03 maja 2014

Rozdział 23- A teraz głęboki oddech, mocny uścisk i głowa do góry.

*Michelle*

J: Witaj w domu..- powiedziałam zamykając drzwi za przyjacielem. Josh był słaby i Martin cały czas prowadził go pod ramię. Serce pękało na sam widok tego człowieka. Wyglądał ja wrak. Walczyłam sama ze sobą, żeby tylko nie pokazać jak cierpię widząc go w takim stanie. Przez tydzień leżał w szpitalu i dzisiaj mógł wrócić. Postanowił, że mimo wszystko, chce kontynuować szkołę i żyć póki może.
Weszliśmy do salonu i mój brat posadził blondyna na kanapie.
J: Co chcesz do picia?
Jo: Nic nie chcę. Sam sobie zrobię.
J: Nie pytam czy, ale co chcesz, więc proszę mi grzecznie odpowiedzieć i nie marudzić zgrywusie.
Jo: Herbatę..- powiedział zrezygnowany, a ja udałam się do kuchni. Przy okazji miałam do odgrzania obiad, który zostawiła dla nas mama Josha. Wstawiłam wodę, włączyłam piekarnik i przygotowałam kubki na herbatę. Woda się zagotowała, przygotowałam napoje i zaniosłam je do salonu. Chłopcy o czymś rozmawiali, ale przerwali jak tylko znalazłam się w pokoju. Czułam się bardzo niezręcznie. Wróciłam do kuchni i usiadłam patrząc się w piekarnik. Właśnie się nagrzał, więc włożyłam do niego zapiekankę. Siedziałam i starałam się o niczym nie myśleć. Usłyszałam, że ktoś wszedł do domu. To Danielle z Lucy. Dziewczyna została, żeby pomagać nam przy małej. W całym domu rozbrzmiał krzyk małej dziewczynki, która nie mogła doczekać się spotkania z bratem. Uśmiechnęłam się pod nosem i zamknęłam oczy nie chcąc wypuścić z nich napływających łez. Oparłam łokcie o blat i schowałam twarz w dłoniach. Chciałam uciec... Zniknąć... Tęskniłam za Joshem... Za tym Joshem, który był moim przyjacielem... Za tym, który nie był zdystansowany, który się do mnie odzywał... Poczułam jak ktoś mnie obejmuje i po zapachu poznałam, że to Danielle. Wtuliłam się w nią i z trudem powstrzymywałam łzy, którym i tak udawało się wydostać spod moich powiek. Pociągnęłam nosem, odsunęłam się od dziewczyny, otarłam policzki wierzchem dłoni i podniosłam się z krzesła.
J: Wyjmiesz zapiekankę? Jest już gotowa..
D: Jasne.. Nie martw się już skarbie...- chwyciła mnie za rękę i delikatnie ją ścisnęła na co odpowiedziałam słabym uśmiechem. Ruszyłam w kierunku tarasu. Wyszłam na zewnątrz i wyciągnęłam papierosy z kieszeni marynarki. Ostatnio coraz częściej zdarza mi się zapalić.. Muszę z tym skończyć, bo się zniszczę. Spojrzałam w lewo i się przestraszyłam bo zobaczyłam Nathana.
N: Przepraszam.. Nie chciałem cię przestraszyć..
J: Nic się nie stało.. Fajnie wyglądasz... Jak zwykle z resztą...- zaciągnęłam się porządnie i poczekałam aż dym wypełni całe moje płuca.
N: Nie wyglądam lepiej od ciebie. Zawsze byłaś moim wzorem. Jejku, jak to zabrzmiało.- zaśmialiśmy się oboje.- Zawsze byłaś dla mnie kimś, kto zna się na modzie. O, tak to chciałem powiedzieć.
J: Dzięki. Ale nie wiem, czy jest się czym zachwycać.- spojrzałam na swój strój i wzruszyłam ramionami. Podeszłam do bujanej ławki i zsuwając buty z nóg podkurczyłam kolana pod brodę. Nate zaraz się do mnie dosiadł i najzwyczajniej w świecie mnie przytulił.
J: Nate.. Ja nie dam rady.. To jest dla mnie za trudne.. Ja go kocham.. On ze mną nawet nie rozmawia.. Wiem, że jestem z Harrym, ale Jo to nadal przyjaciel.. Najlepszy jakiego miałam, rozumiesz? Nie chcę, żeby to się tak kończyło..- rozpłakałam się na dobre. Chłopak przygarnął mnie mocniej do siebie i zaczął głaskać mnie po głowie i plecach. Byłam mu wdzięczna za to, że po prostu ze mną siedział. Wiedziałam, że jemu mogę się bezkarnie wypłakać w rękach, a on powstrzyma się od zbędnych uwag. Po kilku minutach zaczęłam się uspokajać. Odsunęłam się od chłopaka i pociągnęłam nosem.
J: Masz chusteczkę? Czuję, że wyglądam jak panda..- chłopak cicho zaśmiał się na te słowa i wszedł do domu. Wrócił z moją torbą, co mnie zdziwiło. Usiadł na swoim miejscu i zaczął grzebać w moich rzeczach. Skrzywiłam się patrząc na to, co robi, a gdy zobaczyłam, że wyciąga paczkę nawilżonych chusteczek parsknęłam śmiechem. Chciałam je od niego wziąć, ale odsunął rękę.
J: No ej. Daj mi te chusteczki.
N: Nie. Ja się tym zajmę moja kochana pando.- wytknął do mnie język i zaśmiał się jak mały chłopiec, który szykuje się na 'misję specjalną'. Obserwowałam dokładnie każdy jego ruch i zastanawiałam się, co on kombinuje.
J: Długo to jeszcze potrwa?
N: Nie, już kończę. Cierpliwości.- w tym momencie wyjął moją kosmetyczkę i szczerze powiedziawszy zaczęłam się bać.- Spokojnie. Nie zrobię z ciebie ani klauna ani straszydła. Zaufaj mi.- puścił do mnie oczko i się szeroko uśmiechnął. Wyjął jedną chusteczkę i zaczął zmywać pozostałości mojego makijażu. Przyglądałam mu się uważnie, gdy delikatnie ścierał szminkę z moich ust. Po krótkim czasie moja twarz już była czysta, a chłopak wziął do ręki mój podkład i zanim zdążyłam się sprzeciwić nałożył mi go na twarz. Pomalował mi rzęsy i nałożył lekką pomadkę, a następnie podał lusterko. Wyglądałam.. Normalnie. Szeroko się uśmiechnęłam, a Nate wyszczerzył się jak mały chłopczyk.
N: Teraz ślicznotko idziesz ze mną.- wziął mnie za rękę i delikatnie pociągnął. Wsunęłam stopy w buty i ruszyłam za chłopakiem.
J: Mogę wiedzieć dokąd idziemy?
N: Niespodzianka. No chodź.- pociągnął mnie mocniej i prawie się potknęłam. Przeszliśmy przez dom do drzwi frontowych. Nate krzyknął jedynie 'wychodzimy' i trzasnął drzwiami.
Po kilkunastu minutach marszu zobaczyłam budynek mojej dorywczej pracy. Zatrzymaliśmy się przed studiem fotograficznym najsłynniejszych magazynów na świecie. Spojrzałam pytająco na przyjaciela, a on odpowiedział mi uśmiechem.
J: Jeśli chcesz, żebym zrobiła Ci zdjęcia, trzeba było powiedzieć od razu. Mogliśmy pójść do mnie.
N: Nie mnie będziesz robiła zdjęcia.
J: A komu? Przecież by do mnie zadzwonili.
N: Zobaczysz. Cierpliwości kochana.- pstryknął mnie w nos i delikatnie pociągnął za rękę. Weszliśmy do szklanego budynku i do moich nozdrzy uderzył znajomy zapach skóry wymieszany z wanilią. Czarne kanapy ustawione wzdłuż korytarzy, waniliowe i kawowe ściany, tworzyły idealny klimat, który jednocześnie był odpowiedni dla biura. Z zamyślenia wyrwał mnie głos recepcjonistki. Dzisiaj była nią Kate.
K: Witaj Michi! Co Ty tu robisz? Nie masz dzisiaj wolne?
J: Hej Kate.- cmoknęłam ją w policzek i oparłam się o ladę.- Mam wolne, ale ten wariat mnie tu przyciągnął. Znacie się?
K: Nathan, tak? Kojarzę cię z widzenia.
N: Tak, byłem tu już kilka razy.
K: Połowa personelu za tobą szaleje. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby tak młody chłopak był obiektem westchnień wszystkich zmian w naszej firmie.- wszyscy się zaśmialiśmy, ale kątem oka spostrzegłam, że chłopak wyraźnie się zarumienił. W tym samym momencie złapał mnie za rękę i delikatnie ją uścisnął nachylając twarz do mojego ucha.
N: Możemy już iść?
J: Musimy lecieć, zdzwonimy się Kate.- puściłam oczko do dziewczyny i biorąc chłopaka pod rękę ruszyliśmy w kierunku wind. Z jednej wysiadała właśnie Taylor Swift. Mimo częstej styczności ze sławami, zaniemówiłam. Nie przepadałam za nią zbytnio. Dziewczyna uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie, a jedna z moich koleżanek po fachu przedstawiła mnie gwieździe.
T: To ty jesteś tą słynną dziewczyną Harry'ego Styles'a, o której teraz tak głośno?- spytała nadal się uśmiechając, a w jej uśmiechu było coś złośliwego.
J: Tak, ale wolała bym, żebym była znana jako Michelle Carter, a nie "dziewczyna Harry'ego".- sprostowałam, a Taylor trochę się zagubiła.
T: Co tutaj robi tak młoda dziewczyna? Przyjechałaś na sesję?
J: Nie, ja tu pracuję. A teraz przepraszam, ale obowiązki wzywają.- chwyciłam Nathana za rękę i weszliśmy do windy.
T: Myślałam, że to Harry jest twoim chłopakiem.- rzuciłam jej tylko spojrzenie pełne pogardy i drzwi od windy się zamknęły.
N: Co to było?
J: Wredne stworzenie, które jest ładne i umie śpiewać.
N: Ale wredota zabija wszystko. Nie mógł bym z nią pracować. Nie mogę tego powiedzieć o tobie.
J: Właśnie. Wyjaśnisz mi po co tu przyszliśmy?
N: Tak w zasadzie, to okłamałaś Taylor.
J: Jak niby?
N: Czeka cię sesja zdjęciowa.- spojrzałam na chłopaka szeroko otwartymi oczami na co odpowiedział szerokim uśmiechem.
J: Przecież wiesz, że ja się wstydzę siedzieć przed obiektywem!
N: Trzeba przełamywać swoje bariery. Sama mi tak kiedyś powiedziałaś, pamiętasz?
J: Pamiętam.. Kto będzie mi robił te zdjęcia?
N: A kto jest twoim mentorem w fotografii?
J: Nie.. Nie wierzę.
N: To lepiej uwierz.
J: Żartujesz sobie ze mnie?
N: Nie. Danil Golovkin będzie ci robił zdjęcia. I na pewno wyjdą wspaniałe.
J: Chyba nie wyłączyłam piekarnika.
N: Oj przestań. No chodź!- drzwi od windy stały przede mną otworem a ja nie mogłam się ruszyć.Wizja sesji z moim guru była czymś niewyobrażalnym i zabierającym dech w piersiach. Przyjaciel ciągnął mnie za rękę i wepchnął mnie do jednego ze studiów. Moim oczom ukazał się mój mentor.
D: O hej Nathan! Co ty tu robisz?
N: Wpadłem po drodze z małą prośbą.- w tym momencie pociągnął mnie trochę mocniej i wypadłam przed niego. Poczułam jak robię się czerwona na twarzy.
D: Jak ma na imię ta urocza prośba?
N: Michelle. Michelle Carter.- Danil zamyślił się na chwilę uważnie mi się przyglądając.
D: Moment.. Czy ty przypadkiem tu nie pracujesz?- pokiwałam twierdząco głową i z trudem przełknęłam ślinę.- Też robisz zdjęcia. Widziałem cię kiedyś w akcji i twoje zdjęcia są naprawdę.. Doskonałe!- z wrażenia opadła mi szczęka. Nathan zaśmiał się wesoło i dwoma palcami zamknął mi buzię. Zamrugałam kilka razy nie mogąc uwierzyć w to, co własnie usłyszałam.
N: To jak Danil? Masz chwilę?
D: Dla takiej gwiazdy zawsze.- puścił do mnie oczko i w końcu udało mi się trochę rozluźnić. Odwzajemniłam uśmiech i puściłam rękę przyjaciela.
N: O! Ann! Stój!- chłopak ruszył pędem w kierunku jednej z wizażystek. Danil podszedł do mnie i wyciągnął dłoń.
D: Danil, bardzo mi miło.
J: Mnie również. Jest pan moim mentorem.
D: Nie mów do mnie pan, bo się staro czuję, błagam. Mów mi Danil.
J: W porządku.- uśmiechnęłam się tym razem szerzej i już po chwili zobaczyłam przyjaciela, który prowadził przed sobą młodą, ale doświadczoną pracownicę studia. Była trochę zdezorientowana, ale mimo to na jej twarzy gościł uśmiech. Przedstawiono nas sobie i zostałam oddana w jej ręce. Po kilku godzinach było już po wszystkim. Muszę przyznać, że jeszcze nigdy się tak dobrze nie bawiłam stojąc po drugiej stronie aparatu. Zazwyczaj unikałam zdjęć i miałam ostatnimi czasy do tego uraz, ale teraz było to dla mnie po prostu zabawą. W momencie, w którym przeglądaliśmy zdjęcia rozbrzmiał dzwonek mojego telefonu. Przeprosiłam wszystkich i odeszłam na bok.
J: Tak?
H: Hej Michi!
J: Hej Hazz! Co tam?
H: Co porabiasz?
J: Jestem w studio.
H: Komu robiłaś zdjęcia?- spytał z zaciekawieniem.
J: Nie uwierzysz.
H: No dawaj, zaskocz mnie.- zaśmiał się, a po moim cieple rozlało się ciepło.
J: Mnie.
H: No weź nie żartuj. Komu?
J: Mówię prawdę. Danil robił mi zdjęcia.
H: Ten Danil?- spytał z naciskiem na pierwsze słowo.
J: Tak. Niesamowite, co?- zaśmiałam się krótko.
H: Moje gratulacje! Spełniła pani właśnie swoje kolejne marzenie!- chłopak cieszył się razem ze mną, co sprawiało, że byłam jeszcze szczęśliwsza. Tęskniłam za tym wariatem.- Ma pani jeszcze jakieś marzenia, które można spełnić?
J: Niestety niemożliwe do wykonania na tą chwilę proszę pana.
H: Wszystko jest możliwe, proszę powiedzieć.
J: Marzę o tym by pana teraz przytulić.
H: Oh, faktycznie. Miała pani rację. Nie da się wykonać. Ale proszę udać się do najbliższego kina i znajdzie tam pani kartonową wersję mnie.
J: Idiota.- zaśmiałam się cicho i delikatny uśmiech wrócił na moją twarz.
H: Kocham cię Michelle.
J: Ja ciebie też Harry. Tęsknię za tobą.
H: Ja za tobą jeszcze bardziej, ale miejmy nadzieję, że niedługo się zobaczymy.
J: Co u ciebie?
H: To co zwykle. Próby, nagrania i wywiady. To męczące, ale robię to, co kocham.
J: Wiem kochanie, wiem.
N: Michi! Chodź na chwilkę!
J: Harry, ja muszę kończyć.
H: No dobrze skarbie. Kocham cię, pamiętaj.
J: Pamiętam, trzymaj się.- rozłączyłam się i wzięłam głęboki oddech.
N: Michi, wszystko okej?- zza futryny wychylił się chłopak i spojrzał na mnie zatroskany.
J: Tak, tak.
N: Coś się stało?
J: Harry dzwonił, wszystko w porządku. Co tam chciałeś?- uśmiechnęłam się ciepło i ruszyłam wraz z chłopakiem do pozostałych.
D: Tak sobie pomyślałem.. Może chciała byś udzielić małego wywiadu?
J: Oooo nie.
D: Dlaczego?
J: Tak jakby mi tego zabroniono.
D: Chodzi o twojego chłopaka?
J: Tak.
D: A gdyby wywiad nie był związany z twoim związkiem? Istnieje taka możliwość?
J: Jeśli w wywiadzie nie padnie pytanie w tej kwestii to nie ma żadnych przeszkód. Ale proszę się zastanowić. Nie jestem zbyt ciekawą osobą.- uśmiechnęłam się krzywo i chwyciłam swoją torebkę.- Nathan, możemy już iść?
N: Jasne, ale wracamy rowerami, nie chcesz się przebrać?
J: Nie mam w co.
A: Poczekaj chwilkę, zaraz Ci coś przyniosę.- uśmiechnęłam się do dziewczyny z wdzięcznością i już po chwili zobaczyłam w jej dłoniach gotowy zestaw. Kremowy sweter i szorty całkiem w moim stylu, a do tego kremowe trampki przed kostkę. Poszłam się przebrać i zorientowałam się, że nie mam w co włożyć ubrań i z torebką ciężko będzie mi się poruszać na rowerze.
J: Ann, masz jakiś plecak? taki, do którego zmieszczą się moje rzeczy.
A: Jasne, proszę bardzo.- podała mi plecak, za co podziękowałam jej uśmiechem. Pożegnaliśmy się z Danilem i Anną, wyszliśmy z budynku i podeszliśmy do rowerów. Dla mnie był błękitny, a dla Nate'a beżowy. Postanowiliśmy, że pojedziemy do mnie, bo nie chciałam psuć sobie humoru narzekaniem Josh'a i jego warczeniem gdy o coś spytam. Gdy podjechaliśmy pod dom bardzo się zaniepokoiłam, bo na podjeździe stał obcy samochód, a brama była otwarta. Usłyszałam, że ktoś zamyka drzwi na taras. Poprosiłam Nathana, żeby odstawił cicho rowery i poszedł za mną. Szłam szybko, ale cicho. Przed samym rogiem usłyszałam kichnięcie. Tylko jedna osoba tak kicha. Wychyliłam się odganiając od siebie strach i niepokój.
J: Harry?- chłopak odwrócił się w moją stronę i szeroko się uśmiechnął. Biegiem ruszyłam w jego kierunku i rzuciłam mu się w ramiona. Loczek uniósł mnie do góry i okręcił się kilka razy wokół własnej osi. Znowu poczułam jego zapach i silne ramiona, w których czułam się bezpiecznie. Kiedy moje nogi dotknęły ziemi spojrzałam mu prosto w oczy. Ta głęboka zieleń i iskierki szczęścia nadawały mu takiego uroku, którego nie da się opisać słowami. Dołeczki w policzkach i malinowe usta dodawały mu słodyczy, a loki na głowie odzwierciedlały jego charakter. Pocałowałam go krótko, ale z uczuciem i jeszcze raz na niego spojrzałam.
J: Skąd ty się tu wziąłeś?
H: Przyjechałem do ciebie.
J: Wiesz jak mnie nastraszyłeś?
H: Samochodem? Wiem, przepraszam. Nie chciałem.
J: Dlaczego nie powiedziałeś, że przyjechałeś? Postarała bym się być wcześniej.
H: Oj nie ważne. Ślicznie wyglądasz.
J: Dziękuję, ty też całkiem dobrze prezentujesz.- dopiero teraz zwróciłam uwagę na jego wygląd. Zaśmiałam się pod nosem kiedy zauważyłam, że mamy na sobie praktycznie identyczne swetry.
H: Zabieram cię na randkę, bo jutro muszę wracać do pracy. Idź się przebierz. Tylko szybko.
J: Przed chwilą mi mówiłeś, że ładnie wyglądam.
H: Bo tak jest, ale do restauracji w swetrze nie pójdziesz.
J: A ty?
H: Ja też się przebiorę.
J: No dobrze. Idę, ale daj mi trochę więcej czasu. Muszę wziąć prysznic, po przejażdżce rowerem. Za pół godziny będę gotowa, okej?
H: Okej, leć skarbie.- cmoknęłam chłopaka przelotnie i ruszyłam prawie biegiem do łazienki.

