
Teraz jednak zaczęła się przerwa od szkoły i rozdziały (mam nadzieję) będą m=pojawiały się dosyć regularnie. Mam też małą prośbę do wszystkich, którzy jeszcze czytają moje marne wypociny- zostawcie po sobie chociaż jedno słowo. Chcę zobaczyć, czy jest jeszcze sens ciągnięcia tego dalej.
Co do samego rozdziału, nie uważam go za udany. Kompletnie nie wiedziałam, co mam napisać. I tutaj kolejna prośba- jeśli macie jakieś sugestie nie krępujcie się i piszcie. Z całą pewnością wezmę je pod uwagę.
To na tyle z mojej strony. Życzę Wam udanych wakacji pełnych wypoczynku!

Pozdrawiam
Ola..

03 maja 2014

Rozdział 23- A teraz głęboki oddech, mocny uścisk i głowa do góry.

*Michelle*

J: Witaj w domu..- powiedziałam zamykając drzwi za przyjacielem. Josh był słaby i Martin cały czas prowadził go pod ramię. Serce pękało na sam widok tego człowieka. Wyglądał ja wrak. Walczyłam sama ze sobą, żeby tylko nie pokazać jak cierpię widząc go w takim stanie. Przez tydzień leżał w szpitalu i dzisiaj mógł wrócić. Postanowił, że mimo wszystko, chce kontynuować szkołę i żyć póki może.
Weszliśmy do salonu i mój brat posadził blondyna na kanapie.
J: Co chcesz do picia?
Jo: Nic nie chcę. Sam sobie zrobię.
J: Nie pytam czy, ale co chcesz, więc proszę mi grzecznie odpowiedzieć i nie marudzić zgrywusie.
Jo: Herbatę..- powiedział zrezygnowany, a ja udałam się do kuchni. Przy okazji miałam do odgrzania obiad, który zostawiła dla nas mama Josha. Wstawiłam wodę, włączyłam piekarnik i przygotowałam kubki na herbatę. Woda się zagotowała, przygotowałam napoje i zaniosłam je do salonu. Chłopcy o czymś rozmawiali, ale przerwali jak tylko znalazłam się w pokoju. Czułam się bardzo niezręcznie. Wróciłam do kuchni i usiadłam patrząc się w piekarnik. Właśnie się nagrzał, więc włożyłam do niego zapiekankę. Siedziałam i starałam się o niczym nie myśleć. Usłyszałam, że ktoś wszedł do domu. To Danielle z Lucy. Dziewczyna została, żeby pomagać nam przy małej. W całym domu rozbrzmiał krzyk małej dziewczynki, która nie mogła doczekać się spotkania z bratem. Uśmiechnęłam się pod nosem i zamknęłam oczy nie chcąc wypuścić z nich napływających łez. Oparłam łokcie o blat i schowałam twarz w dłoniach. Chciałam uciec... Zniknąć... Tęskniłam za Joshem... Za tym Joshem, który był moim przyjacielem... Za tym, który nie był zdystansowany, który się do mnie odzywał... Poczułam jak ktoś mnie obejmuje i po zapachu poznałam, że to Danielle. Wtuliłam się w nią i z trudem powstrzymywałam łzy, którym i tak udawało się wydostać spod moich powiek. Pociągnęłam nosem, odsunęłam się od dziewczyny, otarłam policzki wierzchem dłoni i podniosłam się z krzesła.
J: Wyjmiesz zapiekankę? Jest już gotowa..
D: Jasne.. Nie martw się już skarbie...- chwyciła mnie za rękę i delikatnie ją ścisnęła na co odpowiedziałam słabym uśmiechem. Ruszyłam w kierunku tarasu. Wyszłam na zewnątrz i wyciągnęłam papierosy z kieszeni marynarki. Ostatnio coraz częściej zdarza mi się zapalić.. Muszę z tym skończyć, bo się zniszczę. Spojrzałam w lewo i się przestraszyłam bo zobaczyłam Nathana.
N: Przepraszam.. Nie chciałem cię przestraszyć..
J: Nic się nie stało.. Fajnie wyglądasz... Jak zwykle z resztą...- zaciągnęłam się porządnie i poczekałam aż dym wypełni całe moje płuca.
N: Nie wyglądam lepiej od ciebie. Zawsze byłaś moim wzorem. Jejku, jak to zabrzmiało.- zaśmialiśmy się oboje.- Zawsze byłaś dla mnie kimś, kto zna się na modzie. O, tak to chciałem powiedzieć.
J: Dzięki. Ale nie wiem, czy jest się czym zachwycać.- spojrzałam na swój strój i wzruszyłam ramionami. Podeszłam do bujanej ławki i zsuwając buty z nóg podkurczyłam kolana pod brodę. Nate zaraz się do mnie dosiadł i najzwyczajniej w świecie mnie przytulił.
J: Nate.. Ja nie dam rady.. To jest dla mnie za trudne.. Ja go kocham.. On ze mną nawet nie rozmawia.. Wiem, że jestem z Harrym, ale Jo to nadal przyjaciel.. Najlepszy jakiego miałam, rozumiesz? Nie chcę, żeby to się tak kończyło..- rozpłakałam się na dobre. Chłopak przygarnął mnie mocniej do siebie i zaczął głaskać mnie po głowie i plecach. Byłam mu wdzięczna za to, że po prostu ze mną siedział. Wiedziałam, że jemu mogę się bezkarnie wypłakać w rękach, a on powstrzyma się od zbędnych uwag. Po kilku minutach zaczęłam się uspokajać. Odsunęłam się od chłopaka i pociągnęłam nosem.
J: Masz chusteczkę? Czuję, że wyglądam jak panda..- chłopak cicho zaśmiał się na te słowa i wszedł do domu. Wrócił z moją torbą, co mnie zdziwiło. Usiadł na swoim miejscu i zaczął grzebać w moich rzeczach. Skrzywiłam się patrząc na to, co robi, a gdy zobaczyłam, że wyciąga paczkę nawilżonych chusteczek parsknęłam śmiechem. Chciałam je od niego wziąć, ale odsunął rękę.
J: No ej. Daj mi te chusteczki.
N: Nie. Ja się tym zajmę moja kochana pando.- wytknął do mnie język i zaśmiał się jak mały chłopiec, który szykuje się na 'misję specjalną'. Obserwowałam dokładnie każdy jego ruch i zastanawiałam się, co on kombinuje.
J: Długo to jeszcze potrwa?
N: Nie, już kończę. Cierpliwości.- w tym momencie wyjął moją kosmetyczkę i szczerze powiedziawszy zaczęłam się bać.- Spokojnie. Nie zrobię z ciebie ani klauna ani straszydła. Zaufaj mi.- puścił do mnie oczko i się szeroko uśmiechnął. Wyjął jedną chusteczkę i zaczął zmywać pozostałości mojego makijażu. Przyglądałam mu się uważnie, gdy delikatnie ścierał szminkę z moich ust. Po krótkim czasie moja twarz już była czysta, a chłopak wziął do ręki mój podkład i zanim zdążyłam się sprzeciwić nałożył mi go na twarz. Pomalował mi rzęsy i nałożył lekką pomadkę, a następnie podał lusterko. Wyglądałam.. Normalnie. Szeroko się uśmiechnęłam, a Nate wyszczerzył się jak mały chłopczyk.
N: Teraz ślicznotko idziesz ze mną.- wziął mnie za rękę i delikatnie pociągnął. Wsunęłam stopy w buty i ruszyłam za chłopakiem.
J: Mogę wiedzieć dokąd idziemy?
N: Niespodzianka. No chodź.- pociągnął mnie mocniej i prawie się potknęłam. Przeszliśmy przez dom do drzwi frontowych. Nate krzyknął jedynie 'wychodzimy' i trzasnął drzwiami.
Po kilkunastu minutach marszu zobaczyłam budynek mojej dorywczej pracy. Zatrzymaliśmy się przed studiem fotograficznym najsłynniejszych magazynów na świecie. Spojrzałam pytająco na przyjaciela, a on odpowiedział mi uśmiechem.
J: Jeśli chcesz, żebym zrobiła Ci zdjęcia, trzeba było powiedzieć od razu. Mogliśmy pójść do mnie.
N: Nie mnie będziesz robiła zdjęcia.
J: A komu? Przecież by do mnie zadzwonili.
N: Zobaczysz. Cierpliwości kochana.- pstryknął mnie w nos i delikatnie pociągnął za rękę. Weszliśmy do szklanego budynku i do moich nozdrzy uderzył znajomy zapach skóry wymieszany z wanilią. Czarne kanapy ustawione wzdłuż korytarzy, waniliowe i kawowe ściany, tworzyły idealny klimat, który jednocześnie był odpowiedni dla biura. Z zamyślenia wyrwał mnie głos recepcjonistki. Dzisiaj była nią Kate.
K: Witaj Michi! Co Ty tu robisz? Nie masz dzisiaj wolne?
J: Hej Kate.- cmoknęłam ją w policzek i oparłam się o ladę.- Mam wolne, ale ten wariat mnie tu przyciągnął. Znacie się?
K: Nathan, tak? Kojarzę cię z widzenia.
N: Tak, byłem tu już kilka razy.
K: Połowa personelu za tobą szaleje. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby tak młody chłopak był obiektem westchnień wszystkich zmian w naszej firmie.- wszyscy się zaśmialiśmy, ale kątem oka spostrzegłam, że chłopak wyraźnie się zarumienił. W tym samym momencie złapał mnie za rękę i delikatnie ją uścisnął nachylając twarz do mojego ucha.
N: Możemy już iść?
J: Musimy lecieć, zdzwonimy się Kate.- puściłam oczko do dziewczyny i biorąc chłopaka pod rękę ruszyliśmy w kierunku wind. Z jednej wysiadała właśnie Taylor Swift. Mimo częstej styczności ze sławami, zaniemówiłam. Nie przepadałam za nią zbytnio. Dziewczyna uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie, a jedna z moich koleżanek po fachu przedstawiła mnie gwieździe.
T: To ty jesteś tą słynną dziewczyną Harry'ego Styles'a, o której teraz tak głośno?- spytała nadal się uśmiechając, a w jej uśmiechu było coś złośliwego.
J: Tak, ale wolała bym, żebym była znana jako Michelle Carter, a nie "dziewczyna Harry'ego".- sprostowałam, a Taylor trochę się zagubiła.
T: Co tutaj robi tak młoda dziewczyna? Przyjechałaś na sesję?
J: Nie, ja tu pracuję. A teraz przepraszam, ale obowiązki wzywają.- chwyciłam Nathana za rękę i weszliśmy do windy.
T: Myślałam, że to Harry jest twoim chłopakiem.- rzuciłam jej tylko spojrzenie pełne pogardy i drzwi od windy się zamknęły.
N: Co to było?
J: Wredne stworzenie, które jest ładne i umie śpiewać.
N: Ale wredota zabija wszystko. Nie mógł bym z nią pracować. Nie mogę tego powiedzieć o tobie.
J: Właśnie. Wyjaśnisz mi po co tu przyszliśmy?
N: Tak w zasadzie, to okłamałaś Taylor.
J: Jak niby?
N: Czeka cię sesja zdjęciowa.- spojrzałam na chłopaka szeroko otwartymi oczami na co odpowiedział szerokim uśmiechem.
J: Przecież wiesz, że ja się wstydzę siedzieć przed obiektywem!
N: Trzeba przełamywać swoje bariery. Sama mi tak kiedyś powiedziałaś, pamiętasz?
J: Pamiętam.. Kto będzie mi robił te zdjęcia?
N: A kto jest twoim mentorem w fotografii?
J: Nie.. Nie wierzę.
N: To lepiej uwierz.
J: Żartujesz sobie ze mnie?
N: Nie. Danil Golovkin będzie ci robił zdjęcia. I na pewno wyjdą wspaniałe.
J: Chyba nie wyłączyłam piekarnika.
N: Oj przestań. No chodź!- drzwi od windy stały przede mną otworem a ja nie mogłam się ruszyć.Wizja sesji z moim guru była czymś niewyobrażalnym i zabierającym dech w piersiach. Przyjaciel ciągnął mnie za rękę i wepchnął mnie do jednego ze studiów. Moim oczom ukazał się mój mentor.
D: O hej Nathan! Co ty tu robisz?
N: Wpadłem po drodze z małą prośbą.- w tym momencie pociągnął mnie trochę mocniej i wypadłam przed niego. Poczułam jak robię się czerwona na twarzy.
D: Jak ma na imię ta urocza prośba?
N: Michelle. Michelle Carter.- Danil zamyślił się na chwilę uważnie mi się przyglądając.
D: Moment.. Czy ty przypadkiem tu nie pracujesz?- pokiwałam twierdząco głową i z trudem przełknęłam ślinę.- Też robisz zdjęcia. Widziałem cię kiedyś w akcji i twoje zdjęcia są naprawdę.. Doskonałe!- z wrażenia opadła mi szczęka. Nathan zaśmiał się wesoło i dwoma palcami zamknął mi buzię. Zamrugałam kilka razy nie mogąc uwierzyć w to, co własnie usłyszałam.
N: To jak Danil? Masz chwilę?
D: Dla takiej gwiazdy zawsze.- puścił do mnie oczko i w końcu udało mi się trochę rozluźnić. Odwzajemniłam uśmiech i puściłam rękę przyjaciela.
N: O! Ann! Stój!- chłopak ruszył pędem w kierunku jednej z wizażystek. Danil podszedł do mnie i wyciągnął dłoń.
D: Danil, bardzo mi miło.
J: Mnie również. Jest pan moim mentorem.
D: Nie mów do mnie pan, bo się staro czuję, błagam. Mów mi Danil.
J: W porządku.- uśmiechnęłam się tym razem szerzej i już po chwili zobaczyłam przyjaciela, który prowadził przed sobą młodą, ale doświadczoną pracownicę studia. Była trochę zdezorientowana, ale mimo to na jej twarzy gościł uśmiech. Przedstawiono nas sobie i zostałam oddana w jej ręce. Po kilku godzinach było już po wszystkim. Muszę przyznać, że jeszcze nigdy się tak dobrze nie bawiłam stojąc po drugiej stronie aparatu. Zazwyczaj unikałam zdjęć i miałam ostatnimi czasy do tego uraz, ale teraz było to dla mnie po prostu zabawą. W momencie, w którym przeglądaliśmy zdjęcia rozbrzmiał dzwonek mojego telefonu. Przeprosiłam wszystkich i odeszłam na bok.
J: Tak?
H: Hej Michi!
J: Hej Hazz! Co tam?
H: Co porabiasz?
J: Jestem w studio.
H: Komu robiłaś zdjęcia?- spytał z zaciekawieniem.
J: Nie uwierzysz.
H: No dawaj, zaskocz mnie.- zaśmiał się, a po moim cieple rozlało się ciepło.
J: Mnie.
H: No weź nie żartuj. Komu?
J: Mówię prawdę. Danil robił mi zdjęcia.
H: Ten Danil?- spytał z naciskiem na pierwsze słowo.
J: Tak. Niesamowite, co?- zaśmiałam się krótko.
H: Moje gratulacje! Spełniła pani właśnie swoje kolejne marzenie!- chłopak cieszył się razem ze mną, co sprawiało, że byłam jeszcze szczęśliwsza. Tęskniłam za tym wariatem.- Ma pani jeszcze jakieś marzenia, które można spełnić?
J: Niestety niemożliwe do wykonania na tą chwilę proszę pana.
H: Wszystko jest możliwe, proszę powiedzieć.
J: Marzę o tym by pana teraz przytulić.
H: Oh, faktycznie. Miała pani rację. Nie da się wykonać. Ale proszę udać się do najbliższego kina i znajdzie tam pani kartonową wersję mnie.
J: Idiota.- zaśmiałam się cicho i delikatny uśmiech wrócił na moją twarz.
H: Kocham cię Michelle.
J: Ja ciebie też Harry. Tęsknię za tobą.
H: Ja za tobą jeszcze bardziej, ale miejmy nadzieję, że niedługo się zobaczymy.
J: Co u ciebie?
H: To co zwykle. Próby, nagrania i wywiady. To męczące, ale robię to, co kocham.
J: Wiem kochanie, wiem.
N: Michi! Chodź na chwilkę!
J: Harry, ja muszę kończyć.
H: No dobrze skarbie. Kocham cię, pamiętaj.
J: Pamiętam, trzymaj się.- rozłączyłam się i wzięłam głęboki oddech.
N: Michi, wszystko okej?- zza futryny wychylił się chłopak i spojrzał na mnie zatroskany.
J: Tak, tak.
N: Coś się stało?
J: Harry dzwonił, wszystko w porządku. Co tam chciałeś?- uśmiechnęłam się ciepło i ruszyłam wraz z chłopakiem do pozostałych.
D: Tak sobie pomyślałem.. Może chciała byś udzielić małego wywiadu?
J: Oooo nie.
D: Dlaczego?
J: Tak jakby mi tego zabroniono.
D: Chodzi o twojego chłopaka?
J: Tak.
D: A gdyby wywiad nie był związany z twoim związkiem? Istnieje taka możliwość?
J: Jeśli w wywiadzie nie padnie pytanie w tej kwestii to nie ma żadnych przeszkód. Ale proszę się zastanowić. Nie jestem zbyt ciekawą osobą.- uśmiechnęłam się krzywo i chwyciłam swoją torebkę.- Nathan, możemy już iść?
N: Jasne, ale wracamy rowerami, nie chcesz się przebrać?
J: Nie mam w co.
A: Poczekaj chwilkę, zaraz Ci coś przyniosę.- uśmiechnęłam się do dziewczyny z wdzięcznością i już po chwili zobaczyłam w jej dłoniach gotowy zestaw. Kremowy sweter i szorty całkiem w moim stylu, a do tego kremowe trampki przed kostkę. Poszłam się przebrać i zorientowałam się, że nie mam w co włożyć ubrań i z torebką ciężko będzie mi się poruszać na rowerze.
J: Ann, masz jakiś plecak? taki, do którego zmieszczą się moje rzeczy.
A: Jasne, proszę bardzo.- podała mi plecak, za co podziękowałam jej uśmiechem. Pożegnaliśmy się z Danilem i Anną, wyszliśmy z budynku i podeszliśmy do rowerów. Dla mnie był błękitny, a dla Nate'a beżowy. Postanowiliśmy, że pojedziemy do mnie, bo nie chciałam psuć sobie humoru narzekaniem Josh'a i jego warczeniem gdy o coś spytam. Gdy podjechaliśmy pod dom bardzo się zaniepokoiłam, bo na podjeździe stał obcy samochód, a brama była otwarta. Usłyszałam, że ktoś zamyka drzwi na taras. Poprosiłam Nathana, żeby odstawił cicho rowery i poszedł za mną. Szłam szybko, ale cicho. Przed samym rogiem usłyszałam kichnięcie. Tylko jedna osoba tak kicha. Wychyliłam się odganiając od siebie strach i niepokój.
J: Harry?- chłopak odwrócił się w moją stronę i szeroko się uśmiechnął. Biegiem ruszyłam w jego kierunku i rzuciłam mu się w ramiona. Loczek uniósł mnie do góry i okręcił się kilka razy wokół własnej osi. Znowu poczułam jego zapach i silne ramiona, w których czułam się bezpiecznie. Kiedy moje nogi dotknęły ziemi spojrzałam mu prosto w oczy. Ta głęboka zieleń i iskierki szczęścia nadawały mu takiego uroku, którego nie da się opisać słowami. Dołeczki w policzkach i malinowe usta dodawały mu słodyczy, a loki na głowie odzwierciedlały jego charakter. Pocałowałam go krótko, ale z uczuciem i jeszcze raz na niego spojrzałam.
J: Skąd ty się tu wziąłeś?
H: Przyjechałem do ciebie.
J: Wiesz jak mnie nastraszyłeś?
H: Samochodem? Wiem, przepraszam. Nie chciałem.
J: Dlaczego nie powiedziałeś, że przyjechałeś? Postarała bym się być wcześniej.
H: Oj nie ważne. Ślicznie wyglądasz.
J: Dziękuję, ty też całkiem dobrze prezentujesz.- dopiero teraz zwróciłam uwagę na jego wygląd. Zaśmiałam się pod nosem kiedy zauważyłam, że mamy na sobie praktycznie identyczne swetry.
H: Zabieram cię na randkę, bo jutro muszę wracać do pracy. Idź się przebierz. Tylko szybko.
J: Przed chwilą mi mówiłeś, że ładnie wyglądam.
H: Bo tak jest, ale do restauracji w swetrze nie pójdziesz.
J: A ty?
H: Ja też się przebiorę.
J: No dobrze. Idę, ale daj mi trochę więcej czasu. Muszę wziąć prysznic, po przejażdżce rowerem. Za pół godziny będę gotowa, okej?
H: Okej, leć skarbie.- cmoknęłam chłopaka przelotnie i ruszyłam prawie biegiem do łazienki.

*Nathan*

Stałem za rogiem budynku nie chcąc przerywać zakochanym ich czułości.
H: Możesz już wyjść z ukrycia.- zaśmiał się przyjaźnie, kiedy wychyliłem głowę.
J: Skąd..
H: Zauważyłem cię, kiedy wziąłem Michi na ręce.
J: Nie chciałem wam przeszkadzać.
H: Dzięki. Co tam słychać?
J: Całkiem w porządku. A u ciebie?
H: Też okej.
J: Leć się przebrać, później porozmawiamy.
H: Wyganiasz mnie?
J: Nie! Nie, nie, nie, skąd. Chodziło mi o to, że będziesz miał więcej czasu wtedy i nie będziesz musiał się spieszyć.
H: Dobra, spokojnie.- zaśmiał się, a ja wraz z nim. Nie da się ukryć- mnie też go brakowało. Zaprzyjaźniliśmy się przez ostatni czas. Weszliśmy do domu i chłopak poszedł do swojego pokoju, a ja ruszyłem do Michi, żeby się pożegnać. Zapukałem, ale nikt nie odpowiedział, a drzwi były otwarte. Wszedłem i usiadłem na łóżku, na którym leżały już naszykowane ubrania. Dało się usłyszeć, że Michi właśnie zakręciła wodę. Po kilku minutach drzwi od łazienki otworzyły się na oścież i moim oczom ukazała się dziewczyna w samej bieliźnie.
J: Um.. Przepraszam.. Ja może wyjdę..
Mi: Nate, spokojnie. Przecież nie jestem goła. Jak mnie widzisz w stroju kąpielowym też tak panikujesz?
J: No nie.
Mi: To wyluzuj.- zaśmiała się dźwięcznie i uwolniła włosy od gumki. Delikatne fale opadły na jej ramiona, a lekko zaróżowione policzki dodawały jej uroku. Uśmiechnąłem się na ten widok. Z zamyślenia wyrwał mnie głos przyjaciółki.
Mi: Nate, siedzisz na moich spodniach.
J: Oj, sorki.
Mi: Nic się nie stało.- puściła do mnie oczko i już chciała zakładać spodnie ale spojrzała na mnie pytająco.- Coś się stało?
J: Nie.. A własnie! Bo ja przyszedłem się pożegnać.
Mi: Idziesz już?
J: A po co mam zostawać, skoro idziecie na randkę? Nie będę wam w domu przesiadywał przecież.
Mi: I dokąd pójdziesz?
J: Do domu.
Mi: Nathan..- kucnęła przede mną i chwyciła mnie za dłonie. Musiałem się hamować, żeby nie patrzeć się jej w dekolt.- Dobrze wiem, że sypiasz w studio..
J: Skąd..- chciałem zadać pytanie, ale nie dane mi było dokończyć.
Mi: Ann mi powiedziała. Ta dziewczyna się o Ciebie martwi. Masz dopiero 16 lat, Nathan, błagam.
J: Przecież nic mi nie jest.
Mi: Jasne, a gdzie się podziało twoje 5 kilo mięśni, które niegdyś miałeś? Jedziesz ostatnimi czasy na durnych pustych przekąskach, które ci szkodzą. Kiedy ostatnio jadłeś normalny obiad?- nie potrafiłem jej odpowiedzieć. Miałem łzy w oczach. Michelle znała mnie jak ktokolwiek inny. Lepiej niż moja własna siostra.- Wiem, że Lou przesyła ci pieniądze, ale wiem też, że zamiast pieniędzy od studio dostałeś pokój, w którym śpisz. Nie chciałam na ciebie naciskać, ale widzę, że nie mam innego wyjścia. Jutro pojedziemy do domu i studio po wszystkie twoje rzeczy i od jutra mieszkasz u mnie. Jasne?
J: Jak słońce.
Mi: Cieszę się, że ten jeden raz się nie upierasz przy swoim. A teraz głęboki oddech, mocny uścisk i głowa do góry. Zielony pokój jest wolny i wysprzątany, tam możesz spać.- wziąłem głęboki oddech, podniosłem się na równe nogi i pomogłem wstać Michi. Mocno przytuliłem jej ciepłe ciało do swojego i pocałowałem ją w czoło.
J: Pomóc ci w czymś?
Mi: Dzięki skarbie, dam sobie radę. Idź lepiej zrób sobie coś ciepłego do jedzenia.- kiwnąłem głową i delikatnie się uśmiechnąłem, a wychodząc z pokoju minąłem się z Harrym. Chłopak żartobliwie pogroził mi palcem i cicho się zaśmiał. Poszedłem do kuchni i w piekarniku znalazłem wczorajszą lazanię. Pachniała wspaniale i dobrze wyglądała, więc nie musiałem się wysilać w sprawie obiadu.