*Nathan*

Stałem za rogiem budynku nie chcąc przerywać zakochanym ich czułości.
H: Możesz już wyjść z ukrycia.- zaśmiał się przyjaźnie, kiedy wychyliłem głowę.
J: Skąd..
H: Zauważyłem cię, kiedy wziąłem Michi na ręce.
J: Nie chciałem wam przeszkadzać.
H: Dzięki. Co tam słychać?
J: Całkiem w porządku. A u ciebie?
H: Też okej.
J: Leć się przebrać, później porozmawiamy.
H: Wyganiasz mnie?
J: Nie! Nie, nie, nie, skąd. Chodziło mi o to, że będziesz miał więcej czasu wtedy i nie będziesz musiał się spieszyć.
H: Dobra, spokojnie.- zaśmiał się, a ja wraz z nim. Nie da się ukryć- mnie też go brakowało. Zaprzyjaźniliśmy się przez ostatni czas. Weszliśmy do domu i chłopak poszedł do swojego pokoju, a ja ruszyłem do Michi, żeby się pożegnać. Zapukałem, ale nikt nie odpowiedział, a drzwi były otwarte. Wszedłem i usiadłem na łóżku, na którym leżały już naszykowane ubrania. Dało się usłyszeć, że Michi właśnie zakręciła wodę. Po kilku minutach drzwi od łazienki otworzyły się na oścież i moim oczom ukazała się dziewczyna w samej bieliźnie.
J: Um.. Przepraszam.. Ja może wyjdę..
Mi: Nate, spokojnie. Przecież nie jestem goła. Jak mnie widzisz w stroju kąpielowym też tak panikujesz?
J: No nie.
Mi: To wyluzuj.- zaśmiała się dźwięcznie i uwolniła włosy od gumki. Delikatne fale opadły na jej ramiona, a lekko zaróżowione policzki dodawały jej uroku. Uśmiechnąłem się na ten widok. Z zamyślenia wyrwał mnie głos przyjaciółki.
Mi: Nate, siedzisz na moich spodniach.
J: Oj, sorki.
Mi: Nic się nie stało.- puściła do mnie oczko i już chciała zakładać spodnie ale spojrzała na mnie pytająco.- Coś się stało?
J: Nie.. A własnie! Bo ja przyszedłem się pożegnać.
Mi: Idziesz już?
J: A po co mam zostawać, skoro idziecie na randkę? Nie będę wam w domu przesiadywał przecież.
Mi: I dokąd pójdziesz?
J: Do domu.
Mi: Nathan..- kucnęła przede mną i chwyciła mnie za dłonie. Musiałem się hamować, żeby nie patrzeć się jej w dekolt.- Dobrze wiem, że sypiasz w studio..
J: Skąd..- chciałem zadać pytanie, ale nie dane mi było dokończyć.
Mi: Ann mi powiedziała. Ta dziewczyna się o Ciebie martwi. Masz dopiero 16 lat, Nathan, błagam.
J: Przecież nic mi nie jest.
Mi: Jasne, a gdzie się podziało twoje 5 kilo mięśni, które niegdyś miałeś? Jedziesz ostatnimi czasy na durnych pustych przekąskach, które ci szkodzą. Kiedy ostatnio jadłeś normalny obiad?- nie potrafiłem jej odpowiedzieć. Miałem łzy w oczach. Michelle znała mnie jak ktokolwiek inny. Lepiej niż moja własna siostra.- Wiem, że Lou przesyła ci pieniądze, ale wiem też, że zamiast pieniędzy od studio dostałeś pokój, w którym śpisz. Nie chciałam na ciebie naciskać, ale widzę, że nie mam innego wyjścia. Jutro pojedziemy do domu i studio po wszystkie twoje rzeczy i od jutra mieszkasz u mnie. Jasne?
J: Jak słońce.
Mi: Cieszę się, że ten jeden raz się nie upierasz przy swoim. A teraz głęboki oddech, mocny uścisk i głowa do góry. Zielony pokój jest wolny i wysprzątany, tam możesz spać.- wziąłem głęboki oddech, podniosłem się na równe nogi i pomogłem wstać Michi. Mocno przytuliłem jej ciepłe ciało do swojego i pocałowałem ją w czoło.
J: Pomóc ci w czymś?
Mi: Dzięki skarbie, dam sobie radę. Idź lepiej zrób sobie coś ciepłego do jedzenia.- kiwnąłem głową i delikatnie się uśmiechnąłem, a wychodząc z pokoju minąłem się z Harrym. Chłopak żartobliwie pogroził mi palcem i cicho się zaśmiał. Poszedłem do kuchni i w piekarniku znalazłem wczorajszą lazanię. Pachniała wspaniale i dobrze wyglądała, więc nie musiałem się wysilać w sprawie obiadu.