*Harry*

To jak tęskniłem za swoją dziewczyną było czyś nie do pojęcia, a nie widzieliśmy się zaledwie tydzień. Nie widziała jak wszedłem do jej pokoju i kiedy przytuliłem ją od tyłu lekko podskoczyła.
Mi: Hazz, chcesz żebym miała zawał?- klepnęła mnie delikatnie w ramię.- Nie śmiej się tylko mnie puść. Chcę się ubrać.
J: No już, już. Bez nerwów kochanie.
Mi: Może być?- pokazała palcem na ubrania leżące na łóżku.
J: Jak najbardziej. W dodatku pasujesz do mojej koszuli.- zaśmiałem się, bo miałem na sobie blado różową koszulę, czarne spodnie i czarną marynarkę. Michi też się zaśmiała i zapięła guzik od spodni.
J: Lubię jak nosisz takie biustonosze.
Mi: Słucham?!- spojrzała na mnie zdezorientowana.
J: No takie bez ramiączek.
Mi: Dlaczego?
J: Podobasz mi się w takich po prostu.
Mi: A jak mam ramiączka, to już ci się nie podobam?- oparła dłonie o biodra i spojrzała na mnie dając mi znać, żebym przemyślał to, co powiem.
J: Zawsze mi się podobasz. Nawet wtedy, kiedy wyglądasz jak wywłoka.- wysłałem jej buziaka w powietrzu i cudem uniknąłem poduszki lecącej wprost na moją twarz. Spojrzałem na dziewczynę nie kryjąc zdziwienia i po sekundzie oboje zaczęliśmy się głośno śmiać.
J: Dobra, ubieraj się.- cmoknąłem ją w policzek i poszedłem do kuchni, żeby napić się wody. Spotkałem tam Nathana, który zajadał się lazanią.
J: Smacznego.- chłopak tylko kiwnął głową i wziął kolejny spory kęs do buzi. Wyglądał jakby nie jadł nic od tygodnia.- Nate, nie śpiesz się tak. Będziesz miał czkawkę i brzuch cię rozboli, chłopie. Powolutku.- chłopak uśmiechnął się zawstydzony i zaczął wolniej przeżuwać.- Kiedy następna sesja?
N: Pojutrze.- powiedział z pełną buzią.
J: Dla kogo tym razem?
N: Szczerze?- przełknął lazanię i kontynuował.- Nie mam zielonego pojęcia. Wiem tylko, że jakieś ciuchy, ale dla kogo to mi nawet nie powiedzieli.
J: No okej. Lubisz to?
N: Modeling?
J: Tak.
N: To moja praca. Bez niej wylądował bym na ulicy.
J: Wiem, rozumiem, ale lubisz to, co robisz?- chłopak zamyślił się na dłuższą chwilę.
N: Tak. Jeszcze nie zdarzyło mi się, żeby ktoś był dla mnie jakoś bardzo surowy, albo chamski. Wystarczy, że dobrze wyglądam i stanę przed obiektywem. Znaczy, wiesz, nie chodzi o to, że płacą mi za to, że stoję i ładnie wyglądam, ale o tą atmosferę. Poznaję nowych ludzi, każdy jest dla każdego miły i nawet jeśli nie możemy się dogadać od razu załatwia się wszystko na spokojnie. Często dostosowują się do mojego planu dnia, więc nie muszę opuszczać szkoły, mam wolne weekendy i czas na naukę do egzaminów. Gdybym chciał pracować w kawiarni musiał bym się dostosować do pracodawcy.- w tym momencie do kuchni weszła gotowa do wyjścia Michelle.
Mi: Gotowy?- spytała mnie i uśmiechnęła się delikatnie.
J: Jak nigdy. Dokończymy kiedy indziej. Trzymaj się Nate.- puściłem oczko do przyjaciela i przybiliśmy tak zwanego żółwika.
Mi: Zielony pokój jest twój, pamiętasz?
N: Tak, pamiętam. Dziękuję.- uśmiechnął się i pomachał nam dłonią na do widzenia. Michi ruszyła przodem i już po chwili siedzieliśmy w moim aucie będąc w drodze do restauracji.
Mi: Dokąd dokładnie jedziemy?
J: Niespodzianka.
Mi: Dużo ich jeszcze dzisiaj będzie?
J: A ile ich już było?
Mi: No.. Z dwie..
J: Kurde, a myślałem, że będę pierwszy.
Mi: Nathan cię wyprzedził.
J: Szkoda.- resztę drogi spędziliśmy w dziwnej, trochę krępującej ciszy. Czułem, jak Michi od czasu do czasu mi się przygląda, ale nic nie powiedziałem. Wyglądała tak, jakby coś ją dręczyło, jednak nie chciałem naciskać. Dotarliśmy na miejsce i szczerze powiedziawszy byłem zaskoczony ilością samochodów na parkingu. Spodziewałem się, że będzie ich zdecydowanie więcej, bo to dosyć dobra knajpka. Wysiadłem z samochodu i otworzyłam drzwi dziewczynie. Pomogłem jej wysiąść i złapałem ją za rękę.
J: Wszystko okej?- spojrzałem jej w oczy, w których było widać pewną niezgodność.
Mi: Tak. Idziemy? Jestem trochę głodna.- uśmiechnęła się blado i pewnym krokiem ruszyła w kierunku wejścia. Otworzyłem przed nią drzwi i usłyszałem dźwięk fleszy. Zakląłem pod nosem, ale nic nie powiedziałem.
Mi: Harry..- w jej głosie było coś niepokojącego.
J: Tak?- spojrzałem na nią.
Mi: Czy to jest..?- wskazała dyskretnie palcem na kobietę siedzącą na scenie. Przyjrzałem jej się przez krótką chwilę i już wiedziałem, o co chodzi Michelle. W restauracji odbywał się koncert Adele. Uśmiechnąłem się do dziewczyny i widząc iskierki w jej oczach modliłem się w myśli, żeby rezerwacja była aktualna.
Kelnerka: O mój boże..- powiedziała tak, jakby miała zaraz zemdleć, a minę miała taką jakby ducha zobaczyła.
Mi: Wszystko w porządku?- spytała zaniepokojona, a kelnerka od razu się otrząsnęła i wzięła głęboki oddech.
K: Tak, tak. W czym mogę pomóc?
J: Mieliśmy rezerwację na dzisiejszy wieczór, na godzinę szóstą, na nazwisko..
K: Styles, oczywiście.- dokończyła za mnie i zatopiła wzrok w karcie rezerwacji.- Zgadza się. Stolik dla dwojga z dala od ciekawskich gapiów. Proszę za mną.- uśmiechnęła się i biorąc pod pachę dwa menu ruszyła w głąb sali. Mijaliśmy kolejne pary i grupy, aż w końcu dotarliśmy do stolika, który był usytuowany niżej niż reszta. Odsunąłem krzesło dla Michi i sam usiadłem na przeciwko. Kelnerka podała nam karty i z uśmiechem oddaliła się na kilka metrów. W ciszy czytaliśmy karty, wsłuchując się w głos piosenkarki. Widziałem jak Michi nuci pod nosem słowa piosenki i uśmiechnąłem się na ten widok. Adele była jej królową, a Ed Sheeran był królem. Oddała by wszystko, żeby znaleźć się na ich koncertach i teraz przypadkiem udało mi się spełnić jej marzenie.
J: Wybrałaś już?- spytałem po kilku minutach.
Mi: Tak, a ty?
J: Też. Co bierzesz?
Mi: Piątkę i wodę mineralną.
J: Nie chcesz wina?
Mi: Nie, dziękuję. A ty, co bierzesz?
J: Też piątkę.. Jakiś deser?
Mi: Szarlotkę na zimno i herbatę.
J: Okej. To zamawiamy?- dziewczyna kiwnęła głową z bladym uśmiechem, a ja zawołałem kelnerkę. Kiedy zostaliśmy sami spojrzałem na Michi. Była zamyślona i jakby nieobecna.
J: Michi..- nawet nie zareagowała.- Michelle- powiedziałem trochę głośniej i dziewczyna przerzuciła na mnie swój wzrok.- Co się dzieje? Jesteś jakaś nieobecna. Martwię się o ciebie.
Mi: Wszystko w porządku.
J: Nie oszukasz mnie, wiesz przecież. Za długo cię znam.
Mi: To nie istotne.
J: Owszem, istotne.. Chodzi o Josha, prawda?- blondynka kiwnęła nieznacznie głową i z powrotem skierowała spojrzenie  na świecę stojącą na stole.- Pogorszyło mu się?
Mi: Nie, nie o to chodzi..
J: A o co?
Mi: O to, że on mnie do siebie nie dopuszcza.. Odtrąca mnie jako przyjaciółkę, a to strasznie boli.
J: Co dokładnie masz na myśli?
Mi: Dzisiaj na przykład spytałam po prostu, co chce do picia, a on zaczął na mnie warczeć. Wiem, że jest mu ciężko w nowej sytuacji, ale dlaczego wyżywa się na mnie? Kiedy Martin chce mu pomóc, nie ma nic przeciwko, a kiedy ja pytam czy czegoś nie potrzebuje od razu się wkurza i ma do mnie pretensje. I nie mów mi, że muszę go zrozumieć, bo tego nie zrobię. Tego się nie da zrozumieć. Mam w dupie jego pieprzony honor. Jestem jego przyjaciółką, powinien kurwa zaakceptować poją pomoc i być mi wdzięczny, a nie się kurwa wkurzać za każdym razem kiedy coś dla niego robię.- wzięła głęboki oddech i spojrzała na scenę. Miała szklanki w oczach i widać było, że naprawdę rani ją zachowanie przyjaciela. Nie mogłem patrzeć na to jak cierpi.
J: Skarbie, nie myśl teraz o tym, proszę.- chwyciłem ją za dłoń i delikatnie uścisnąłem.- Cieszmy się teraz tym, że jesteśmy tutaj razem, na koncercie Adele, z dala od problemów..
Mi: Dlaczego właściwie przyjechałeś?- to pytanie zbiło mnie z tropu.
J: Michelle, teraz ty będziesz się wyżywała na mnie?- puściłem jej dłoń i oparłem się o krzesło.
Mi: Nie, po prostu zadałam pytanie. Dlaczego od razu stwierdziłeś, że będę się wyżywać?- zdenerwowanie w niej rosło.
J: Przepraszam..- między nami zapadła głucha cisza trwająca kilka minut.

*Josh*

J: Martin!- zawołałem przyjaciela, który był na dole. Przyszedł do mojego pokoju po niecałej minucie i spojrzał na mnie z troską.
Ma: No co tam? Przynieść ci coś?
J: Nie, dzięki.
Ma: Ale..?- spytał przeciągając samogłoskę.
J: Michi tu przyjdzie?
Ma: Wątpię.
J: Mógłbyś do niej napisać?
Ma: Już pisałem.. Harry przyjechał i pojechali na kolację.- spuściłem głowę i wpatrywałem się teraz w swoje palce. Już od ponad godziny siedziałem w tej samej pozycji na łóżku.- Stary, wiem, że ci zależy na mojej siostrze. Uwierz mi, ona cię kocha, ale postaw się na jej miejscu.
J: Tak, wiem! Jestem śmiertelnie chory, nic dziwnego, że wybrała jego! Nie musisz mi tego wypominać.
Ma: Zamknij się !- wrzasnął na mnie, a nigdy tego nie robił i trzasnął drzwiami. Spojrzałem na niego zdziwiony i aż zamarłem. Był wściekły jak nigdy wcześniej. Po raz pierwszy się go bałem.
Ma: Nie masz prawa nawet tak myśleć o Michi! Nie zapominaj, że to twoja najlepsza przyjaciółka kretynie! Nie pamiętasz ile razy już ci ratowała tyłek?! Pomyśl kurwa trochę! Wiesz ile nocy przepłakała przez to, że z wami koniec?! Wiesz ile razy biegłem do niej w nocy, bo krzyczała przez sen?! Czy zdajesz sobie sprawę z tego jak jej było ciężko?! Nie masz zielonego pojęcia! Wiesz jak ją zabolało to, że dowiedziała się jako ostatnia o twojej chorobie?! Okłamywałeś osobę, która powinna dowiedzieć się o wszystkim jako pierwsza! Zamiast powiedzieć prawdę, wolałeś udawać, że wszystko jest okej! Gdybyś jej powiedział od razu wszystko potoczyło by się inaczej! Jesteś samolubnym kretynem i nikim więcej Josh! Dzisiaj też już przesadziłeś! Następnym razem zastanów się kurwa nie dwa, nie trzy ale dziesięć razy zanim coś powiesz!- złapał za klamkę i otworzył drzwi z rozmachem.
J: Martin..
Ma: Nie kurwa! Nie ma żadnego Martina! Teraz radź sobie sam!- otarł ręką policzek po którym spływały łzy i trzasnął drzwiami. Poczułem jak moje policzki płoną a ścieżki wytyczane na nich przez łzy piekielnie szczypały. Położyłem się na brzuchu, schowałem twarz w poduszki i z mojego gardła wydobył się niemiłosierny szloch. Martin zachował się w stosunku do mnie dokładnie tak samo, jak ja zachowywałem się przez ostatni tydzień w stosunku do Michelle. Było mi wstyd za samego siebie. Zachowywałem się jak ostatni kretyn i dopiero teraz sobie to uświadomiłem. Spieprzyłem wszystko..

*Michelle*

J: Odpowiesz mi w końcu?- spytałam po dziesięciu minutach ciszy.
H: Stęskniłem się.- powiedział ze skruchą.
J: A inni nie? Dlaczego w takim razie Liam nie przyjechał do Danielle?
H: Będziesz tak drążyła?
J: Tak. Będę drążyła, póki nie powiesz mi prawdy.
H: Kazali mi. Okej? Po prostu kazali mi przyjechać. To chciałaś usłyszeć?
J: Jeśli to prawda, to tak.- powiedziałam, po mimo tego, że zabolało. Zobaczyłam idącą w naszym kierunku kelnerkę. Uśmiechnęłam się i podziękowałam za przyniesione danie, a Harry zrobił to samo. Zabraliśmy się za jedzenie i już nie zamieniliśmy ze sobą słowa. Kiedy czekaliśmy na deser z zamyślenia wyrwał mnie głos mojej idolki. Spojrzałam na Adele, która patrzyła prosto w moje oczy.
A: Na widowni widzę dwójkę naprawdę zdolnych, młodych ludzi i tak sobie myślę, że chyba fajnie było by, gdyby dla nas zaśpiewali. Michelle i Harry. Mam nadzieję, że jesteście już najedzeni i nie będzie wam burczało w brzuchach podczas występu.- razem z Harrym w jednym momencie pokręciliśmy głowami przecząco, gestem ręki dając znać, żeby piosenkarka kontynuowała. W tym momencie kilku fotografów wypatrzyło nas w tłumie i zaczęli robić zdjęcia.
A: No kochani, nie dajcie się prosić.- powiedziała i zaśmiała się wesoło.
H: Dobra, chodź. I tak już nas widzieli. Jak znam życie, to było zaplanowane.- mówił cały czas się uśmiechając i podając mi rękę. Weszliśmy na scenę i na sali rozległy się oklaski. Ukłoniliśmy się delikatnie i przywitaliśmy z moją mentorką.
A: Adele, miło mi poznać.- powiedziała stanowczo ściskając moją dłoń.
J: Michelle, to dla mnie zaszczyt.
H: Harry, miło mi.
A: Co zaśpiewacie?
J: Dzisiaj tylko Harry będzie śpiewał, ja mam problemy z gardłem.
H: Ale chórki pociągniesz bez problemów.- w tym momencie miałam ochotę go rozszarpać na strzępy jednak na mojej twarzy nadal widniał uśmiech.
J: Postaram się.
A: To co zagracie?
J: Naszą piosenkę. Nikt jej dotąd nie słyszał, ale mamy nadzieję, że się spodoba.
A: Jakieś instrumenty są wam potrzebne?
J: Tylko fortepian, ale widzę, że jest gotowe, więc dziękujemy.
A: Moi mili.- zaczęła mówić do mikrofonu- Przed wami Michelle Carter i Harry Styles.- na sali ponownie rozległy się oklaski. Harry usiadł na wysokim stołku, który stał na środku sceny i chwycił w dłoń mikrofon, a ja zasiadłam przy fortepianie i ustawiłam mikrofon odpowiednio do siebie. Zagrałam kilka akordów i spojrzałam na chłopaka. Kiwnął porozumiewawczo głową, dając mi znak, że mogę zaczynać. Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam grać.

(KLIK)

Now you were standing there right in front of me
I hold on, it's getting harder to breath
All of a sudden these lights are blinding me
I never noticed how bright they would be 

I saw in the corner there is a photograph
No doubt in my mind it's a picture of you
It lies there alone on its bed of broken glass
This bed was never made for two

I'll keep my eyes wide open
I'll keep my arms wide open

Don't let me
Don't let me
Don't let me go
'Cause I'm tired of feeling alone

Don't let me
Don't let me go
'Cause I'm tired of feeling alone

I promise one day that I'll bring you back a star
I caught one and it burned a hole in my hand oh
Seems like these days I watch you from afar
Just trying to make you understand
I'll keep my eyes wide open yeah

Don't let me
Don't let me
Don't let me go
'Cause I'm tired of feeling alone
Don't let me
Don't let me go

Don't let me
Don't let me
Don't let me go
'Cause I'm tired of feeling alone

Don't let me
Don't let me
Don't let me go
'Cause I'm tired of feeling alone

Don't let me
Don't let me go
'Cause I'm tired of sleeping alone


Gromkie brawa nastąpiły po chwili zupełnej ciszy, która miała miejsce przez cały nasz występ. Wstałam i podeszłam do Harry'ego, który złapał mnie za rękę i delikatnie ją ściskając ukłonił się razem ze mną. Nadal jednak byłam na niego zła. Doskonale wiedział, że nienawidzę kiedy ktoś mnie okłamuje. 
Adele nam podziękowała, zamieniła z nami jeszcze kilka słów i wróciliśmy do swojego stolika, na którym czekał już deser. W chwili, w której zapłaciliśmy za rachunek, koncert dobiegł końca, więc opuściliśmy lokal. Zanim wsiedliśmy do auta zrobiona nam mnóstwo zdjęć, ale jakoś żadne z nas nie miało już dłużej siły udawać, że świetnie się bawimy. Wyjęłam z torebki telefon i wybrałam numer Martina.
Ma: Tak?- powiedział zachrypniętym głosem.
J: Coś się stało?- spytałam zaniepokojona na co mój brat odchrząknął.
Ma: Nie, wszystko okej. Co tam?
J: My już wracamy, więc podjadę do was po kluczyki od brami, bo Nate już pewnie śpi.
Ma: Em.. Nie śpi. I nie musicie jechać do Josha.
J: Jak to?
Ma: Jestem w domu. Jak będziecie na rogu, to daj mi sygnał.- w tym momencie się rozłączył chcąc uniknąć moich dalszych pytań. Cisnęłam telefonem w torebkę i skrzyżowałam ramiona na klatce piersiowej. Wkurza mnie to jak traktują mnie najbliżsi mojemu sercu faceci. Uwzięli się na mnie czy jak? 
H: Coś się stało?
J: Nie. Jedź prosto do domu.- chłopak nawet na mnie nie spojrzał, chociaż kątem oka dostrzegłam jak kiwnął głową. W ciągu kilku minut znaleźliśmy się już w garażu i od razu wysiadłam z auta. Przeszłam przez kuchnię do przedpokoju, tam zdjęłam buty, które włożyłam do garderoby i weszłam do salonu, gdzie świeciło się światło. To, co zobaczyłam totalnie mnie zaskoczyło.



_________________________________________________________

Kochani wybaczcie (chociaż to, co robię jest niewybaczalne). Uwierzcie mi, że gdybym tylko miała czas, rozdziały pojawiały by się zapewne o wiele wiele częściej, ale niestety jest jak jest. Szkoła daje w kość i nie wyrabiam z nauką, więc sami rozumiecie. 

Wracam do was po dłuuugiej przerwie z nowym rozdziałem. Tradycyjnie mi się on nie podoba, ale ostateczną ocenę pozostawiam wam. 

Następny rozdział pojawi się nie mam zielonego pojęcia kiedy, ale to, ile komentarzy pozostawicie pod tą notką również zadecyduje o następnej. Czekam na sugestie z waszej strony, ponieważ kończą mi się pomysły, a głupio byłoby mi to teraz zakończyć.

Chcę zobaczyć minimum 10 komentarzy ; )

Jeszcze raz przepraszam i proszę o wybaczenie. 

Pozdrawiam 
Ola : )

17 listopada 2013

Rozdział 22- Zgłupiałeś? To nie zdrowe!

Dni po urodzinach Michelle mijały według tego samego schematu. Rano dziewczynę budził Harry, robił jej śniadanie, a kiedy była gotowa odwoził ją do szkoły. W weekend, Harry zabrał Michelle do zoo i świetnie się tam bawili. W czasie, w którym Michelle miała zajęcia, Hazz wraz z chłopcami remontował jej pokój. To była dalsza część niespodzianki urodzinowej. W trakcie treningu, chłopak jechał po dziewczynę i odwoził ją do wynajętego domku.