*Harry*

To jak tęskniłem za swoją dziewczyną było czyś nie do pojęcia, a nie widzieliśmy się zaledwie tydzień. Nie widziała jak wszedłem do jej pokoju i kiedy przytuliłem ją od tyłu lekko podskoczyła.
Mi: Hazz, chcesz żebym miała zawał?- klepnęła mnie delikatnie w ramię.- Nie śmiej się tylko mnie puść. Chcę się ubrać.
J: No już, już. Bez nerwów kochanie.
Mi: Może być?- pokazała palcem na ubrania leżące na łóżku.
J: Jak najbardziej. W dodatku pasujesz do mojej koszuli.- zaśmiałem się, bo miałem na sobie blado różową koszulę, czarne spodnie i czarną marynarkę. Michi też się zaśmiała i zapięła guzik od spodni.
J: Lubię jak nosisz takie biustonosze.
Mi: Słucham?!- spojrzała na mnie zdezorientowana.
J: No takie bez ramiączek.
Mi: Dlaczego?
J: Podobasz mi się w takich po prostu.
Mi: A jak mam ramiączka, to już ci się nie podobam?- oparła dłonie o biodra i spojrzała na mnie dając mi znać, żebym przemyślał to, co powiem.
J: Zawsze mi się podobasz. Nawet wtedy, kiedy wyglądasz jak wywłoka.- wysłałem jej buziaka w powietrzu i cudem uniknąłem poduszki lecącej wprost na moją twarz. Spojrzałem na dziewczynę nie kryjąc zdziwienia i po sekundzie oboje zaczęliśmy się głośno śmiać.
J: Dobra, ubieraj się.- cmoknąłem ją w policzek i poszedłem do kuchni, żeby napić się wody. Spotkałem tam Nathana, który zajadał się lazanią.
J: Smacznego.- chłopak tylko kiwnął głową i wziął kolejny spory kęs do buzi. Wyglądał jakby nie jadł nic od tygodnia.- Nate, nie śpiesz się tak. Będziesz miał czkawkę i brzuch cię rozboli, chłopie. Powolutku.- chłopak uśmiechnął się zawstydzony i zaczął wolniej przeżuwać.- Kiedy następna sesja?
N: Pojutrze.- powiedział z pełną buzią.
J: Dla kogo tym razem?
N: Szczerze?- przełknął lazanię i kontynuował.- Nie mam zielonego pojęcia. Wiem tylko, że jakieś ciuchy, ale dla kogo to mi nawet nie powiedzieli.
J: No okej. Lubisz to?
N: Modeling?
J: Tak.
N: To moja praca. Bez niej wylądował bym na ulicy.
J: Wiem, rozumiem, ale lubisz to, co robisz?- chłopak zamyślił się na dłuższą chwilę.
N: Tak. Jeszcze nie zdarzyło mi się, żeby ktoś był dla mnie jakoś bardzo surowy, albo chamski. Wystarczy, że dobrze wyglądam i stanę przed obiektywem. Znaczy, wiesz, nie chodzi o to, że płacą mi za to, że stoję i ładnie wyglądam, ale o tą atmosferę. Poznaję nowych ludzi, każdy jest dla każdego miły i nawet jeśli nie możemy się dogadać od razu załatwia się wszystko na spokojnie. Często dostosowują się do mojego planu dnia, więc nie muszę opuszczać szkoły, mam wolne weekendy i czas na naukę do egzaminów. Gdybym chciał pracować w kawiarni musiał bym się dostosować do pracodawcy.- w tym momencie do kuchni weszła gotowa do wyjścia Michelle.
Mi: Gotowy?- spytała mnie i uśmiechnęła się delikatnie.
J: Jak nigdy. Dokończymy kiedy indziej. Trzymaj się Nate.- puściłem oczko do przyjaciela i przybiliśmy tak zwanego żółwika.
Mi: Zielony pokój jest twój, pamiętasz?
N: Tak, pamiętam. Dziękuję.- uśmiechnął się i pomachał nam dłonią na do widzenia. Michi ruszyła przodem i już po chwili siedzieliśmy w moim aucie będąc w drodze do restauracji.
Mi: Dokąd dokładnie jedziemy?
J: Niespodzianka.
Mi: Dużo ich jeszcze dzisiaj będzie?
J: A ile ich już było?
Mi: No.. Z dwie..
J: Kurde, a myślałem, że będę pierwszy.
Mi: Nathan cię wyprzedził.
J: Szkoda.- resztę drogi spędziliśmy w dziwnej, trochę krępującej ciszy. Czułem, jak Michi od czasu do czasu mi się przygląda, ale nic nie powiedziałem. Wyglądała tak, jakby coś ją dręczyło, jednak nie chciałem naciskać. Dotarliśmy na miejsce i szczerze powiedziawszy byłem zaskoczony ilością samochodów na parkingu. Spodziewałem się, że będzie ich zdecydowanie więcej, bo to dosyć dobra knajpka. Wysiadłem z samochodu i otworzyłam drzwi dziewczynie. Pomogłem jej wysiąść i złapałem ją za rękę.
J: Wszystko okej?- spojrzałem jej w oczy, w których było widać pewną niezgodność.
Mi: Tak. Idziemy? Jestem trochę głodna.- uśmiechnęła się blado i pewnym krokiem ruszyła w kierunku wejścia. Otworzyłem przed nią drzwi i usłyszałem dźwięk fleszy. Zakląłem pod nosem, ale nic nie powiedziałem.
Mi: Harry..- w jej głosie było coś niepokojącego.
J: Tak?- spojrzałem na nią.
Mi: Czy to jest..?- wskazała dyskretnie palcem na kobietę siedzącą na scenie. Przyjrzałem jej się przez krótką chwilę i już wiedziałem, o co chodzi Michelle. W restauracji odbywał się koncert Adele. Uśmiechnąłem się do dziewczyny i widząc iskierki w jej oczach modliłem się w myśli, żeby rezerwacja była aktualna.
Kelnerka: O mój boże..- powiedziała tak, jakby miała zaraz zemdleć, a minę miała taką jakby ducha zobaczyła.
Mi: Wszystko w porządku?- spytała zaniepokojona, a kelnerka od razu się otrząsnęła i wzięła głęboki oddech.
K: Tak, tak. W czym mogę pomóc?
J: Mieliśmy rezerwację na dzisiejszy wieczór, na godzinę szóstą, na nazwisko..
K: Styles, oczywiście.- dokończyła za mnie i zatopiła wzrok w karcie rezerwacji.- Zgadza się. Stolik dla dwojga z dala od ciekawskich gapiów. Proszę za mną.- uśmiechnęła się i biorąc pod pachę dwa menu ruszyła w głąb sali. Mijaliśmy kolejne pary i grupy, aż w końcu dotarliśmy do stolika, który był usytuowany niżej niż reszta. Odsunąłem krzesło dla Michi i sam usiadłem na przeciwko. Kelnerka podała nam karty i z uśmiechem oddaliła się na kilka metrów. W ciszy czytaliśmy karty, wsłuchując się w głos piosenkarki. Widziałem jak Michi nuci pod nosem słowa piosenki i uśmiechnąłem się na ten widok. Adele była jej królową, a Ed Sheeran był królem. Oddała by wszystko, żeby znaleźć się na ich koncertach i teraz przypadkiem udało mi się spełnić jej marzenie.
J: Wybrałaś już?- spytałem po kilku minutach.
Mi: Tak, a ty?
J: Też. Co bierzesz?
Mi: Piątkę i wodę mineralną.
J: Nie chcesz wina?
Mi: Nie, dziękuję. A ty, co bierzesz?
J: Też piątkę.. Jakiś deser?
Mi: Szarlotkę na zimno i herbatę.
J: Okej. To zamawiamy?- dziewczyna kiwnęła głową z bladym uśmiechem, a ja zawołałem kelnerkę. Kiedy zostaliśmy sami spojrzałem na Michi. Była zamyślona i jakby nieobecna.
J: Michi..- nawet nie zareagowała.- Michelle- powiedziałem trochę głośniej i dziewczyna przerzuciła na mnie swój wzrok.- Co się dzieje? Jesteś jakaś nieobecna. Martwię się o ciebie.
Mi: Wszystko w porządku.
J: Nie oszukasz mnie, wiesz przecież. Za długo cię znam.
Mi: To nie istotne.
J: Owszem, istotne.. Chodzi o Josha, prawda?- blondynka kiwnęła nieznacznie głową i z powrotem skierowała spojrzenie  na świecę stojącą na stole.- Pogorszyło mu się?
Mi: Nie, nie o to chodzi..
J: A o co?
Mi: O to, że on mnie do siebie nie dopuszcza.. Odtrąca mnie jako przyjaciółkę, a to strasznie boli.
J: Co dokładnie masz na myśli?
Mi: Dzisiaj na przykład spytałam po prostu, co chce do picia, a on zaczął na mnie warczeć. Wiem, że jest mu ciężko w nowej sytuacji, ale dlaczego wyżywa się na mnie? Kiedy Martin chce mu pomóc, nie ma nic przeciwko, a kiedy ja pytam czy czegoś nie potrzebuje od razu się wkurza i ma do mnie pretensje. I nie mów mi, że muszę go zrozumieć, bo tego nie zrobię. Tego się nie da zrozumieć. Mam w dupie jego pieprzony honor. Jestem jego przyjaciółką, powinien kurwa zaakceptować poją pomoc i być mi wdzięczny, a nie się kurwa wkurzać za każdym razem kiedy coś dla niego robię.- wzięła głęboki oddech i spojrzała na scenę. Miała szklanki w oczach i widać było, że naprawdę rani ją zachowanie przyjaciela. Nie mogłem patrzeć na to jak cierpi.
J: Skarbie, nie myśl teraz o tym, proszę.- chwyciłem ją za dłoń i delikatnie uścisnąłem.- Cieszmy się teraz tym, że jesteśmy tutaj razem, na koncercie Adele, z dala od problemów..
Mi: Dlaczego właściwie przyjechałeś?- to pytanie zbiło mnie z tropu.
J: Michelle, teraz ty będziesz się wyżywała na mnie?- puściłem jej dłoń i oparłem się o krzesło.
Mi: Nie, po prostu zadałam pytanie. Dlaczego od razu stwierdziłeś, że będę się wyżywać?- zdenerwowanie w niej rosło.
J: Przepraszam..- między nami zapadła głucha cisza trwająca kilka minut.

*Josh*

J: Martin!- zawołałem przyjaciela, który był na dole. Przyszedł do mojego pokoju po niecałej minucie i spojrzał na mnie z troską.
Ma: No co tam? Przynieść ci coś?
J: Nie, dzięki.
Ma: Ale..?- spytał przeciągając samogłoskę.
J: Michi tu przyjdzie?
Ma: Wątpię.
J: Mógłbyś do niej napisać?
Ma: Już pisałem.. Harry przyjechał i pojechali na kolację.- spuściłem głowę i wpatrywałem się teraz w swoje palce. Już od ponad godziny siedziałem w tej samej pozycji na łóżku.- Stary, wiem, że ci zależy na mojej siostrze. Uwierz mi, ona cię kocha, ale postaw się na jej miejscu.
J: Tak, wiem! Jestem śmiertelnie chory, nic dziwnego, że wybrała jego! Nie musisz mi tego wypominać.
Ma: Zamknij się !- wrzasnął na mnie, a nigdy tego nie robił i trzasnął drzwiami. Spojrzałem na niego zdziwiony i aż zamarłem. Był wściekły jak nigdy wcześniej. Po raz pierwszy się go bałem.
Ma: Nie masz prawa nawet tak myśleć o Michi! Nie zapominaj, że to twoja najlepsza przyjaciółka kretynie! Nie pamiętasz ile razy już ci ratowała tyłek?! Pomyśl kurwa trochę! Wiesz ile nocy przepłakała przez to, że z wami koniec?! Wiesz ile razy biegłem do niej w nocy, bo krzyczała przez sen?! Czy zdajesz sobie sprawę z tego jak jej było ciężko?! Nie masz zielonego pojęcia! Wiesz jak ją zabolało to, że dowiedziała się jako ostatnia o twojej chorobie?! Okłamywałeś osobę, która powinna dowiedzieć się o wszystkim jako pierwsza! Zamiast powiedzieć prawdę, wolałeś udawać, że wszystko jest okej! Gdybyś jej powiedział od razu wszystko potoczyło by się inaczej! Jesteś samolubnym kretynem i nikim więcej Josh! Dzisiaj też już przesadziłeś! Następnym razem zastanów się kurwa nie dwa, nie trzy ale dziesięć razy zanim coś powiesz!- złapał za klamkę i otworzył drzwi z rozmachem.
J: Martin..
Ma: Nie kurwa! Nie ma żadnego Martina! Teraz radź sobie sam!- otarł ręką policzek po którym spływały łzy i trzasnął drzwiami. Poczułem jak moje policzki płoną a ścieżki wytyczane na nich przez łzy piekielnie szczypały. Położyłem się na brzuchu, schowałem twarz w poduszki i z mojego gardła wydobył się niemiłosierny szloch. Martin zachował się w stosunku do mnie dokładnie tak samo, jak ja zachowywałem się przez ostatni tydzień w stosunku do Michelle. Było mi wstyd za samego siebie. Zachowywałem się jak ostatni kretyn i dopiero teraz sobie to uświadomiłem. Spieprzyłem wszystko..