*Michelle* 

Dzisiaj wracam do domu. Ponoć wszystkie moje rzeczy Louise przewiozła z powrotem. Nie wiem co oni knują, ale średnio mi się to podoba. Jak zawsze Harry wszedł na salę w połowie treningu, na wszelki wypadek, gdybym próbowała się wymknąć. Przez pierwsze dwa dni strasznie rozpraszał dziewczyny z drużyny, ale teraz już było okej. Jedynie moje ulubione cheerleaderki próbowały zrobić na nim wrażenie, wchodząc na salę w tych swoich skąpych strojach. Nawet nie macie pojęcia, jak bardzo musiałam powstrzymywać się przed wybuchami śmiechu. Megan dokładała wszelkich sił, żeby Harry na nią spojrzał. A kiedy zjawił się dzisiaj z całym zespołem już w ogóle wariowała. Umówiliśmy się z ich drużyną, że mogą wchodzić dziesięć minut wcześniej i zaczynać się rozgrzewać z tyłu sali. Harry wraz z chłopcami zajęli miejsca w jednym z tylnych rzędów na trybunach i bacznie przyglądali się naszej grze. Pamiętam, jak Hazz mnie kiedyś nie doceniał. Teraz mam szanse, przekonać go, że się mylił. Przyszła moja kolej na serw. Skupiłam się trzymając piłkę w dłoniach. Odbiłam ją kilka razy od ziemi i po usłyszeniu gwizdka podrzuciłam ją wysoko do góry. Wzięłam krótki rozbieg i wyskoczyłam w górę odbijając piłkę. 
Zaraz po tym po sali rozbrzmiał gwizdek. As serwisowy. Spojrzałam znacząco na chłopaka w lokach, na co on tylko bezgłośnie powiedział, że mi się poszczęściło. Piłka wróciła do mnie i zauważyłam, że drużyna przeciwna, zaczyna ustawiać się blisko miejsca, w które ostatnio trafiłam. Typowy błąd. Gwizdek. Rzut. Podskok. I kolejny as, w drugą część boiska. 
Teraz wszyscy przeciwnicy ustawili się na tyle. Kolejny błąd. Tym razem odbiłam leciutko i tamci ledwo dobiegli do piłki. Udało im się odbić i przerzucić piłkę na naszą stronę. Josh odebrał i podał do Martina. On wybił wysoko do góry, a ja jako atakujący przebiłam się przez blok, zdobywając punkt. Spojrzałam na Harry'ego, który uniósł ręce w geście obronnym na co cicho się roześmiałam. Graliśmy dalej. Moja drużyna wygrywała. W pewnym momencie Stella mnie nie zauważyła i wpadła na mnie z taką siłą, że obie wylądowałyśmy na podłodze. Dziewczyna mnie trochę przygniotła, ale zaraz się ze mnie sturlała. Wszyscy do mnie podbiegli, a Stella zniknęła. Josh pomógł mi wstać.
Jo: Nic ci nie jest?
J: Nie. Jest okej.
-Ona to zrobiła specjalnie.- ktoś z drużyny się odezwał, ale nie wychwyciłam kto.
J: Słucham?- w tym momencie do przodu wysunęła się Alice. 
Al: Słyszałam jak rozmawiała z Megan. Dziewczyna oferowała jej niezłą sumę. Próbowałam ją przekonać, że to zły pomysł, ale ona się uparła.- powiedziała z przepraszającą miną, chociaż niczemu nie była winna. 
J: Dobra. Nie ważne. 
Ma: Ona ci mogła coś zrobić. wszyscy w szkole wiedzą, że dzięki tobie zdobywamy nagrody. 
J: Nie ważne. Później to wyjaśnimy. Gramy dalej. 
Powiedziałam i stanęłam na swoim miejscu. Poprawiłam kucyka i byłam gotowa do gry. Spojrzałam groźnie na Megan i w jej oczach widziałam strach. Pewnie bała się, że będę się chciała odegrać. Pomyliła się. Po kilku minutach trener oznajmił, że na dzisiaj koniec, więc zaczęliśmy zbierać swoje ręczniki i ruszyliśmy do szatni. Przetarłam twarz miękkim materiałem i już po chwili stałam przed Harrym.
H: Nic ci nie jest?- spytał po czym pocałował mnie w usta.
J: Nie. Wszystko w porządku. Z resztą sam widziałeś. Gdyby mi coś było, to nie była bym w stanie grać.- mrugnęłam do niego jednym okiem i poszłam do szatni. Wiedziałam, że będą czekać na parkingu. Kiedy chciałam wyjść spod prysznica, ktoś zerwał zasłonkę i zrobił mi zdjęcie. To była Megan. Pewnie nie wiedziała, że za nią stoi już pięć moich koleżanek. 
J: Co chcesz osiągnąć? Myślałaś, że umieścisz w sieci moje nagie zdjęcia? Jaka szkoda. Nie udało ci się. Jesteś żałosna. Ile razy chcesz jeszcze przegrać? Mało ci upokorzenia, po przeprosinach trenera? Daj już sobie spokój, bo jedyne co robisz, to pogarszasz swoją sytuację. 
Pewnym krokiem ruszyłam w kierunku szatni, Dziewczyna w ostatnim momencie podstawiła mi nogę, ale zamiast się o nią potknąć, przydepnęłam ją celowo. 
J: Jeszcze jeden mocniejszy nacisk, a możesz pożegnać się z dopingowaniem na najbliższe pół roku. Pomyśl zanim coś zrobisz. Warknęłam jej prosto do ucha i wyminęłam udając się do szatni. 
Dziewczyny szły zaraz za mną i zaczęły szeptać na temat zdarzenia sprzed chwili. Kiedy weszłyśmy, wszyscy na nas spojrzeli. Uśmiechnęłam się do nich, tak jakby nic się nie stało. Podeszłam do swojej szafki i ubrałam się, po czym rozczesałam włosy.
J: Martin, mamy na ciebie czekać? Nie widziałam auta na parkingu. 
Ma: Byłbym wdzięczny.- uśmiechnął się do mnie i sam ruszył pod natrysk.
Kiedy wyszłam Harry czekał na mnie przy drzwiach i był czymś bardzo rozbawiony.
J: Co cię tak bawi.
H: Pani kapitan cheerleaderek.- powiedział wyniosłym tonem i oboje się roześmialiśmy. Chłopak chwycił mnie za rękę i sprzedając mi buziaka w policzek wyszliśmy na zewnątrz. Chłopcy stali przy aucie i głośno się śmiali. W oddali zobaczyłam jakiegoś kolesia, który robił nam zdjęcia.
J: Jejku, czy oni muszą być zawsze i wszędzie?- spytałam Hazzę, ale on mnie tylko do siebie przytulił i pocałował mnie w czoło. Uśmiechnęłam się i zobaczyłam Zayna, który robi śmieszne miny. Chyba zauważyliśmy to w tym samym momencie, bo równocześnie zaczęliśmy się śmiać. 
J: Zayn, co ty wyczyniasz ze swoją piękną mordką?- nasze relacje były już o wiele lepsze.
Z: Ja nie jestem Zayn, ja jestem panią kapitan cheerleaderek.- powiedział wydymając usta. Wszyscy się roześmialiśmy i wsiedliśmy do samochodu. Louis usiadł na miejscu kierowcy. Liam, Niall i Zayn, na tylnych siedzeniach, a ja z Harrym na końcu. 
H: Dobrze, że macie siedmioosobowe auto. 
J: Nawet nie wiesz, jak się przydaje. 
Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, a po kilku minutach dołączył do nas Martin. Lou szybko uwinął się z dojazdem do domu i wreszcie byłam u siebie. Chłopak nie wjechał do garażu, tylko zatrzymał samochód na podjeździe blisko wejścia. Kiedy wysiadłam poczułam się dziwnie. Jakbym była lekko podekscytowana i przestraszona jednocześnie. 
Ni: Zaraz zobaczysz coś, nad czym pracowaliśmy cały tydzień.
Li: Kiedy ciebie tu nie było, my byliśmy zajęci.
Lo: Co oczywiście nie oznacza, że źle się przy tym bawiliśmy.
Z: Wręcz przeciwnie. Będzie to trzeba kiedyś powtórzyć.- chłopcy mówili prowadząc mnie do pokoju. Kiedy stanęliśmy przed drzwiami mojej sypialni Harry złapał za klamkę.
Ma: Mam nadzieję, że ci się spodoba, bo moim zdaniem chłopcy dobrze się spisali.
H: To był mój pomysł, więc już wiesz kogo możesz później obwiniać. Chłopak otworzył drzwi i delikatnie je popchnął. Moim oczom ukazał się prześliczny, nowy pokój, o jakim marzyłam. Ściany były w odcieniach błękitu, podłoga wyłożona jasnymi panelami, a na jednej ze ścian mnóstwo zdjęć, a nad nimi widniał napis: Ludzie się zmieniają, wspomnienia nie. Moją uwagę jednak przykuła pościel. Podeszłam do łóżka i dokładnie się jej przyjrzałam. Była czarna i pozszywana z równych prostokątów. Na każdym widniało jedno z moich zdjęć. Do oczu napłynęły mi łzy, kiedy zobaczyłam nadrukowany cytat mojego ojca. 
Nie sztuką jest przejść przez życie,
gdy wszystko sprzyja.
Sztuką jest iść przed siebie
I nie ugiąć się
Nawet jeśli ciągle jest pod wiatr.