*Michelle*

J: Odpowiesz mi w końcu?- spytałam po dziesięciu minutach ciszy.
H: Stęskniłem się.- powiedział ze skruchą.
J: A inni nie? Dlaczego w takim razie Liam nie przyjechał do Danielle?
H: Będziesz tak drążyła?
J: Tak. Będę drążyła, póki nie powiesz mi prawdy.
H: Kazali mi. Okej? Po prostu kazali mi przyjechać. To chciałaś usłyszeć?
J: Jeśli to prawda, to tak.- powiedziałam, po mimo tego, że zabolało. Zobaczyłam idącą w naszym kierunku kelnerkę. Uśmiechnęłam się i podziękowałam za przyniesione danie, a Harry zrobił to samo. Zabraliśmy się za jedzenie i już nie zamieniliśmy ze sobą słowa. Kiedy czekaliśmy na deser z zamyślenia wyrwał mnie głos mojej idolki. Spojrzałam na Adele, która patrzyła prosto w moje oczy.
A: Na widowni widzę dwójkę naprawdę zdolnych, młodych ludzi i tak sobie myślę, że chyba fajnie było by, gdyby dla nas zaśpiewali. Michelle i Harry. Mam nadzieję, że jesteście już najedzeni i nie będzie wam burczało w brzuchach podczas występu.- razem z Harrym w jednym momencie pokręciliśmy głowami przecząco, gestem ręki dając znać, żeby piosenkarka kontynuowała. W tym momencie kilku fotografów wypatrzyło nas w tłumie i zaczęli robić zdjęcia.
A: No kochani, nie dajcie się prosić.- powiedziała i zaśmiała się wesoło.
H: Dobra, chodź. I tak już nas widzieli. Jak znam życie, to było zaplanowane.- mówił cały czas się uśmiechając i podając mi rękę. Weszliśmy na scenę i na sali rozległy się oklaski. Ukłoniliśmy się delikatnie i przywitaliśmy z moją mentorką.
A: Adele, miło mi poznać.- powiedziała stanowczo ściskając moją dłoń.
J: Michelle, to dla mnie zaszczyt.
H: Harry, miło mi.
A: Co zaśpiewacie?
J: Dzisiaj tylko Harry będzie śpiewał, ja mam problemy z gardłem.
H: Ale chórki pociągniesz bez problemów.- w tym momencie miałam ochotę go rozszarpać na strzępy jednak na mojej twarzy nadal widniał uśmiech.
J: Postaram się.
A: To co zagracie?
J: Naszą piosenkę. Nikt jej dotąd nie słyszał, ale mamy nadzieję, że się spodoba.
A: Jakieś instrumenty są wam potrzebne?
J: Tylko fortepian, ale widzę, że jest gotowe, więc dziękujemy.
A: Moi mili.- zaczęła mówić do mikrofonu- Przed wami Michelle Carter i Harry Styles.- na sali ponownie rozległy się oklaski. Harry usiadł na wysokim stołku, który stał na środku sceny i chwycił w dłoń mikrofon, a ja zasiadłam przy fortepianie i ustawiłam mikrofon odpowiednio do siebie. Zagrałam kilka akordów i spojrzałam na chłopaka. Kiwnął porozumiewawczo głową, dając mi znak, że mogę zaczynać. Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam grać.

(KLIK)

Now you were standing there right in front of me
I hold on, it's getting harder to breath
All of a sudden these lights are blinding me
I never noticed how bright they would be 

I saw in the corner there is a photograph
No doubt in my mind it's a picture of you
It lies there alone on its bed of broken glass
This bed was never made for two

I'll keep my eyes wide open
I'll keep my arms wide open

Don't let me
Don't let me
Don't let me go
'Cause I'm tired of feeling alone

Don't let me
Don't let me go
'Cause I'm tired of feeling alone

I promise one day that I'll bring you back a star
I caught one and it burned a hole in my hand oh
Seems like these days I watch you from afar
Just trying to make you understand
I'll keep my eyes wide open yeah

Don't let me
Don't let me
Don't let me go
'Cause I'm tired of feeling alone
Don't let me
Don't let me go

Don't let me
Don't let me
Don't let me go
'Cause I'm tired of feeling alone

Don't let me
Don't let me
Don't let me go
'Cause I'm tired of feeling alone

Don't let me
Don't let me go
'Cause I'm tired of sleeping alone


Gromkie brawa nastąpiły po chwili zupełnej ciszy, która miała miejsce przez cały nasz występ. Wstałam i podeszłam do Harry'ego, który złapał mnie za rękę i delikatnie ją ściskając ukłonił się razem ze mną. Nadal jednak byłam na niego zła. Doskonale wiedział, że nienawidzę kiedy ktoś mnie okłamuje. 
Adele nam podziękowała, zamieniła z nami jeszcze kilka słów i wróciliśmy do swojego stolika, na którym czekał już deser. W chwili, w której zapłaciliśmy za rachunek, koncert dobiegł końca, więc opuściliśmy lokal. Zanim wsiedliśmy do auta zrobiona nam mnóstwo zdjęć, ale jakoś żadne z nas nie miało już dłużej siły udawać, że świetnie się bawimy. Wyjęłam z torebki telefon i wybrałam numer Martina.
Ma: Tak?- powiedział zachrypniętym głosem.
J: Coś się stało?- spytałam zaniepokojona na co mój brat odchrząknął.
Ma: Nie, wszystko okej. Co tam?
J: My już wracamy, więc podjadę do was po kluczyki od brami, bo Nate już pewnie śpi.
Ma: Em.. Nie śpi. I nie musicie jechać do Josha.
J: Jak to?
Ma: Jestem w domu. Jak będziecie na rogu, to daj mi sygnał.- w tym momencie się rozłączył chcąc uniknąć moich dalszych pytań. Cisnęłam telefonem w torebkę i skrzyżowałam ramiona na klatce piersiowej. Wkurza mnie to jak traktują mnie najbliżsi mojemu sercu faceci. Uwzięli się na mnie czy jak? 
H: Coś się stało?
J: Nie. Jedź prosto do domu.- chłopak nawet na mnie nie spojrzał, chociaż kątem oka dostrzegłam jak kiwnął głową. W ciągu kilku minut znaleźliśmy się już w garażu i od razu wysiadłam z auta. Przeszłam przez kuchnię do przedpokoju, tam zdjęłam buty, które włożyłam do garderoby i weszłam do salonu, gdzie świeciło się światło. To, co zobaczyłam totalnie mnie zaskoczyło.



_________________________________________________________

Kochani wybaczcie (chociaż to, co robię jest niewybaczalne). Uwierzcie mi, że gdybym tylko miała czas, rozdziały pojawiały by się zapewne o wiele wiele częściej, ale niestety jest jak jest. Szkoła daje w kość i nie wyrabiam z nauką, więc sami rozumiecie. 

Wracam do was po dłuuugiej przerwie z nowym rozdziałem. Tradycyjnie mi się on nie podoba, ale ostateczną ocenę pozostawiam wam. 

Następny rozdział pojawi się nie mam zielonego pojęcia kiedy, ale to, ile komentarzy pozostawicie pod tą notką również zadecyduje o następnej. Czekam na sugestie z waszej strony, ponieważ kończą mi się pomysły, a głupio byłoby mi to teraz zakończyć.

Chcę zobaczyć minimum 10 komentarzy ; )

Jeszcze raz przepraszam i proszę o wybaczenie. 

Pozdrawiam 
Ola : )

17 listopada 2013

Rozdział 22- Zgłupiałeś? To nie zdrowe!

Dni po urodzinach Michelle mijały według tego samego schematu. Rano dziewczynę budził Harry, robił jej śniadanie, a kiedy była gotowa odwoził ją do szkoły. W weekend, Harry zabrał Michelle do zoo i świetnie się tam bawili. W czasie, w którym Michelle miała zajęcia, Hazz wraz z chłopcami remontował jej pokój. To była dalsza część niespodzianki urodzinowej. W trakcie treningu, chłopak jechał po dziewczynę i odwoził ją do wynajętego domku.

*Michelle* 

Dzisiaj wracam do domu. Ponoć wszystkie moje rzeczy Louise przewiozła z powrotem. Nie wiem co oni knują, ale średnio mi się to podoba. Jak zawsze Harry wszedł na salę w połowie treningu, na wszelki wypadek, gdybym próbowała się wymknąć. Przez pierwsze dwa dni strasznie rozpraszał dziewczyny z drużyny, ale teraz już było okej. Jedynie moje ulubione cheerleaderki próbowały zrobić na nim wrażenie, wchodząc na salę w tych swoich skąpych strojach. Nawet nie macie pojęcia, jak bardzo musiałam powstrzymywać się przed wybuchami śmiechu. Megan dokładała wszelkich sił, żeby Harry na nią spojrzał. A kiedy zjawił się dzisiaj z całym zespołem już w ogóle wariowała. Umówiliśmy się z ich drużyną, że mogą wchodzić dziesięć minut wcześniej i zaczynać się rozgrzewać z tyłu sali. Harry wraz z chłopcami zajęli miejsca w jednym z tylnych rzędów na trybunach i bacznie przyglądali się naszej grze. Pamiętam, jak Hazz mnie kiedyś nie doceniał. Teraz mam szanse, przekonać go, że się mylił. Przyszła moja kolej na serw. Skupiłam się trzymając piłkę w dłoniach. Odbiłam ją kilka razy od ziemi i po usłyszeniu gwizdka podrzuciłam ją wysoko do góry. Wzięłam krótki rozbieg i wyskoczyłam w górę odbijając piłkę. 
Zaraz po tym po sali rozbrzmiał gwizdek. As serwisowy. Spojrzałam znacząco na chłopaka w lokach, na co on tylko bezgłośnie powiedział, że mi się poszczęściło. Piłka wróciła do mnie i zauważyłam, że drużyna przeciwna, zaczyna ustawiać się blisko miejsca, w które ostatnio trafiłam. Typowy błąd. Gwizdek. Rzut. Podskok. I kolejny as, w drugą część boiska. 
Teraz wszyscy przeciwnicy ustawili się na tyle. Kolejny błąd. Tym razem odbiłam leciutko i tamci ledwo dobiegli do piłki. Udało im się odbić i przerzucić piłkę na naszą stronę. Josh odebrał i podał do Martina. On wybił wysoko do góry, a ja jako atakujący przebiłam się przez blok, zdobywając punkt. Spojrzałam na Harry'ego, który uniósł ręce w geście obronnym na co cicho się roześmiałam. Graliśmy dalej. Moja drużyna wygrywała. W pewnym momencie Stella mnie nie zauważyła i wpadła na mnie z taką siłą, że obie wylądowałyśmy na podłodze. Dziewczyna mnie trochę przygniotła, ale zaraz się ze mnie sturlała. Wszyscy do mnie podbiegli, a Stella zniknęła. Josh pomógł mi wstać.
Jo: Nic ci nie jest?
J: Nie. Jest okej.
-Ona to zrobiła specjalnie.- ktoś z drużyny się odezwał, ale nie wychwyciłam kto.
J: Słucham?- w tym momencie do przodu wysunęła się Alice. 
Al: Słyszałam jak rozmawiała z Megan. Dziewczyna oferowała jej niezłą sumę. Próbowałam ją przekonać, że to zły pomysł, ale ona się uparła.- powiedziała z przepraszającą miną, chociaż niczemu nie była winna. 
J: Dobra. Nie ważne. 
Ma: Ona ci mogła coś zrobić. wszyscy w szkole wiedzą, że dzięki tobie zdobywamy nagrody. 
J: Nie ważne. Później to wyjaśnimy. Gramy dalej. 
Powiedziałam i stanęłam na swoim miejscu. Poprawiłam kucyka i byłam gotowa do gry. Spojrzałam groźnie na Megan i w jej oczach widziałam strach. Pewnie bała się, że będę się chciała odegrać. Pomyliła się. Po kilku minutach trener oznajmił, że na dzisiaj koniec, więc zaczęliśmy zbierać swoje ręczniki i ruszyliśmy do szatni. Przetarłam twarz miękkim materiałem i już po chwili stałam przed Harrym.
H: Nic ci nie jest?- spytał po czym pocałował mnie w usta.
J: Nie. Wszystko w porządku. Z resztą sam widziałeś. Gdyby mi coś było, to nie była bym w stanie grać.- mrugnęłam do niego jednym okiem i poszłam do szatni. Wiedziałam, że będą czekać na parkingu. Kiedy chciałam wyjść spod prysznica, ktoś zerwał zasłonkę i zrobił mi zdjęcie. To była Megan. Pewnie nie wiedziała, że za nią stoi już pięć moich koleżanek. 
J: Co chcesz osiągnąć? Myślałaś, że umieścisz w sieci moje nagie zdjęcia? Jaka szkoda. Nie udało ci się. Jesteś żałosna. Ile razy chcesz jeszcze przegrać? Mało ci upokorzenia, po przeprosinach trenera? Daj już sobie spokój, bo jedyne co robisz, to pogarszasz swoją sytuację. 
Pewnym krokiem ruszyłam w kierunku szatni, Dziewczyna w ostatnim momencie podstawiła mi nogę, ale zamiast się o nią potknąć, przydepnęłam ją celowo. 
J: Jeszcze jeden mocniejszy nacisk, a możesz pożegnać się z dopingowaniem na najbliższe pół roku. Pomyśl zanim coś zrobisz. Warknęłam jej prosto do ucha i wyminęłam udając się do szatni. 
Dziewczyny szły zaraz za mną i zaczęły szeptać na temat zdarzenia sprzed chwili. Kiedy weszłyśmy, wszyscy na nas spojrzeli. Uśmiechnęłam się do nich, tak jakby nic się nie stało. Podeszłam do swojej szafki i ubrałam się, po czym rozczesałam włosy.
J: Martin, mamy na ciebie czekać? Nie widziałam auta na parkingu. 
Ma: Byłbym wdzięczny.- uśmiechnął się do mnie i sam ruszył pod natrysk.
Kiedy wyszłam Harry czekał na mnie przy drzwiach i był czymś bardzo rozbawiony.
J: Co cię tak bawi.
H: Pani kapitan cheerleaderek.- powiedział wyniosłym tonem i oboje się roześmialiśmy. Chłopak chwycił mnie za rękę i sprzedając mi buziaka w policzek wyszliśmy na zewnątrz. Chłopcy stali przy aucie i głośno się śmiali. W oddali zobaczyłam jakiegoś kolesia, który robił nam zdjęcia.
J: Jejku, czy oni muszą być zawsze i wszędzie?- spytałam Hazzę, ale on mnie tylko do siebie przytulił i pocałował mnie w czoło. Uśmiechnęłam się i zobaczyłam Zayna, który robi śmieszne miny. Chyba zauważyliśmy to w tym samym momencie, bo równocześnie zaczęliśmy się śmiać. 
J: Zayn, co ty wyczyniasz ze swoją piękną mordką?- nasze relacje były już o wiele lepsze.
Z: Ja nie jestem Zayn, ja jestem panią kapitan cheerleaderek.- powiedział wydymając usta. Wszyscy się roześmialiśmy i wsiedliśmy do samochodu. Louis usiadł na miejscu kierowcy. Liam, Niall i Zayn, na tylnych siedzeniach, a ja z Harrym na końcu. 
H: Dobrze, że macie siedmioosobowe auto. 
J: Nawet nie wiesz, jak się przydaje. 
Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, a po kilku minutach dołączył do nas Martin. Lou szybko uwinął się z dojazdem do domu i wreszcie byłam u siebie. Chłopak nie wjechał do garażu, tylko zatrzymał samochód na podjeździe blisko wejścia. Kiedy wysiadłam poczułam się dziwnie. Jakbym była lekko podekscytowana i przestraszona jednocześnie. 
Ni: Zaraz zobaczysz coś, nad czym pracowaliśmy cały tydzień.
Li: Kiedy ciebie tu nie było, my byliśmy zajęci.
Lo: Co oczywiście nie oznacza, że źle się przy tym bawiliśmy.
Z: Wręcz przeciwnie. Będzie to trzeba kiedyś powtórzyć.- chłopcy mówili prowadząc mnie do pokoju. Kiedy stanęliśmy przed drzwiami mojej sypialni Harry złapał za klamkę.
Ma: Mam nadzieję, że ci się spodoba, bo moim zdaniem chłopcy dobrze się spisali.
H: To był mój pomysł, więc już wiesz kogo możesz później obwiniać. Chłopak otworzył drzwi i delikatnie je popchnął. Moim oczom ukazał się prześliczny, nowy pokój, o jakim marzyłam. Ściany były w odcieniach błękitu, podłoga wyłożona jasnymi panelami, a na jednej ze ścian mnóstwo zdjęć, a nad nimi widniał napis: Ludzie się zmieniają, wspomnienia nie. Moją uwagę jednak przykuła pościel. Podeszłam do łóżka i dokładnie się jej przyjrzałam. Była czarna i pozszywana z równych prostokątów. Na każdym widniało jedno z moich zdjęć. Do oczu napłynęły mi łzy, kiedy zobaczyłam nadrukowany cytat mojego ojca. 
Nie sztuką jest przejść przez życie,
gdy wszystko sprzyja.
Sztuką jest iść przed siebie
I nie ugiąć się
Nawet jeśli ciągle jest pod wiatr.