Pogłaskałam materiał i spojrzałam na ścianę. Były wypisane na niej zasady, których nauczył nas tata. Odwróciłam się przodem do drzwi i spojrzałam na brata. 
J: T-ty, to wybierałeś?- chłopak pokiwał głową, a ja szybko do niego podeszłam i pozwalając samotnej łzie spłynąć po moim policzku, wtuliłam się w jego silne ramiona. 
J: Dziękuję. Dziękuję wam wszystkim. Pokój jest naprawdę piękny. Marzyłam o takim. Dobra robota.- uśmiechnęłam się do nich i przytuliłam każdego z osobna. 
Z: Jest jeszcze kilka rzeczy.
Ni: wiemy, jak bardzo lubisz siedzieć na tarasie, grając na gitarze albo czytając książkę. 
H: Tam też co nieco zmieniliśmy.- wyszłam na zewnątrz i faktycznie zmienili wygląd balkonu. Na ziemi nie było już widać gołego betonu, tylko ceramiczne płytki imitujące drewno. Po lewej stronie stał zestaw mebli ogrodowych, a po prawej leżanka
H: Są odporne na deszcz i brud. Jeśli coś się na nich rozleje, albo spadnie deszcz wystarczy, że wytrzecie wszystko ręcznikiem papierowym.
J: Dziękuję. Nawet nie wiesz, jak wiele to dla mnie znaczy. 
H: Mogę to sobie wyobrazić.- powiedział i mocno mnie przytulił.- Chodź. W salonie jest jeszcze kilka prezentów. 
Zeszliśmy na parter i dołączyliśmy do reszty. Liam, Louis, Zayn, Niall, Louise, Nathan, Danielle, Eleanor i Josh siedzieli na kanapach, a Martin majstrował coś przy telewizorze. 
Ni: Siadaj.- zaproponował wskazując swoje kolana. Nie było miejsc wolnych, więc skorzystałam. Harry spojrzał na nas z zazdrością, a ja wysłałam mu całusa w powietrzu. 
J: Co będziemy oglądać?
Ma: Twoje urodziny.- uśmiechnął się łobuzersko i chwytając pilota w dłoń usiadł obok Harry'ego na podłodze. Seans się rozpoczął.
Na ekranie wyświetlał się teraz mój brat. 
-Kochana siostrzyczko, masz już za sobą osiemnaście lat życia. To mało, a tak wiele już przeszłaś. W zamian za to, jak się dla nas poświęcałaś, chcemy, żebyś zobaczyła pewne rzeczy. Może to pomoże ci zrozumieć, jak wiele dla nas wszystkich znaczysz. Kocham cię.- pomachał do kamery i obraz się zmienił. Wraz z nim rozbrzmiała melodia. Leciała w tle, ale nadawała nastroju. Widzieliśmy teraz zdjęcia moich rodziców i martina. Mama była w ciąży i przy każdym kolejnym miesiącu było robione zdjęcie. Martin zawsze stał obok mamy i trzymał kartkę z cyferką. Jednocześnie świetnie dało się zauważyć jak szybko rósł mój braciszek. Kiedy miała pokazać się fotografia przedstawiająca mamę w ósmym miesiącu ciąży, tak się nie stało. Zamiast tego było ją widać leżącą w łóżku szpitalnym. Płakała. Potem pojawiłam się ja w inkubatorze. Byłam podłączona do aparatury, utrzymującej mnie przy życiu.
-Urodziłaś się półtora miesiąca za wcześnie. Twoje płuca nie były w pełni rozwinięte, a układ pokarmowy ledwo funkcjonował. Lekarze mówili, że cudem udało ci się przeżyć. Dopiero po miesiącu, rodzice mogli wziąć cię na ręce. Przez kilka następnych tygodni nadal dochodziłaś do siebie. Wszyscy sąsiedzi i znajomi, a nawet rodzina z dalekich krajów próbowali pomóc. Pokazywałaś nam, że jesteś silna. Już od początku, życie było dla ciebie okrutne. Kiedy już wszystko było w porządku z twoimi płucami musiałaś mieć przeszczep wątroby. Dostałaś ją od taty. Nie pamiętasz tego, bo byłaś zbyt mała. Czasem zastanawiam się czy to dobrze, czy może jednak, gdybyś o tym pamiętała była byś jeszcze silniejsza. 
Przez cały ten czas widać było mnie w szpitalu lub w domu. Po mimo tego co przechodziłam wciąż się uśmiechałam. Teraz wyświetlał się filmik z moich pierwszych urodzin.
-Szczęśliwie skończyłaś roczek. Byłaś już w pełni zdrowa, ale cały czas żyliśmy w strachu, że coś ci się stanie. Mimo wszystko, byłaś bardzo radosnym dzieckiem. Cały czas się śmiałaś. Kolejny rok za tobą. Szybko rosłaś i się rozwijałaś. Dawałaś wszystkim powody do uśmiechu. W twoje trzecie urodziny pojechaliśmy do Holmes Chapel. Pamiętam, jak Harry rozsmarował ci tort na twarzy.- tu pojawiło się zdjęcie owego zdarzenia i wszyscy się zaśmialiśmy. Wszyscy w pokoju byli wzruszeni.- Nie zawsze był grzecznym chłopcem. Ale oczywiście nie zostałaś mu winna i w jego urodziny odpłaciłaś mu się dokładnie tym samym. Z każdym mijającym dniem co raz mniej bałem się, że nie dasz sobie rady. Przyszedł dzień, w którym skończyłaś sześć lat. Trafiłaś do szpitala, z powodu niedotlenienia mózgu. Na całe szczęście nie miałaś żadnych powikłań, ale to jak się o ciebie baliśmy, było nie do opisania. Nie chciałem się z tobą rozstawać, bo myślałem, że każdy dzień, może być już tym ostatnim. To dlatego, poszliśmy do szkoły w tym samym roku. Ale dzięki temu poznaliśmy naszych wspaniałych przyjaciół. Mamy z nimi wiele wspomnień. To nasza pierwsza wspólna impreza. Twoje dziewiąte urodziny. Dostałaś wtedy mikrofon. Od zawsze kochałaś śpiewać. Rok później poszłaś z Joshem do szkoły tańca. Zawsze tworzyliście jedną parę. Raz nawet zagroziłaś, że nie wystartujesz w konkursie, bo pani nie chciała was do siebie przydzielić. Z tańcem jesteś związana do tej pory. Macie nawet wspólny taniec, który tańczycie na każdej wspólnej zabawie. Wystarczy, że usłyszycie 'What a wonderful world' Louis'a Armstrong'a i już wywijacie razem na parkiecie. Na jedenaste urodziny całą rodziną wybraliśmy się do zoo i pamiętam, że nie chciałaś odejść od słonia. tak cię fascynował, że zaczynałaś krzyczeć kiedy chcieliśmy iść dalej. Tata kupił wtedy orzeszki i zapytał pracownika, czy mogłabyś brać udział w karmieniu. I tak też się stało. Tata trzymał cię na rękach, a ty podawałaś jabłka swojemu ukochanemu słonikowi. Od tamtego czasu, to była nasza tradycja. Co roku, w twoje urodziny jeździliśmy do zoo. Przez dwa lata byłaś nawet pomocnikiem. Zoo potrzebowało i nadal potrzebuje ludzi takich jak ty. Siedemnastych urodzin nie chciałaś obchodzić. Był to dla nas strasznie trudny okres. Proces oddania cię do domu dziecka skutecznie odkładaliśmy na inny termin, aż w końcu to ja mogłem przejąć nad tobą opiekę. Tak naprawdę tylko dzięki przyjaciołom udało nam się przez to przejść. Posłuchaj co inni mają ci do powiedzenia. 
W tym momencie na ekranie pojawił się Josh.
- Michelle, byłaś, jesteś i zawsze będziesz moją najlepszą przyjaciółką. Nauczyłaś mnie wielu rzeczy. Pokazałaś mi, co to znaczy miłość, oddanie, współczucie i siła. Dziękuję, że jesteś.
-Michi, przyjaźnimy się od pierwszego dnia szkoły podstawowej. Obiecałyśmy sobie wtedy, że nic nie stanie nam na drodze do wiecznej przyjaźni. Pamiętam jak miałyśmy dziesięć lat i pierwszy raz się pokłóciłyśmy. Czułam się wtedy okropnie, bo zachowałam się strasznie. A ty nauczyłaś mnie wybaczać. Kocham cię i dziękuję.- Anna.
-Hej, nie wiem, co mam powiedzieć. Nauczyłaś mnie wytrwałości i cierpliwości. Zawsze pomagałaś mi w pracach domowych. Zawsze będę cię dobrze wspominał. Dziękuję.- Brett.
-Mich, jesteś najwspanialszą dziewczyną pod słońcem, nie licząc oczywiście mojej siostry. Razem z Lou, pokazałyście mi na czym polega wierność i poświęcenie. To jak pomogłaś mojej rodzinie, jest po prostu nie do opisania. Dziękuję.- Nathan.
- Wszyscy pewnie zaczynają od imienia, ale wiesz, że nie lubię się powtarzać. Powiem tylko jedno. Zostań taka, jaka jesteś. Nigdy się nie zmieniaj, bo taką cię kochamy. Pomogłaś mi i mojej rodzinie. Dziękuję.- Louise 
- Michi. W końcu osiągnęłaś swój cel. Przynajmniej jeden z wielu. Pamiętam jak kiedyś mi powiedziałaś, że pragniesz dożyć osiemnastki. No i proszę. Udało się. Mam nadzieję, że reszta celów zostanie osiągnięta, a wszystkie marzenia się spełnią. Nauczyłaś mnie przepraszać i dziękować, tak więc. Przepraszam i dziękuję.- Chris
- Zawsze cię podziwiałam i zawsze będę cię podziwiać. Pokazałaś wszystkim, że nie warto z tobą zadzierać, bo dobrze wiesz co potrafisz. Nie do końca znasz swoją wartość. Za mało doceniasz to, kim jesteś. Za cenną lekcję życia. Dziękuję.- Cleo
- Przyjaciel. Każdy ma inną definicję tego słowa. Według mojej ty nim właśnie jesteś Mich. Jesteś moją przyjaciółką. Dziękuję.- Louis
- Pokazałaś jak silna potrafisz być, ile serca potrafisz włożyć w to co robisz, ile potrafisz poświęcić, dla dobra twoich bliskich. Jesteś osobą, którą traktuję jak siostrę, bo doskonale wiesz, przez co ja przechodziłem. Mamy ze sobą wiele wspólnego i mam nadzieję, że nic tego nie zniszczy. Dziękuję.- Liam
-Bałam się naszego pierwszego spotkania. Bałam się, że okażesz się nic nie wartą dziewczyną. Nie potrzebnie się tego obawiałam. Już kiedy cię zobaczyłam, zaspaną i w stanie nie do pokazywania się ludziom, poczułam, że masz w sobie to coś. I zobacz co się stało. Zaprzyjaźniłyśmy się. Nauczyłaś mnie, że nie warto oceniać książki po okładce. Dziękuję.- Eleanor
-Skarbie. Taniec to nasza wspólna pasja i mówię ci od razu, że chcę z tobą zatańczyć. Nie teraz, ale w przyszłym roku, widzimy się na scenie w New York City kochanie! Tak dobrze usłyszałaś. Będziesz brała udział w światowym tourne Justina Biebera. Mam nadzieję, że będziemy się dobrze bawić. Jesteś moją przyjaciółką. Dziękuję.- Danielle
-Nie za bardzo umiem wyrażać to co czuję za pomocą słów, ale myślę, że cokolwiek bym teraz nie powiedział, to najważniejsze jest jedno. Strasznie cieszę się, że cię poznałem, bo nie było by mnie już na tym świecie. Dziękuję.- Niall
- Mógłbym powiedzieć, że krótko się znamy i nie za bardzo wiem, co mam powiedzieć. Nie zrobię tego, bo zdążyłem cię już poznać. Nie znosisz tego, gdy człowiekowi dzieje się krzywda. Pokazałaś to pewnej nocy, za którą jestem ci wdzięczny. Choć tak mało czasu ze sobą spędziliśmy, to mamy za sobą i wzloty i upadki. Każdy upadek nas wzmacnia, ale myślę, że nasza przyjaźń, jest już wystarczająco silna. Dziękuję.- Zayn
- Znam cię od urodzenia. Zawsze cię kochałem i zawsze będę cię kochał. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jesteś najważniejszą kobietą mojego życia. Dziękuję.- Harry
- Jesteś świetnym kapitanem drużyny i będzie nam ciebie brakować. Mamy nadzieję, że będziesz o nas pamiętać i wpadniesz od czasu do czasu na nasz mecz. Będziemy tęsknić!- drużyna szkolna.
- Masz talent w łapkach! Nie zmarnuj tego!- koło plastyczne
- Jeśli nie tańczysz, to pamiętaj, że wiemy gdzie mieszkasz. Czekamy na wspólny taniec skarbie!- grupa taneczna.
- Dlaczego jestem na samym końcu? Przecież jestem twoim bratem. Jednak to ja znam cię najlepiej. Wiem nawet kiedy dostałaś pierwszy okres. To mnie trochę przeraża. A tak na poważnie. Michelle Nelly Carter, jesteś dla mnie najważniejszą osobą w życiu. Nawet nie wiesz, co czuję myśląc, że już nigdy cię nie zobaczę. Kiedy byłaś mała, każdego dnia rano biegłem do twojego pokoju i sprawdzałem czy oddychasz. Nadal to robię. Wchodzę do twojego pokoju piętnaście minut przed twoim budzikiem i sprawdzam czy unosi ci się klatka piersiowa. Zawsze, kiedy przychodzę do ciebie w nocy... Robię to zawsze po tym, jak śni mi się, że umarłaś. Wtedy cię budzę i zasypiam mając poczucie, że w moich ramionach przeżyjesz resztę nocy. Jesteś moją jedyną rodziną Michelle. Nie chcę cię stracić. Oddał bym za ciebie własne życie. Do końca życia, będę sprawdzał codziennie rano, czy oddychasz. To ile razy myślałem, że cię straciłem jest przytłaczające. Za każdym razem próbuję powstrzymać łzy, które właśnie spływają mi po policzkach. Za każdym razem żyję nadzieją, że mnie nie zostawiłaś. Ja sobie po prostu bez ciebie nie poradzę Michelle. Jesteś dla mnie wszystkim. Kocham cię.- chłopak płakał. Zarówno na filmiku, jak i teraz siedząc na dywanie z kolanami podciągniętymi pod brodę. Sama płakałam. Wszyscy byli wzruszeni. Zgramoliłam się z kolan blondyna i podeszłam do brata. Kucnęłam przed nim i mocno go przytuliłam. Wiedziałam, że oboje znaczymy dla siebie wiele, ale on mi nigdy tego nie powiedział. Słyszałam jak inni pociągają nosem. 
D: Ma ktoś chusteczkę? Pierwszy raz facet doprowadził mnie do łez. I to w dodatku nie mój.- powiedziała i wszyscy się roześmialiśmy. Dziewczyna wiedziała, jak rozładować sytuację. Pozostałam obok brata i kiedy ponownie wcisnął 'play' znowu on mówił. Był w domu, w którym mieszkałam przez ostatni tydzień.
Ma: Kręcisz już?
Jo: Tak.- zaśmiał się cicho i filmował mojego brata.
Ma: Siostrzyczko, teraz zobaczysz, jak wygląda twoja urodzinowa niespodzianka od kulis. Zaraz tutaj przyjedziesz, a my cię zaskoczymy. Są tu wszyscy, którzy mieli z tobą bliższe relacje. Przywitajcie się.
-Cześć!- krzyknęli przeciągając samogłoskę. 
Ma: Jesteś teraz w limuzynie, która z tego co widziałem jest nieźle wypasiona.- puścił oczko do kamery i się zaśmiał. O Liam dzwoni, to znaczy, że jesteście za rogiem. Uwaga! Gasimy światła!- słychać było jak ktoś na coś wpadł i ciche przekleństwo padające z ust Josha. Kilka minut w ciszy i nagle słychać jak drzwi od mieszkania się otwierają. Trzask drzwi. Ja i Harry wchodzimy do pokoju i bam. Nagle robi się jasno. Wszyscy krzyczą 'niespodzianka' i zaczynają śpiewać. A ja stoję jak słup soli, zakrywam usta dłońmi i w oczach zbierają mi się łzy. Całe zdarzenie było filmowane. W momencie, w którym 'porwano mnie' na piętro film się zmienił. Znowu Martin.
Ma: Właśnie weszłaś do szkoły. Pewnie myślisz, że po prostu poszedłem do kolegów. Mylisz się. Czytasz kartkę urodzinową. Nasza kolej.- widać było jak szybko, acz cicho przemieszczają się w moją stronę. Anna szybko zapaliła wszystkie świeczki i kiedy się odwróciłam miałam śmieszną minę. Byłam przestraszona i szczęśliwa jednocześnie. Znowu zmiana miejsca. Tym razem Martin w naszym domu. 
Ma: Pierwszy dzień remontu.- wszedł do mojego pokoju, w którym nie było ani jednego mebla, podłoga była zerwana, a tynki skute.- Jest syf, ale będzie pięknie.
Ma: Dzień drugi. Tynki już położone, farba schnie na ścianach, a tak wyglądają chłopcy po malowaniu.- wyszedł na taras i widać było One Direction umazanych w niebieskiej farbie. 
Ma: Dzień trzeci. Podłoga na miejscu i listwy przyklejone. 
Ma: Dzień czwarty. Taras jest już gotowy. Mamy nadzieję, że się podoba, bo chłopcy się trochę nadźwigali płytek.
Ma: Dzień piąty. Meble wniesione. Teraz wieszamy zdjęcia.- Louise stała na drabinie, a chłopcy podawali jej kolejne fotografie.
Ma: Dzień szósty. Jutro wracasz. Wszystko jest już gotowe. Zobacz. Kołdra jest zrobiona z twoich starych koszulek. Nadrukowaliśmy na nie zdjęcia twojego autorstwa. Mam nadzieję, że ci się spodoba.- chłopak pokazał cały pokój i wyszedł na taras. Tam siedzieli chłopcy wraz z dziewczynami i majstrowali coś przy ramkach na zdjęcia.
D: Martin! Uciekaj stąd! To ma być później!
El: No już! Uciekaj!- wszyscy się zaśmiali i na ekranie zapanowała ciemność. Myślałam, że to koniec, ale się pomyliłam. Teraz kolejno wyświetlali się moi bliscy.
Josh: Wspaniała.
Harry: Kochana.
Danielle: Uzdolniona.
Eleanor: Świetna.
Niall: Idealna.
Liam: Przyjacielska.
Zayn: Silna.
Louis: Zabawna.
Louise: Pomocna.
Nathan: Piękna.
Gemma: Opiekuńcza.
Martin: Cierpliwa.
Wszyscy: Michelle Nelly Carter. Lat osiemnaście. Kochamy cię!- zarówno na filmie jak i teraz byli zebrani w naszym salonie. Wstałam i przytuliłam każdego z osobna. Łezki kręciły mi się w oczach. Nikt nigdy nie zrobił dla mnie tak wiele.
D: Na filmie zdążyłaś już zobaczyć, że szykowaliśmy dla ciebie coś jeszcze. Josh, czyń honory. Spojrzałam na chłopaka, który własnie wyciągał rękę w moim kierunku. Niepewnie ją pochwyciłam i ruszyłam wraz z nim na najwyższy poziom domu. Weszliśmy na salę taneczną. Nie miałam zielonego pojęcia co się święci. Chłopak podniósł z podłogi pudełko i mi je podał.
Jo: Ubierz się w to i do mnie wróć. - przeszłam do mniejszej salki i otworzyłam pudełko. Wyciągnęłam z niego sukienkę i specjalne nakładki na stopy. Uczyniłam co mi kazał przyjaciel i powróciłam na dużą salę. Światłą były delikatnie przygaszone tworząc romantyczny nastrój. Wzdłuż ściany z drzwiami siedzieli moi bliscy, a na środku sali stał Josh. Był ubrany w czarne spodnie od garnituru, zwykłą, prostą, białą koszulę i czarną, luźną marynarkę. Na stopach miał również buty do tańca. Stał tam wyglądając jak anioł. Harry przycisnął odpowiedni przycisk w wieży i w pomieszczeniu rozbrzmiała muzyka. (klik)
Teraz wiedziałam dokładnie, o co chodzi. Podeszłam do chłopaka i zaczęłam tańczyć nasz układ. Zaczynał on się krokiem podstawowym walca wiedeńskiego, jednak płynnie przeszliśmy w swobodny taniec, nie podporządkowany do żadnego stylu. Była to choreografia przygotowana przez nas na konkurs. To był konkurs tematyczny, a jego tematem były uczucia. Zrobiłam trzy zgrabne obroty w prawo, a Josh, żeby znaleźć się obok mnie, płynnie wykonał gwiazdę na jednej ręce. Otoczył mnie ramionami. Oparłam się na jego dłoniach i po chwili wisiałam w powietrzu, podczas obrotu mojego partnera. Moje stopy dotknęły ziemi i odwróciłam się w jego stronę. Położyłam dłonie na jego karku po czym zgrabnym ruchem zdjęłam mu marynarkę, która wylądowała na ziemi. Chłopak poprowadził mnie przeplatanką na środek sali i łapiąc mnie w tali przysunął moje ciało do swojego. Oparłam dłonie na jego biodrach i w następnej sekundzie moje plecy oparły się o jego bark, ponieważ wybiłam się od ziemi i zwinnie wylądowałam na podłodze. Rozejrzałam się i chłopak w tym samym momencie podniósł mnie jak pannę młodą obracając się dwa razy. Ponownie stanęłam na parkiecie i przemieściłam się w kierunku marynarki. Kiedy miałam ją już złapać Josh złapał mnie za rękę i powrócił do walca wiedeńskiego jednak w bardziej zmysłowy sposób. Nasze ciała nie dzieliła żadna przestrzeń. Twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów i cały czas patrzyliśmy sobie w oczy. Oboje przez cały czas nuciliśmy piosenkę. Dwa kroki do tyłu, jedno podnoszenie i wirowałam w powietrzu, będąc trzymana za biodra. Opierałam się łopatką o bark Josha, a ręce miałam wyprostowane nad głową. Prawa noga była wyprostowana, a lewa lekko ugięta w kolanie. Chłopak ugiął ręce tylko po to, aby wyrzucić mnie w powietrze. Szybko obróciłam się do odpowiedniej pozycji i zostałam złapana w silne ramiona. Blondyn delikatnie bujał się przenosząc ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Kiedy muzyka zaczęła dobiegać końca, nie wykonaliśmy jednego elementu. Był on niebezpieczny ze względu na moją kontuzję kostki i oboje o tym wiedzieliśmy. Bardzo powoli byłam opuszczana w dół. Jo postawił mnie na ziemi i wprowadził mnie w obrót, a kiedy się zatrzymałam czekał z marynarką w dłoniach, tak jak w ustalonej choreografii. Podeszłam do niego, nałożył mi marynarkę na ramiona i głęboko patrząc mi w oczy oparł swoje czoło o moje. To były magiczne chwile. Najpiękniejsze i najtrudniejsze jednocześnie. Oddychaliśmy głęboko i nasze oddechy się ze sobą mieszały. Nie mogłam oderwać wzroku od jego zielonych tęczówek. Tak bardzo kochałam te oczy. Miałam teraz ochotę go pocałować. Kiedy nasze twarze dzieliły może dwa centymetry muzyka ucichła i chłopak natychmiastowo się ode mnie odsunął. Uśmiechał się, choć w jego oczach nie było nawet odrobiny prawdziwego szczęścia. Chwycił mnie za dłoń i niczym jak na konkursie ukłonił się naszym przyjaciołom. Zmusiłam się do delikatnego uśmiechu i również się ukłoniłam. Nasza mała widownia biła nam brawa. Josh przygarnął mnie do siebie i pocałował mnie w czoło.
Jo: Pamiętasz.- szepnął mi do ucha.
J: Jak mogłabym zapomnieć...
H: W czasie, w którym się przebierałaś, przygotowaliśmy dla ciebie coś w salonie. Chcesz się przebrać czy idziemy od razu?
J: Możemy iść od razu.- powiedziałam wzruszając ramionami i ruszyliśmy do głównego pomieszczenia domu. Na ławie stało wielkie pudło. Rozejrzałam się niepewnie, ale każda z zebranych tu osób patrzyła na mnie zachęcająco. Podeszłam do pudełka i podniosłam jego wieczko. W środku były wypełnione ramki na zdjęcia. W każdej ramce była czarno-biała fotografia jednego z moich bliskich, które sama robiłam na urodzinach Josh'a. Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Każdy był wesoły i szczerze szczęśliwy na portretach. Wszystkie ramki były w jednym kolorze, który pasował dosłownie do każdego pokoju w domu.
H: Wiesz już, gdzie je powiesisz, prawda?- spytał delikatnie się uśmiechając.
J: Hol na samej górze. Są tam gołe ściany, a ja spędzam tam sporo czasu. To idealne miejsce.
Jo: A nie mówiłem? Mogliśmy od razu je tam powiesić.- zaśmiał się i wszyscy podążyli jego śladem.
J: Znasz mnie lepiej niż ktokolwiek inny.- na te słowa chłopak mocno mnie przytulił.
Jo: To co? Idziemy powiesić, nasze piękne buźki?- ponownie wszyscy się roześmiali i ruszyliśmy na najwyższe piętro domu.