Pogłaskałam materiał i spojrzałam na ścianę. Były wypisane na niej zasady, których nauczył nas tata. Odwróciłam się przodem do drzwi i spojrzałam na brata. 
J: T-ty, to wybierałeś?- chłopak pokiwał głową, a ja szybko do niego podeszłam i pozwalając samotnej łzie spłynąć po moim policzku, wtuliłam się w jego silne ramiona. 
J: Dziękuję. Dziękuję wam wszystkim. Pokój jest naprawdę piękny. Marzyłam o takim. Dobra robota.- uśmiechnęłam się do nich i przytuliłam każdego z osobna. 
Z: Jest jeszcze kilka rzeczy.
Ni: wiemy, jak bardzo lubisz siedzieć na tarasie, grając na gitarze albo czytając książkę. 
H: Tam też co nieco zmieniliśmy.- wyszłam na zewnątrz i faktycznie zmienili wygląd balkonu. Na ziemi nie było już widać gołego betonu, tylko ceramiczne płytki imitujące drewno. Po lewej stronie stał zestaw mebli ogrodowych, a po prawej leżanka
H: Są odporne na deszcz i brud. Jeśli coś się na nich rozleje, albo spadnie deszcz wystarczy, że wytrzecie wszystko ręcznikiem papierowym.
J: Dziękuję. Nawet nie wiesz, jak wiele to dla mnie znaczy. 
H: Mogę to sobie wyobrazić.- powiedział i mocno mnie przytulił.- Chodź. W salonie jest jeszcze kilka prezentów. 
Zeszliśmy na parter i dołączyliśmy do reszty. Liam, Louis, Zayn, Niall, Louise, Nathan, Danielle, Eleanor i Josh siedzieli na kanapach, a Martin majstrował coś przy telewizorze. 
Ni: Siadaj.- zaproponował wskazując swoje kolana. Nie było miejsc wolnych, więc skorzystałam. Harry spojrzał na nas z zazdrością, a ja wysłałam mu całusa w powietrzu. 
J: Co będziemy oglądać?
Ma: Twoje urodziny.- uśmiechnął się łobuzersko i chwytając pilota w dłoń usiadł obok Harry'ego na podłodze. Seans się rozpoczął.
Na ekranie wyświetlał się teraz mój brat. 
-Kochana siostrzyczko, masz już za sobą osiemnaście lat życia. To mało, a tak wiele już przeszłaś. W zamian za to, jak się dla nas poświęcałaś, chcemy, żebyś zobaczyła pewne rzeczy. Może to pomoże ci zrozumieć, jak wiele dla nas wszystkich znaczysz. Kocham cię.- pomachał do kamery i obraz się zmienił. Wraz z nim rozbrzmiała melodia. Leciała w tle, ale nadawała nastroju. Widzieliśmy teraz zdjęcia moich rodziców i martina. Mama była w ciąży i przy każdym kolejnym miesiącu było robione zdjęcie. Martin zawsze stał obok mamy i trzymał kartkę z cyferką. Jednocześnie świetnie dało się zauważyć jak szybko rósł mój braciszek. Kiedy miała pokazać się fotografia przedstawiająca mamę w ósmym miesiącu ciąży, tak się nie stało. Zamiast tego było ją widać leżącą w łóżku szpitalnym. Płakała. Potem pojawiłam się ja w inkubatorze. Byłam podłączona do aparatury, utrzymującej mnie przy życiu.
-Urodziłaś się półtora miesiąca za wcześnie. Twoje płuca nie były w pełni rozwinięte, a układ pokarmowy ledwo funkcjonował. Lekarze mówili, że cudem udało ci się przeżyć. Dopiero po miesiącu, rodzice mogli wziąć cię na ręce. Przez kilka następnych tygodni nadal dochodziłaś do siebie. Wszyscy sąsiedzi i znajomi, a nawet rodzina z dalekich krajów próbowali pomóc. Pokazywałaś nam, że jesteś silna. Już od początku, życie było dla ciebie okrutne. Kiedy już wszystko było w porządku z twoimi płucami musiałaś mieć przeszczep wątroby. Dostałaś ją od taty. Nie pamiętasz tego, bo byłaś zbyt mała. Czasem zastanawiam się czy to dobrze, czy może jednak, gdybyś o tym pamiętała była byś jeszcze silniejsza. 
Przez cały ten czas widać było mnie w szpitalu lub w domu. Po mimo tego co przechodziłam wciąż się uśmiechałam. Teraz wyświetlał się filmik z moich pierwszych urodzin.
-Szczęśliwie skończyłaś roczek. Byłaś już w pełni zdrowa, ale cały czas żyliśmy w strachu, że coś ci się stanie. Mimo wszystko, byłaś bardzo radosnym dzieckiem. Cały czas się śmiałaś. Kolejny rok za tobą. Szybko rosłaś i się rozwijałaś. Dawałaś wszystkim powody do uśmiechu. W twoje trzecie urodziny pojechaliśmy do Holmes Chapel. Pamiętam, jak Harry rozsmarował ci tort na twarzy.- tu pojawiło się zdjęcie owego zdarzenia i wszyscy się zaśmialiśmy. Wszyscy w pokoju byli wzruszeni.- Nie zawsze był grzecznym chłopcem. Ale oczywiście nie zostałaś mu winna i w jego urodziny odpłaciłaś mu się dokładnie tym samym. Z każdym mijającym dniem co raz mniej bałem się, że nie dasz sobie rady. Przyszedł dzień, w którym skończyłaś sześć lat. Trafiłaś do szpitala, z powodu niedotlenienia mózgu. Na całe szczęście nie miałaś żadnych powikłań, ale to jak się o ciebie baliśmy, było nie do opisania. Nie chciałem się z tobą rozstawać, bo myślałem, że każdy dzień, może być już tym ostatnim. To dlatego, poszliśmy do szkoły w tym samym roku. Ale dzięki temu poznaliśmy naszych wspaniałych przyjaciół. Mamy z nimi wiele wspomnień. To nasza pierwsza wspólna impreza. Twoje dziewiąte urodziny. Dostałaś wtedy mikrofon. Od zawsze kochałaś śpiewać. Rok później poszłaś z Joshem do szkoły tańca. Zawsze tworzyliście jedną parę. Raz nawet zagroziłaś, że nie wystartujesz w konkursie, bo pani nie chciała was do siebie przydzielić. Z tańcem jesteś związana do tej pory. Macie nawet wspólny taniec, który tańczycie na każdej wspólnej zabawie. Wystarczy, że usłyszycie 'What a wonderful world' Louis'a Armstrong'a i już wywijacie razem na parkiecie. Na jedenaste urodziny całą rodziną wybraliśmy się do zoo i pamiętam, że nie chciałaś odejść od słonia. tak cię fascynował, że zaczynałaś krzyczeć kiedy chcieliśmy iść dalej. Tata kupił wtedy orzeszki i zapytał pracownika, czy mogłabyś brać udział w karmieniu. I tak też się stało. Tata trzymał cię na rękach, a ty podawałaś jabłka swojemu ukochanemu słonikowi. Od tamtego czasu, to była nasza tradycja. Co roku, w twoje urodziny jeździliśmy do zoo. Przez dwa lata byłaś nawet pomocnikiem. Zoo potrzebowało i nadal potrzebuje ludzi takich jak ty. Siedemnastych urodzin nie chciałaś obchodzić. Był to dla nas strasznie trudny okres. Proces oddania cię do domu dziecka skutecznie odkładaliśmy na inny termin, aż w końcu to ja mogłem przejąć nad tobą opiekę. Tak naprawdę tylko dzięki przyjaciołom udało nam się przez to przejść. Posłuchaj co inni mają ci do powiedzenia. 
W tym momencie na ekranie pojawił się Josh.
- Michelle, byłaś, jesteś i zawsze będziesz moją najlepszą przyjaciółką. Nauczyłaś mnie wielu rzeczy. Pokazałaś mi, co to znaczy miłość, oddanie, współczucie i siła. Dziękuję, że jesteś.
-Michi, przyjaźnimy się od pierwszego dnia szkoły podstawowej. Obiecałyśmy sobie wtedy, że nic nie stanie nam na drodze do wiecznej przyjaźni. Pamiętam jak miałyśmy dziesięć lat i pierwszy raz się pokłóciłyśmy. Czułam się wtedy okropnie, bo zachowałam się strasznie. A ty nauczyłaś mnie wybaczać. Kocham cię i dziękuję.- Anna.
-Hej, nie wiem, co mam powiedzieć. Nauczyłaś mnie wytrwałości i cierpliwości. Zawsze pomagałaś mi w pracach domowych. Zawsze będę cię dobrze wspominał. Dziękuję.- Brett.
-Mich, jesteś najwspanialszą dziewczyną pod słońcem, nie licząc oczywiście mojej siostry. Razem z Lou, pokazałyście mi na czym polega wierność i poświęcenie. To jak pomogłaś mojej rodzinie, jest po prostu nie do opisania. Dziękuję.- Nathan.
- Wszyscy pewnie zaczynają od imienia, ale wiesz, że nie lubię się powtarzać. Powiem tylko jedno. Zostań taka, jaka jesteś. Nigdy się nie zmieniaj, bo taką cię kochamy. Pomogłaś mi i mojej rodzinie. Dziękuję.- Louise 
- Michi. W końcu osiągnęłaś swój cel. Przynajmniej jeden z wielu. Pamiętam jak kiedyś mi powiedziałaś, że pragniesz dożyć osiemnastki. No i proszę. Udało się. Mam nadzieję, że reszta celów zostanie osiągnięta, a wszystkie marzenia się spełnią. Nauczyłaś mnie przepraszać i dziękować, tak więc. Przepraszam i dziękuję.- Chris
- Zawsze cię podziwiałam i zawsze będę cię podziwiać. Pokazałaś wszystkim, że nie warto z tobą zadzierać, bo dobrze wiesz co potrafisz. Nie do końca znasz swoją wartość. Za mało doceniasz to, kim jesteś. Za cenną lekcję życia. Dziękuję.- Cleo
- Przyjaciel. Każdy ma inną definicję tego słowa. Według mojej ty nim właśnie jesteś Mich. Jesteś moją przyjaciółką. Dziękuję.- Louis
- Pokazałaś jak silna potrafisz być, ile serca potrafisz włożyć w to co robisz, ile potrafisz poświęcić, dla dobra twoich bliskich. Jesteś osobą, którą traktuję jak siostrę, bo doskonale wiesz, przez co ja przechodziłem. Mamy ze sobą wiele wspólnego i mam nadzieję, że nic tego nie zniszczy. Dziękuję.- Liam
-Bałam się naszego pierwszego spotkania. Bałam się, że okażesz się nic nie wartą dziewczyną. Nie potrzebnie się tego obawiałam. Już kiedy cię zobaczyłam, zaspaną i w stanie nie do pokazywania się ludziom, poczułam, że masz w sobie to coś. I zobacz co się stało. Zaprzyjaźniłyśmy się. Nauczyłaś mnie, że nie warto oceniać książki po okładce. Dziękuję.- Eleanor
-Skarbie. Taniec to nasza wspólna pasja i mówię ci od razu, że chcę z tobą zatańczyć. Nie teraz, ale w przyszłym roku, widzimy się na scenie w New York City kochanie! Tak dobrze usłyszałaś. Będziesz brała udział w światowym tourne Justina Biebera. Mam nadzieję, że będziemy się dobrze bawić. Jesteś moją przyjaciółką. Dziękuję.- Danielle
-Nie za bardzo umiem wyrażać to co czuję za pomocą słów, ale myślę, że cokolwiek bym teraz nie powiedział, to najważniejsze jest jedno. Strasznie cieszę się, że cię poznałem, bo nie było by mnie już na tym świecie. Dziękuję.- Niall
- Mógłbym powiedzieć, że krótko się znamy i nie za bardzo wiem, co mam powiedzieć. Nie zrobię tego, bo zdążyłem cię już poznać. Nie znosisz tego, gdy człowiekowi dzieje się krzywda. Pokazałaś to pewnej nocy, za którą jestem ci wdzięczny. Choć tak mało czasu ze sobą spędziliśmy, to mamy za sobą i wzloty i upadki. Każdy upadek nas wzmacnia, ale myślę, że nasza przyjaźń, jest już wystarczająco silna. Dziękuję.- Zayn
- Znam cię od urodzenia. Zawsze cię kochałem i zawsze będę cię kochał. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jesteś najważniejszą kobietą mojego życia. Dziękuję.- Harry
- Jesteś świetnym kapitanem drużyny i będzie nam ciebie brakować. Mamy nadzieję, że będziesz o nas pamiętać i wpadniesz od czasu do czasu na nasz mecz. Będziemy tęsknić!- drużyna szkolna.
- Masz talent w łapkach! Nie zmarnuj tego!- koło plastyczne
- Jeśli nie tańczysz, to pamiętaj, że wiemy gdzie mieszkasz. Czekamy na wspólny taniec skarbie!- grupa taneczna.
- Dlaczego jestem na samym końcu? Przecież jestem twoim bratem. Jednak to ja znam cię najlepiej. Wiem nawet kiedy dostałaś pierwszy okres. To mnie trochę przeraża. A tak na poważnie. Michelle Nelly Carter, jesteś dla mnie najważniejszą osobą w życiu. Nawet nie wiesz, co czuję myśląc, że już nigdy cię nie zobaczę. Kiedy byłaś mała, każdego dnia rano biegłem do twojego pokoju i sprawdzałem czy oddychasz. Nadal to robię. Wchodzę do twojego pokoju piętnaście minut przed twoim budzikiem i sprawdzam czy unosi ci się klatka piersiowa. Zawsze, kiedy przychodzę do ciebie w nocy... Robię to zawsze po tym, jak śni mi się, że umarłaś. Wtedy cię budzę i zasypiam mając poczucie, że w moich ramionach przeżyjesz resztę nocy. Jesteś moją jedyną rodziną Michelle. Nie chcę cię stracić. Oddał bym za ciebie własne życie. Do końca życia, będę sprawdzał codziennie rano, czy oddychasz. To ile razy myślałem, że cię straciłem jest przytłaczające. Za każdym razem próbuję powstrzymać łzy, które właśnie spływają mi po policzkach. Za każdym razem żyję nadzieją, że mnie nie zostawiłaś. Ja sobie po prostu bez ciebie nie poradzę Michelle. Jesteś dla mnie wszystkim. Kocham cię.- chłopak płakał. Zarówno na filmiku, jak i teraz siedząc na dywanie z kolanami podciągniętymi pod brodę. Sama płakałam. Wszyscy byli wzruszeni. Zgramoliłam się z kolan blondyna i podeszłam do brata. Kucnęłam przed nim i mocno go przytuliłam. Wiedziałam, że oboje znaczymy dla siebie wiele, ale on mi nigdy tego nie powiedział. Słyszałam jak inni pociągają nosem. 
D: Ma ktoś chusteczkę? Pierwszy raz facet doprowadził mnie do łez. I to w dodatku nie mój.- powiedziała i wszyscy się roześmialiśmy. Dziewczyna wiedziała, jak rozładować sytuację. Pozostałam obok brata i kiedy ponownie wcisnął 'play' znowu on mówił. Był w domu, w którym mieszkałam przez ostatni tydzień.
Ma: Kręcisz już?
Jo: Tak.- zaśmiał się cicho i filmował mojego brata.
Ma: Siostrzyczko, teraz zobaczysz, jak wygląda twoja urodzinowa niespodzianka od kulis. Zaraz tutaj przyjedziesz, a my cię zaskoczymy. Są tu wszyscy, którzy mieli z tobą bliższe relacje. Przywitajcie się.
-Cześć!- krzyknęli przeciągając samogłoskę. 
Ma: Jesteś teraz w limuzynie, która z tego co widziałem jest nieźle wypasiona.- puścił oczko do kamery i się zaśmiał. O Liam dzwoni, to znaczy, że jesteście za rogiem. Uwaga! Gasimy światła!- słychać było jak ktoś na coś wpadł i ciche przekleństwo padające z ust Josha. Kilka minut w ciszy i nagle słychać jak drzwi od mieszkania się otwierają. Trzask drzwi. Ja i Harry wchodzimy do pokoju i bam. Nagle robi się jasno. Wszyscy krzyczą 'niespodzianka' i zaczynają śpiewać. A ja stoję jak słup soli, zakrywam usta dłońmi i w oczach zbierają mi się łzy. Całe zdarzenie było filmowane. W momencie, w którym 'porwano mnie' na piętro film się zmienił. Znowu Martin.
Ma: Właśnie weszłaś do szkoły. Pewnie myślisz, że po prostu poszedłem do kolegów. Mylisz się. Czytasz kartkę urodzinową. Nasza kolej.- widać było jak szybko, acz cicho przemieszczają się w moją stronę. Anna szybko zapaliła wszystkie świeczki i kiedy się odwróciłam miałam śmieszną minę. Byłam przestraszona i szczęśliwa jednocześnie. Znowu zmiana miejsca. Tym razem Martin w naszym domu. 
Ma: Pierwszy dzień remontu.- wszedł do mojego pokoju, w którym nie było ani jednego mebla, podłoga była zerwana, a tynki skute.- Jest syf, ale będzie pięknie.
Ma: Dzień drugi. Tynki już położone, farba schnie na ścianach, a tak wyglądają chłopcy po malowaniu.- wyszedł na taras i widać było One Direction umazanych w niebieskiej farbie. 
Ma: Dzień trzeci. Podłoga na miejscu i listwy przyklejone. 
Ma: Dzień czwarty. Taras jest już gotowy. Mamy nadzieję, że się podoba, bo chłopcy się trochę nadźwigali płytek.
Ma: Dzień piąty. Meble wniesione. Teraz wieszamy zdjęcia.- Louise stała na drabinie, a chłopcy podawali jej kolejne fotografie.
Ma: Dzień szósty. Jutro wracasz. Wszystko jest już gotowe. Zobacz. Kołdra jest zrobiona z twoich starych koszulek. Nadrukowaliśmy na nie zdjęcia twojego autorstwa. Mam nadzieję, że ci się spodoba.- chłopak pokazał cały pokój i wyszedł na taras. Tam siedzieli chłopcy wraz z dziewczynami i majstrowali coś przy ramkach na zdjęcia.
D: Martin! Uciekaj stąd! To ma być później!
El: No już! Uciekaj!- wszyscy się zaśmiali i na ekranie zapanowała ciemność. Myślałam, że to koniec, ale się pomyliłam. Teraz kolejno wyświetlali się moi bliscy.
Josh: Wspaniała.
Harry: Kochana.
Danielle: Uzdolniona.
Eleanor: Świetna.
Niall: Idealna.
Liam: Przyjacielska.
Zayn: Silna.
Louis: Zabawna.
Louise: Pomocna.
Nathan: Piękna.
Gemma: Opiekuńcza.
Martin: Cierpliwa.
Wszyscy: Michelle Nelly Carter. Lat osiemnaście. Kochamy cię!- zarówno na filmie jak i teraz byli zebrani w naszym salonie. Wstałam i przytuliłam każdego z osobna. Łezki kręciły mi się w oczach. Nikt nigdy nie zrobił dla mnie tak wiele.
D: Na filmie zdążyłaś już zobaczyć, że szykowaliśmy dla ciebie coś jeszcze. Josh, czyń honory. Spojrzałam na chłopaka, który własnie wyciągał rękę w moim kierunku. Niepewnie ją pochwyciłam i ruszyłam wraz z nim na najwyższy poziom domu. Weszliśmy na salę taneczną. Nie miałam zielonego pojęcia co się święci. Chłopak podniósł z podłogi pudełko i mi je podał.
Jo: Ubierz się w to i do mnie wróć. - przeszłam do mniejszej salki i otworzyłam pudełko. Wyciągnęłam z niego sukienkę i specjalne nakładki na stopy. Uczyniłam co mi kazał przyjaciel i powróciłam na dużą salę. Światłą były delikatnie przygaszone tworząc romantyczny nastrój. Wzdłuż ściany z drzwiami siedzieli moi bliscy, a na środku sali stał Josh. Był ubrany w czarne spodnie od garnituru, zwykłą, prostą, białą koszulę i czarną, luźną marynarkę. Na stopach miał również buty do tańca. Stał tam wyglądając jak anioł. Harry przycisnął odpowiedni przycisk w wieży i w pomieszczeniu rozbrzmiała muzyka. (klik)
Teraz wiedziałam dokładnie, o co chodzi. Podeszłam do chłopaka i zaczęłam tańczyć nasz układ. Zaczynał on się krokiem podstawowym walca wiedeńskiego, jednak płynnie przeszliśmy w swobodny taniec, nie podporządkowany do żadnego stylu. Była to choreografia przygotowana przez nas na konkurs. To był konkurs tematyczny, a jego tematem były uczucia. Zrobiłam trzy zgrabne obroty w prawo, a Josh, żeby znaleźć się obok mnie, płynnie wykonał gwiazdę na jednej ręce. Otoczył mnie ramionami. Oparłam się na jego dłoniach i po chwili wisiałam w powietrzu, podczas obrotu mojego partnera. Moje stopy dotknęły ziemi i odwróciłam się w jego stronę. Położyłam dłonie na jego karku po czym zgrabnym ruchem zdjęłam mu marynarkę, która wylądowała na ziemi. Chłopak poprowadził mnie przeplatanką na środek sali i łapiąc mnie w tali przysunął moje ciało do swojego. Oparłam dłonie na jego biodrach i w następnej sekundzie moje plecy oparły się o jego bark, ponieważ wybiłam się od ziemi i zwinnie wylądowałam na podłodze. Rozejrzałam się i chłopak w tym samym momencie podniósł mnie jak pannę młodą obracając się dwa razy. Ponownie stanęłam na parkiecie i przemieściłam się w kierunku marynarki. Kiedy miałam ją już złapać Josh złapał mnie za rękę i powrócił do walca wiedeńskiego jednak w bardziej zmysłowy sposób. Nasze ciała nie dzieliła żadna przestrzeń. Twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów i cały czas patrzyliśmy sobie w oczy. Oboje przez cały czas nuciliśmy piosenkę. Dwa kroki do tyłu, jedno podnoszenie i wirowałam w powietrzu, będąc trzymana za biodra. Opierałam się łopatką o bark Josha, a ręce miałam wyprostowane nad głową. Prawa noga była wyprostowana, a lewa lekko ugięta w kolanie. Chłopak ugiął ręce tylko po to, aby wyrzucić mnie w powietrze. Szybko obróciłam się do odpowiedniej pozycji i zostałam złapana w silne ramiona. Blondyn delikatnie bujał się przenosząc ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Kiedy muzyka zaczęła dobiegać końca, nie wykonaliśmy jednego elementu. Był on niebezpieczny ze względu na moją kontuzję kostki i oboje o tym wiedzieliśmy. Bardzo powoli byłam opuszczana w dół. Jo postawił mnie na ziemi i wprowadził mnie w obrót, a kiedy się zatrzymałam czekał z marynarką w dłoniach, tak jak w ustalonej choreografii. Podeszłam do niego, nałożył mi marynarkę na ramiona i głęboko patrząc mi w oczy oparł swoje czoło o moje. To były magiczne chwile. Najpiękniejsze i najtrudniejsze jednocześnie. Oddychaliśmy głęboko i nasze oddechy się ze sobą mieszały. Nie mogłam oderwać wzroku od jego zielonych tęczówek. Tak bardzo kochałam te oczy. Miałam teraz ochotę go pocałować. Kiedy nasze twarze dzieliły może dwa centymetry muzyka ucichła i chłopak natychmiastowo się ode mnie odsunął. Uśmiechał się, choć w jego oczach nie było nawet odrobiny prawdziwego szczęścia. Chwycił mnie za dłoń i niczym jak na konkursie ukłonił się naszym przyjaciołom. Zmusiłam się do delikatnego uśmiechu i również się ukłoniłam. Nasza mała widownia biła nam brawa. Josh przygarnął mnie do siebie i pocałował mnie w czoło.
Jo: Pamiętasz.- szepnął mi do ucha.
J: Jak mogłabym zapomnieć...
H: W czasie, w którym się przebierałaś, przygotowaliśmy dla ciebie coś w salonie. Chcesz się przebrać czy idziemy od razu?
J: Możemy iść od razu.- powiedziałam wzruszając ramionami i ruszyliśmy do głównego pomieszczenia domu. Na ławie stało wielkie pudło. Rozejrzałam się niepewnie, ale każda z zebranych tu osób patrzyła na mnie zachęcająco. Podeszłam do pudełka i podniosłam jego wieczko. W środku były wypełnione ramki na zdjęcia. W każdej ramce była czarno-biała fotografia jednego z moich bliskich, które sama robiłam na urodzinach Josh'a. Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Każdy był wesoły i szczerze szczęśliwy na portretach. Wszystkie ramki były w jednym kolorze, który pasował dosłownie do każdego pokoju w domu.
H: Wiesz już, gdzie je powiesisz, prawda?- spytał delikatnie się uśmiechając.
J: Hol na samej górze. Są tam gołe ściany, a ja spędzam tam sporo czasu. To idealne miejsce.
Jo: A nie mówiłem? Mogliśmy od razu je tam powiesić.- zaśmiał się i wszyscy podążyli jego śladem.
J: Znasz mnie lepiej niż ktokolwiek inny.- na te słowa chłopak mocno mnie przytulił.
Jo: To co? Idziemy powiesić, nasze piękne buźki?- ponownie wszyscy się roześmiali i ruszyliśmy na najwyższe piętro domu.