~*~

Obudziły mnie czyjeś kroki. Spojrzałam na zegarek, który wskazywał trzecią nad ranem. Podniosłam się do pozycji siedzącej i mignęła mi jakaś postać przy moich drzwiach. Zmarszczyłam nos i wstałam sprawdzić, kto kręci się o tej porze po domu. Lekko uchyliłam drzwi i zdążyłam usłyszeć jak ktoś wbiega po schodach. Nie wiele myśląc ruszyłam zaraz za nim. Kiedy byłam na półpiętrze do strychu usłyszałam, że ten ktoś się przewrócił. Automatycznie przyspieszyłam i znalazłam się przy chłopaku.
J: Josh? Jo? Co ci jest? Josh.- blondyn nie reagował. Leżał na brzuchu, jedna noga spoczywała na schodach, a druga zahaczyła o barierki i wygięła się w drugą stronę. Prawa ręka została przygnieciona ciałem, a lewa wyglądała tak, jakby chciała coś złapać.
J: Pomocy!- wydarłam się w niebo głosy i zaczęłam sprawdzać wszystkie czynności życiowe. Puls był przyspieszony, oddech płytki i nierównomierny, oczy przymrużone. Złapałam go za rękę i poklepując go po policzku, sprawdzałam reakcję.
J: Josh? Słyszysz mnie? Josh, do jasnej cholery.- klęłam pod nosem czując napływające do oczu łzy.- Martin! Strych!- krzyknęłam mocno zachrypniętym głosem. Rozejrzałam się, sprawdzając czy w pobliżu nie ma żadnego telefonu. Niestety. Na całe szczęście przybiegł Martin i w ręku trzymał telefon.
Ma: Jezu Chryste! Co się stało? Co mu jest?- klęknął zaraz przy mnie i widać było, że totalnie nie wiedział co ma robić.
J: Dzwoń po pogotowie. Błagam. Powiedz, że stracił przytomność. Oddech płytki, tętno przyspieszone. Szybko, błagam.- mówiłam cały czas trzymając Josha za rękę.- Josh, błagam. Zareaguj jakoś. Słyszysz mnie?- poczułam jak minimalnie ścisnął moją dłoń.- Jezu święty. Co ci jest? Josh...- w tym momencie przybiegł Harry.
H: Co się stało?- spytał szybko oceniając sytuację.
J: Idź szybko na dół, otwórz bramę i czekaj tam na pogotowie. Tylko szybko, błagam.- chłopak kiwnął głową i biegiem ruszył do drzwi. Zanim przyjechało pogotowie, zdążyli do nas dołączyć Louis, Liam, Zayn i Niall, którzy wspólnymi siłami przełożyli Josha w bezpieczny sposób, tak, żeby całym ciałem leżał na płaskim. Pobiegłam szybko do pokoju chłopaka, żeby znaleźć jego dowód, ale byłam tak roztrzęsiona, że nie mogłam się go doszukać. Pomógł mi Niall. Kiedy wyszliśmy z pokoju minęli nas ratownicy. Harry ich kierował, a my wbiegliśmy zaraz za nimi. Musiałam mocno się skupić, żeby ze spokojem opowiedzieć co się stało.
Ratownik: Czy jest na coś chory? Zażywa jakieś leki?
J: Nie.
Ma: Tak.- powiedział w tym samym czasie co ja.
J: Co?- spojrzałam zszokowana na brata.
Ma: Ma raka mózgu. Bierze leki. Mam je spisane. Przynieść?
R: Tak, my już schodzimy do karetki, to proszę to znieść na dół.
Ma: Dobrze.- powiedział i poszedł do swojego pokoju, a ja nie mogłam ruszyć się z miejsca. Byłam w tak ciężkim szoku, że przestałam oddychać.
N: Michi, chodź. Louis nas zawiezie do szpitala.- na początku tempo patrzyłam w podłogę, nie wiedząc co się dzieje, jednak chłopak mnie w końcu szarpnął i oprzytomniałam zbiegając po schodach. Wbiegliśmy do mojego pokoju i chłopak zdjął ze mnie koszulę nocną i wszedł do mojej garderoby. Rzucił mi szybko jakieś spodnie i koszulkę.
N: Ubieraj się w to, ja zaraz przyjdę.- powiedział i już go nie było. Założyłam na siebie ubrania i szybko nasunęłam trampki na stopy, nie myśląc nawet o skarpetkach. Chłopak wrócił po mnie ubrany w dresy i bluzę i ciągnąc mnie cały czas za rękę, zbiegał po schodach. Wbiegliśmy do garażu, gdzie w moim aucie czekał już Lou i kiedy tylko wsiedliśmy zaczął wycofywać. W ostatnim momencie Niall zamknął drzwi ratując je przed wyrwaniem z zawiasów. Dopiero teraz uświadomiłam sobie jak mocno płaczę. Spojrzałam na blondyna, który cały czas trzymał mnie za rękę. Spojrzał na mnie i mocno mnie do siebie przytulił.
J: Boję się, Niall.
N: Nie bój się. Jestem tutaj. Nic mu nie będzie, zobaczysz. Cichutko... Nic mu nie będzie.- szeptał mi do ucha sam nie wierząc w to, co mówi. Po kilku minutach byliśmy w szpitalu. Martin z Harry już tam byli. Liam z Louisem spytali, czy coś już wiadomo, ale ja nie mogłam zrozumieć jednej rzeczy.
J: Dlaczego do jasnej cholery nie powiedzieliście mi, że jest chory?! Co wy sobie myśleliście?! Że będziecie to ukrywać do samego końca?! Jak mogliście mi to zrobić?!- szarpałam się z objęć Nialla, chcąc uderzyć mojego brata, który płakał widząc mnie w takim stanie.
N: Michi, spokojnie. Michi, uspokój się. Nie chcieli cię martwić. Michelle!- wrzasnął odwracając mnie w swoją stronę. Zaczęłam go obkładać pięściami.
J: Ty też wiedziałeś?! Wszyscy wiedzieliście?! Jak mogliście to ukrywać?! Pytam się! Jak?!- chłopak w końcu złapał mnie na tyle mocno, że się poddałam i wtuliłam się w jego tors. Nie wiem ile to wszystko trwało. Kilka minut, godzinę, może nawet kilka godzin. Nie wiem. Każda sekunda dłużyła mi się w nieskończoność. Nie mogłam przestać płakać. Niall cały czas był przy mnie. Informował mnie na bieżąco o tym, co się dzieje. W pewnym momencie podniosłam głowę i zobaczyłam Annę idącą w naszym kierunku. Zerwałam się na równe nogi i już po kilku sekundach wpadłam jej w ramiona. Szlochałam tak mocno, że ledwo stałam. Dziewczyna próbowała mnie jakoś uspokoić, ale kiepsko jej to szło. Poczułam tylko jak od tyłu, ktoś mocno obejmuje mnie w talii i podnosi do góry. Puściłam przyjaciółkę i przytuliłam się do blondyna, który szedł ze mną w kierunku kanap. Położył mnie na jednej z nich i podnosząc mój tułów, usiadł tak, że się o niego opierałam.