~*~

Obudziły mnie czyjeś kroki. Spojrzałam na zegarek, który wskazywał trzecią nad ranem. Podniosłam się do pozycji siedzącej i mignęła mi jakaś postać przy moich drzwiach. Zmarszczyłam nos i wstałam sprawdzić, kto kręci się o tej porze po domu. Lekko uchyliłam drzwi i zdążyłam usłyszeć jak ktoś wbiega po schodach. Nie wiele myśląc ruszyłam zaraz za nim. Kiedy byłam na półpiętrze do strychu usłyszałam, że ten ktoś się przewrócił. Automatycznie przyspieszyłam i znalazłam się przy chłopaku.
J: Josh? Jo? Co ci jest? Josh.- blondyn nie reagował. Leżał na brzuchu, jedna noga spoczywała na schodach, a druga zahaczyła o barierki i wygięła się w drugą stronę. Prawa ręka została przygnieciona ciałem, a lewa wyglądała tak, jakby chciała coś złapać.
J: Pomocy!- wydarłam się w niebo głosy i zaczęłam sprawdzać wszystkie czynności życiowe. Puls był przyspieszony, oddech płytki i nierównomierny, oczy przymrużone. Złapałam go za rękę i poklepując go po policzku, sprawdzałam reakcję.
J: Josh? Słyszysz mnie? Josh, do jasnej cholery.- klęłam pod nosem czując napływające do oczu łzy.- Martin! Strych!- krzyknęłam mocno zachrypniętym głosem. Rozejrzałam się, sprawdzając czy w pobliżu nie ma żadnego telefonu. Niestety. Na całe szczęście przybiegł Martin i w ręku trzymał telefon.
Ma: Jezu Chryste! Co się stało? Co mu jest?- klęknął zaraz przy mnie i widać było, że totalnie nie wiedział co ma robić.
J: Dzwoń po pogotowie. Błagam. Powiedz, że stracił przytomność. Oddech płytki, tętno przyspieszone. Szybko, błagam.- mówiłam cały czas trzymając Josha za rękę.- Josh, błagam. Zareaguj jakoś. Słyszysz mnie?- poczułam jak minimalnie ścisnął moją dłoń.- Jezu święty. Co ci jest? Josh...- w tym momencie przybiegł Harry.
H: Co się stało?- spytał szybko oceniając sytuację.
J: Idź szybko na dół, otwórz bramę i czekaj tam na pogotowie. Tylko szybko, błagam.- chłopak kiwnął głową i biegiem ruszył do drzwi. Zanim przyjechało pogotowie, zdążyli do nas dołączyć Louis, Liam, Zayn i Niall, którzy wspólnymi siłami przełożyli Josha w bezpieczny sposób, tak, żeby całym ciałem leżał na płaskim. Pobiegłam szybko do pokoju chłopaka, żeby znaleźć jego dowód, ale byłam tak roztrzęsiona, że nie mogłam się go doszukać. Pomógł mi Niall. Kiedy wyszliśmy z pokoju minęli nas ratownicy. Harry ich kierował, a my wbiegliśmy zaraz za nimi. Musiałam mocno się skupić, żeby ze spokojem opowiedzieć co się stało.
Ratownik: Czy jest na coś chory? Zażywa jakieś leki?
J: Nie.
Ma: Tak.- powiedział w tym samym czasie co ja.
J: Co?- spojrzałam zszokowana na brata.
Ma: Ma raka mózgu. Bierze leki. Mam je spisane. Przynieść?
R: Tak, my już schodzimy do karetki, to proszę to znieść na dół.
Ma: Dobrze.- powiedział i poszedł do swojego pokoju, a ja nie mogłam ruszyć się z miejsca. Byłam w tak ciężkim szoku, że przestałam oddychać.
N: Michi, chodź. Louis nas zawiezie do szpitala.- na początku tempo patrzyłam w podłogę, nie wiedząc co się dzieje, jednak chłopak mnie w końcu szarpnął i oprzytomniałam zbiegając po schodach. Wbiegliśmy do mojego pokoju i chłopak zdjął ze mnie koszulę nocną i wszedł do mojej garderoby. Rzucił mi szybko jakieś spodnie i koszulkę.
N: Ubieraj się w to, ja zaraz przyjdę.- powiedział i już go nie było. Założyłam na siebie ubrania i szybko nasunęłam trampki na stopy, nie myśląc nawet o skarpetkach. Chłopak wrócił po mnie ubrany w dresy i bluzę i ciągnąc mnie cały czas za rękę, zbiegał po schodach. Wbiegliśmy do garażu, gdzie w moim aucie czekał już Lou i kiedy tylko wsiedliśmy zaczął wycofywać. W ostatnim momencie Niall zamknął drzwi ratując je przed wyrwaniem z zawiasów. Dopiero teraz uświadomiłam sobie jak mocno płaczę. Spojrzałam na blondyna, który cały czas trzymał mnie za rękę. Spojrzał na mnie i mocno mnie do siebie przytulił.
J: Boję się, Niall.
N: Nie bój się. Jestem tutaj. Nic mu nie będzie, zobaczysz. Cichutko... Nic mu nie będzie.- szeptał mi do ucha sam nie wierząc w to, co mówi. Po kilku minutach byliśmy w szpitalu. Martin z Harry już tam byli. Liam z Louisem spytali, czy coś już wiadomo, ale ja nie mogłam zrozumieć jednej rzeczy.
J: Dlaczego do jasnej cholery nie powiedzieliście mi, że jest chory?! Co wy sobie myśleliście?! Że będziecie to ukrywać do samego końca?! Jak mogliście mi to zrobić?!- szarpałam się z objęć Nialla, chcąc uderzyć mojego brata, który płakał widząc mnie w takim stanie.
N: Michi, spokojnie. Michi, uspokój się. Nie chcieli cię martwić. Michelle!- wrzasnął odwracając mnie w swoją stronę. Zaczęłam go obkładać pięściami.
J: Ty też wiedziałeś?! Wszyscy wiedzieliście?! Jak mogliście to ukrywać?! Pytam się! Jak?!- chłopak w końcu złapał mnie na tyle mocno, że się poddałam i wtuliłam się w jego tors. Nie wiem ile to wszystko trwało. Kilka minut, godzinę, może nawet kilka godzin. Nie wiem. Każda sekunda dłużyła mi się w nieskończoność. Nie mogłam przestać płakać. Niall cały czas był przy mnie. Informował mnie na bieżąco o tym, co się dzieje. W pewnym momencie podniosłam głowę i zobaczyłam Annę idącą w naszym kierunku. Zerwałam się na równe nogi i już po kilku sekundach wpadłam jej w ramiona. Szlochałam tak mocno, że ledwo stałam. Dziewczyna próbowała mnie jakoś uspokoić, ale kiepsko jej to szło. Poczułam tylko jak od tyłu, ktoś mocno obejmuje mnie w talii i podnosi do góry. Puściłam przyjaciółkę i przytuliłam się do blondyna, który szedł ze mną w kierunku kanap. Położył mnie na jednej z nich i podnosząc mój tułów, usiadł tak, że się o niego opierałam.