*Anna*

J: Co się do cholery stało? Ona zachowuje się dokładnie tak, jak wtedy, kiedy umarł wasz tata.- powiedziałam poddenerwowana.
Ma: Wyszła z pokoju i Josh biegł po schodach. Nikt nie wie dlaczego uciekał, ale na ostatnich trzech schodach stracił przytomność i się przewrócił. Michi mnie od razu zawołała. Musiałem powiedzieć ratownikom, że Jo ma raka i to ją chyba załatwiło.
J: Jezu... A wiadomo co z Jo?
Ma: Niestety jeszcze nie. Zaraz mnie do niego wpuszczą, ale teraz robią mu wstępne badania.
J: Martin... Ty płakałeś...- dopiero teraz to zauważyłam.
Li: Nie dziwię mu się. Też mi się chce płakać jak patrzę na Michelle. To, jak się rzucała kiedy tylko tu dojechaliśmy... Uwierz mi, serce pękało. Nie widziałem jeszcze nikogo w takim stanie.
Lo: To akurat prawda.
J: Harry? Wszystko okej?- spytałam chłopaka, który nawet na nas nie patrzył. Twarz miał schowaną w dłoniach, a ręce strasznie mu się trzęsły.- Harry.
H: Co?- spytał nadal nie podnosząc głowy.
J: Wszystko okej?
H: Nie.
Ma: Hazz, co ci jest?- spytał i podszedł do kuzyna.
H: Nie mam ochoty gadać.
J: Co jest?- szepnęłam do Liama, ale on tylko wzruszył ramionami i pokręcił głową. Louis spojrzał w bok i miał taką minę, jakby wiedział, o co chodzi. Podążyłam za jego spojrzeniem i moim oczom ukazała się Michelle z Niallem. Siedzieli przytuleni do siebie. No jasne. Harry chciałby być na miejscu blondyna. Podeszłam do chłopaka z burzą loków i kucnęłam zaraz przed nim.
J: Harry.- zero reakcji.- Styles, do cholery.- podniosłam głos i od razu zadziałało. Spojrzał się na mnie jakby chciał mnie pobić, ale się nie przestraszyłam.- Jeśli chcesz go zastąpić, to do jasnej cholery, podnieś swój zacny tyłek i tam idź, a nie siedzisz i się użalasz nad sobą.
H: Ana, tu nie chodzi tylko o to. Zobacz, jak ona wygląda.- wskazał palcem na dziewczynę, jednak wolałam nie odwracać wzroku.- Zobacz jak się o niego martwi. Ona go kocha. Najmocniej na świecie. A ja, JA to wszystko zepsułem jak jakiś ostatni kretyn. Wiesz jak ja się czuję? Ja nie chcę, żeby ona była przeze mnie nieszczęśliwa...
J: Słuchaj, to jest jej najlepszy przyjaciel. Przyjaźnią się odkąd pamiętam. Czy by z nim była, czy też nie, martwiła by się tak samo.
H: Ty nic nie rozumiesz...
J: To mi wytłumacz.
H: Nie chcę. Okej? Nie chcę o tym gadać. Dajcie wy mi święty spokój!-wrzasnął na mnie, zerwał się na równe nogi i szybkim krokiem ruszył do windy.

*Michelle*

Usłyszałam jakieś krzyki i otworzyłam oczy. Zobaczyłam wkurzonego Harry'ego przechodzącego właśnie obok mnie.
J: Harry?- wymamrotałam, ale chłopak nawet na mnie nie spojrzał. - Co jest?- spytałam Nialla, ale on tylko wzruszył ramionami. Wstałam i po mimo tego, że trochę kręciło mi się w głowie, szybkim krokiem ruszyłam za moim chłopakiem.
J: Harry, zaczekaj.- powiedziałam na tyle głośno, żeby mnie usłyszał. Gdyby nie to, że musiał czekać na windę, nie dogoniła bym go. W ostatnim momencie weszłam do windy i drzwi od razu się za mną zamknęły.
J: Harry, co się stało? O co wam poszło?- spytałam patrząc na chłopaka. Nie odzywał się i chyba nie miał zamiaru tego zrobić w najbliższym czasie.- Harry! Odezwij się do mnie!- wrzasnęłam na niego i dopiero wtedy na mnie spojrzał.- Co się stało?- spytałam już spokojniejsza.
H: Nie możemy być razem.
J: Słucham?- myślałam, że się przesłyszałam.
H: To co usłyszałaś. Nie będziesz ze mną. Nie będziesz ani moją dziewczyną, ani nie będziesz jej udawała.
J: O czym ty pleciesz?
H: Myślisz, że nie widzę jak na niego patrzysz? Kochasz go Michelle. Nie jesteś ze mną szczęśliwa. Widzę to.
J: W takim razie jesteś ślepy. Masz rację, kocham go. Ale nie wiem czego się spodziewałeś. Myślałeś, że z dnia na dzień przestanę go kochać? Jeśli tak, to byłeś w błędzie. Ale zrozum.- wzięłam jego twarz w dłonie i zmusiłam go do tego, żeby na mnie spojrzał.- Kocham cię i jestem z tobą szczęśliwa.
H: Ale...
J: Nie ma żadnego 'ale'. Kocham Cię, rozumiesz? Josh to mój przyjaciel. Był ze mną zawsze, kiedy tego potrzebowałam. Nie mogła bym siedzieć spokojnie, wiedząc, że jest chory. Josh jest dla mnie kimś takim jak Gemma dla ciebie. Rozumiesz?
H: Ta..- odpowiedział bez przekonania.
J: Harry. Rozumiesz?- spojrzałam mu głęboko w oczy i wplotłam palce w jego włosy. Uśmiechnął się delikatnie i pokiwał głową na tak.- Cieszy mnie to. Pocałowałam go krótko w usta i drzwi od windy się otworzyły. Wyszliśmy z budynku i ruszyłam zaciągnęliśmy się świeżym powietrzem.
J: Masz pieniądze?- spytałam mając zamknięte oczy.
H: Mam, czemu pytasz?
J: Muszę coś kupić. Pójdziesz ze mną do sklepu?
H: Jasne. A co chcesz kupić?
J: Nie chcesz wiedzieć.
H: Mam się bać?
J: Nie, ale się nie wściekaj.
H: Michi. Co ty chcesz kupić?
J: Zobaczysz.- zamilkłam i szłam dalej w kierunku sklepu. Jak tylko tam weszliśmy, okazało się, że ekspedientka jest fanką, więc trochę jej zajęło zanim nas obsłużyła. Pytała co się stało, że tak strasznie wyglądam. Opowiedzieliśmy jej wszystko, zrobiła sobie zdjęcie z Harrym i sprzedała mi papierosy. Trochę się zdziwiła, ale zrozumiała i z uśmiechem wydała mi resztę.
H: Od kiedy ty palisz?- spytał jak tylko wyszliśmy ze sklepu.
J: Tylko w kryzysowych sytuacjach, spokojnie.
H: Mam nadzieję, że rzadko się takie zdarzają.
J: Powiedzmy, że nie często.- uśmiechnęłam się czując, jak po moich płucach rozchodzi się dym.
H: Daj trochę.
J: Zgłupiałeś? To nie zdrowe! Jeszcze ci się kondycja pogorszy!- spojrzeliśmy po sobie i oboje wybuchnęliśmy głośnym śmiechem. Wracając do szpitala wypaliłam papierosa i kiedy wsiedliśmy do windy wzięłam do buzi miętową gumę.
J: Chcesz?- wyciągnęłam do niego opakowanie.
H: Poproszę.- wyciągnął jedną i wepchnął ją do swojej paszczy. Przytulił mnie do siebie i pocałował w czoło.
H: Wiesz, co? Kocham cię, ale strasznie śmierdzisz.- wykrzywił się od smrodu papierosów i drzwi od windy się otworzyły. Podeszliśmy do przyjaciół i od razu wtuliłam się w brata.
J: Wiadomo coś już?
Ma: Jeszcze nie.- w tym momencie wyszedł do nas lekarz. Wszyscy zerwali się na równe nogi, a ja mocno zacisnęłam wargi, żeby powstrzymać napływające do oczu łzy.
Lekarz: Kto z państwa jest rodziną pana Jordana?
J: Jego mama nie ma jak dojechać, prosiła o przekazywanie wszelkich informacji naszej dwójce.
L: Jak się nazywacie?
J: Carter. Michelle i Martin Carter.
L: Dobrze. Proszę za mną.- ruszyliśmy za mężczyzną i stanęliśmy przy drzwiach jednej z sal. Przez małe okienko, zobaczyłam mojego przyjaciela, który patrzył w okno. Widać było po nim, że płacze. Wiedziałam, że żyje, ale nadal nie byłam spokojna.
L: Moi drodzy. wasz przyjaciel, jak już wiecie, jest chory na raka mózgu. Nie da się go niestety usunąć. Z przykrością muszę stwierdzić, że pożyje najdłużej rok.- w tym momencie nie wytrzymałam i zaczęłam cicho szlochać. Wtuliłam się w Martina i próbowałam się uspokoić. Lekarz milczał.
Ma: Michi, idź do niego.- popchnął mnie delikatnie w stronę drzwi, więc uchyliłam je i weszłam do środka. Chłopak spojrzał na mnie i przecierając łzy odwrócił się z powrotem do okna. Powstrzymując się z całych sił, podeszłam do chłopaka i przysiadłam na skraju łóżka. Nie mogłam wydusić z siebie słowa.Popatrzyłam w okno i widać było powoli wschodzące słońce. Po kilku minutach się uspokoiłam i zdołałam się odezwać.
J: Dlaczego mi nie powiedziałeś?
Jo: Nie miałem odwagi.
J: Od jak dawna wiesz?
Jo: Od dnia, w którym wróciłaś od Harry'ego.
J: To dlatego wtedy w ogóle się nie cieszyłeś. Josh... Dlaczego mi nie powiedziałeś do jasnej cholery?
Jo: Mówiłem ci już! Nie miałem odwagi! Rozumiesz?! Nie miałem odwagi powiedzieć ci, że umieram! Też byś się tak zachowała! Wyjdź już stąd!
J: Josh... Przepraszam...
Jo: Wyjdź stąd...
Zamiast go posłuchać, po prostu położyłam się obok niego i mocno go przytuliłam, wypłakując się w jego koszulkę. Też płakał. Przygarnął mnie do siebie i długo tak razem leżeliśmy. Nie wiem kiedy zasnęłam.
Obudziłam się w momencie, w którym Harry odkładał mnie na moje łóżko.
J: Hazz..
H: Tak?
J: Czemu jesteśmy w domu?
H: Spałaś tam trzy godziny. Josha musieli zabrać na dalsze badania, więc stwierdziliśmy, że lepiej będzie jak wrócisz.
J: Nie zostawiaj mnie teraz.
H: Nie zostawię cię skarbie.- położył się obok mnie i po kilku minutach znów Morfeusz porwał mnie w swoje ramiona.

__________________________________________________________________
Hej kochani.
Na wstępie bardzo, ale to BARDZO Was przepraszam, za to, że nie dodałam tu dawno żadnej notki.
Wracam z nowym rozdziałem, który naprawdę mi się nie podoba. Schrzaniłam go po całości, ale mam nadzieję, że mi wybaczycie :(
Od razu piszę, że nie mam zielonego pojęcia kiedy pojawi się następny rozdział, ale na pewno nie nastąpi to szybko. Przez szkołę nie mam czasu nawet na chwilę usiąść do tego w weekend, a co dopiero w tygodniu.
Jeszcze raz przepraszam i proszę o cierpliwość :(

Pozdrawiam
Ola

ps. błagam o komentarze z pomysłami na ciąg dalszy.