*Anna*

J: Co się do cholery stało? Ona zachowuje się dokładnie tak, jak wtedy, kiedy umarł wasz tata.- powiedziałam poddenerwowana.
Ma: Wyszła z pokoju i Josh biegł po schodach. Nikt nie wie dlaczego uciekał, ale na ostatnich trzech schodach stracił przytomność i się przewrócił. Michi mnie od razu zawołała. Musiałem powiedzieć ratownikom, że Jo ma raka i to ją chyba załatwiło.
J: Jezu... A wiadomo co z Jo?
Ma: Niestety jeszcze nie. Zaraz mnie do niego wpuszczą, ale teraz robią mu wstępne badania.
J: Martin... Ty płakałeś...- dopiero teraz to zauważyłam.
Li: Nie dziwię mu się. Też mi się chce płakać jak patrzę na Michelle. To, jak się rzucała kiedy tylko tu dojechaliśmy... Uwierz mi, serce pękało. Nie widziałem jeszcze nikogo w takim stanie.
Lo: To akurat prawda.
J: Harry? Wszystko okej?- spytałam chłopaka, który nawet na nas nie patrzył. Twarz miał schowaną w dłoniach, a ręce strasznie mu się trzęsły.- Harry.
H: Co?- spytał nadal nie podnosząc głowy.
J: Wszystko okej?
H: Nie.
Ma: Hazz, co ci jest?- spytał i podszedł do kuzyna.
H: Nie mam ochoty gadać.
J: Co jest?- szepnęłam do Liama, ale on tylko wzruszył ramionami i pokręcił głową. Louis spojrzał w bok i miał taką minę, jakby wiedział, o co chodzi. Podążyłam za jego spojrzeniem i moim oczom ukazała się Michelle z Niallem. Siedzieli przytuleni do siebie. No jasne. Harry chciałby być na miejscu blondyna. Podeszłam do chłopaka z burzą loków i kucnęłam zaraz przed nim.
J: Harry.- zero reakcji.- Styles, do cholery.- podniosłam głos i od razu zadziałało. Spojrzał się na mnie jakby chciał mnie pobić, ale się nie przestraszyłam.- Jeśli chcesz go zastąpić, to do jasnej cholery, podnieś swój zacny tyłek i tam idź, a nie siedzisz i się użalasz nad sobą.
H: Ana, tu nie chodzi tylko o to. Zobacz, jak ona wygląda.- wskazał palcem na dziewczynę, jednak wolałam nie odwracać wzroku.- Zobacz jak się o niego martwi. Ona go kocha. Najmocniej na świecie. A ja, JA to wszystko zepsułem jak jakiś ostatni kretyn. Wiesz jak ja się czuję? Ja nie chcę, żeby ona była przeze mnie nieszczęśliwa...
J: Słuchaj, to jest jej najlepszy przyjaciel. Przyjaźnią się odkąd pamiętam. Czy by z nim była, czy też nie, martwiła by się tak samo.
H: Ty nic nie rozumiesz...
J: To mi wytłumacz.
H: Nie chcę. Okej? Nie chcę o tym gadać. Dajcie wy mi święty spokój!-wrzasnął na mnie, zerwał się na równe nogi i szybkim krokiem ruszył do windy.

*Michelle*

Usłyszałam jakieś krzyki i otworzyłam oczy. Zobaczyłam wkurzonego Harry'ego przechodzącego właśnie obok mnie.
J: Harry?- wymamrotałam, ale chłopak nawet na mnie nie spojrzał. - Co jest?- spytałam Nialla, ale on tylko wzruszył ramionami. Wstałam i po mimo tego, że trochę kręciło mi się w głowie, szybkim krokiem ruszyłam za moim chłopakiem.
J: Harry, zaczekaj.- powiedziałam na tyle głośno, żeby mnie usłyszał. Gdyby nie to, że musiał czekać na windę, nie dogoniła bym go. W ostatnim momencie weszłam do windy i drzwi od razu się za mną zamknęły.
J: Harry, co się stało? O co wam poszło?- spytałam patrząc na chłopaka. Nie odzywał się i chyba nie miał zamiaru tego zrobić w najbliższym czasie.- Harry! Odezwij się do mnie!- wrzasnęłam na niego i dopiero wtedy na mnie spojrzał.- Co się stało?- spytałam już spokojniejsza.
H: Nie możemy być razem.
J: Słucham?- myślałam, że się przesłyszałam.
H: To co usłyszałaś. Nie będziesz ze mną. Nie będziesz ani moją dziewczyną, ani nie będziesz jej udawała.
J: O czym ty pleciesz?
H: Myślisz, że nie widzę jak na niego patrzysz? Kochasz go Michelle. Nie jesteś ze mną szczęśliwa. Widzę to.
J: W takim razie jesteś ślepy. Masz rację, kocham go. Ale nie wiem czego się spodziewałeś. Myślałeś, że z dnia na dzień przestanę go kochać? Jeśli tak, to byłeś w błędzie. Ale zrozum.- wzięłam jego twarz w dłonie i zmusiłam go do tego, żeby na mnie spojrzał.- Kocham cię i jestem z tobą szczęśliwa.
H: Ale...
J: Nie ma żadnego 'ale'. Kocham Cię, rozumiesz? Josh to mój przyjaciel. Był ze mną zawsze, kiedy tego potrzebowałam. Nie mogła bym siedzieć spokojnie, wiedząc, że jest chory. Josh jest dla mnie kimś takim jak Gemma dla ciebie. Rozumiesz?
H: Ta..- odpowiedział bez przekonania.
J: Harry. Rozumiesz?- spojrzałam mu głęboko w oczy i wplotłam palce w jego włosy. Uśmiechnął się delikatnie i pokiwał głową na tak.- Cieszy mnie to. Pocałowałam go krótko w usta i drzwi od windy się otworzyły. Wyszliśmy z budynku i ruszyłam zaciągnęliśmy się świeżym powietrzem.
J: Masz pieniądze?- spytałam mając zamknięte oczy.
H: Mam, czemu pytasz?
J: Muszę coś kupić. Pójdziesz ze mną do sklepu?
H: Jasne. A co chcesz kupić?
J: Nie chcesz wiedzieć.
H: Mam się bać?
J: Nie, ale się nie wściekaj.
H: Michi. Co ty chcesz kupić?
J: Zobaczysz.- zamilkłam i szłam dalej w kierunku sklepu. Jak tylko tam weszliśmy, okazało się, że ekspedientka jest fanką, więc trochę jej zajęło zanim nas obsłużyła. Pytała co się stało, że tak strasznie wyglądam. Opowiedzieliśmy jej wszystko, zrobiła sobie zdjęcie z Harrym i sprzedała mi papierosy. Trochę się zdziwiła, ale zrozumiała i z uśmiechem wydała mi resztę.
H: Od kiedy ty palisz?- spytał jak tylko wyszliśmy ze sklepu.
J: Tylko w kryzysowych sytuacjach, spokojnie.
H: Mam nadzieję, że rzadko się takie zdarzają.
J: Powiedzmy, że nie często.- uśmiechnęłam się czując, jak po moich płucach rozchodzi się dym.
H: Daj trochę.
J: Zgłupiałeś? To nie zdrowe! Jeszcze ci się kondycja pogorszy!- spojrzeliśmy po sobie i oboje wybuchnęliśmy głośnym śmiechem. Wracając do szpitala wypaliłam papierosa i kiedy wsiedliśmy do windy wzięłam do buzi miętową gumę.
J: Chcesz?- wyciągnęłam do niego opakowanie.
H: Poproszę.- wyciągnął jedną i wepchnął ją do swojej paszczy. Przytulił mnie do siebie i pocałował w czoło.
H: Wiesz, co? Kocham cię, ale strasznie śmierdzisz.- wykrzywił się od smrodu papierosów i drzwi od windy się otworzyły. Podeszliśmy do przyjaciół i od razu wtuliłam się w brata.
J: Wiadomo coś już?
Ma: Jeszcze nie.- w tym momencie wyszedł do nas lekarz. Wszyscy zerwali się na równe nogi, a ja mocno zacisnęłam wargi, żeby powstrzymać napływające do oczu łzy.
Lekarz: Kto z państwa jest rodziną pana Jordana?
J: Jego mama nie ma jak dojechać, prosiła o przekazywanie wszelkich informacji naszej dwójce.
L: Jak się nazywacie?
J: Carter. Michelle i Martin Carter.
L: Dobrze. Proszę za mną.- ruszyliśmy za mężczyzną i stanęliśmy przy drzwiach jednej z sal. Przez małe okienko, zobaczyłam mojego przyjaciela, który patrzył w okno. Widać było po nim, że płacze. Wiedziałam, że żyje, ale nadal nie byłam spokojna.
L: Moi drodzy. wasz przyjaciel, jak już wiecie, jest chory na raka mózgu. Nie da się go niestety usunąć. Z przykrością muszę stwierdzić, że pożyje najdłużej rok.- w tym momencie nie wytrzymałam i zaczęłam cicho szlochać. Wtuliłam się w Martina i próbowałam się uspokoić. Lekarz milczał.
Ma: Michi, idź do niego.- popchnął mnie delikatnie w stronę drzwi, więc uchyliłam je i weszłam do środka. Chłopak spojrzał na mnie i przecierając łzy odwrócił się z powrotem do okna. Powstrzymując się z całych sił, podeszłam do chłopaka i przysiadłam na skraju łóżka. Nie mogłam wydusić z siebie słowa.Popatrzyłam w okno i widać było powoli wschodzące słońce. Po kilku minutach się uspokoiłam i zdołałam się odezwać.
J: Dlaczego mi nie powiedziałeś?
Jo: Nie miałem odwagi.
J: Od jak dawna wiesz?
Jo: Od dnia, w którym wróciłaś od Harry'ego.
J: To dlatego wtedy w ogóle się nie cieszyłeś. Josh... Dlaczego mi nie powiedziałeś do jasnej cholery?
Jo: Mówiłem ci już! Nie miałem odwagi! Rozumiesz?! Nie miałem odwagi powiedzieć ci, że umieram! Też byś się tak zachowała! Wyjdź już stąd!
J: Josh... Przepraszam...
Jo: Wyjdź stąd...
Zamiast go posłuchać, po prostu położyłam się obok niego i mocno go przytuliłam, wypłakując się w jego koszulkę. Też płakał. Przygarnął mnie do siebie i długo tak razem leżeliśmy. Nie wiem kiedy zasnęłam.
Obudziłam się w momencie, w którym Harry odkładał mnie na moje łóżko.
J: Hazz..
H: Tak?
J: Czemu jesteśmy w domu?
H: Spałaś tam trzy godziny. Josha musieli zabrać na dalsze badania, więc stwierdziliśmy, że lepiej będzie jak wrócisz.
J: Nie zostawiaj mnie teraz.
H: Nie zostawię cię skarbie.- położył się obok mnie i po kilku minutach znów Morfeusz porwał mnie w swoje ramiona.

__________________________________________________________________
Hej kochani.
Na wstępie bardzo, ale to BARDZO Was przepraszam, za to, że nie dodałam tu dawno żadnej notki.
Wracam z nowym rozdziałem, który naprawdę mi się nie podoba. Schrzaniłam go po całości, ale mam nadzieję, że mi wybaczycie :(
Od razu piszę, że nie mam zielonego pojęcia kiedy pojawi się następny rozdział, ale na pewno nie nastąpi to szybko. Przez szkołę nie mam czasu nawet na chwilę usiąść do tego w weekend, a co dopiero w tygodniu.
Jeszcze raz przepraszam i proszę o cierpliwość :(

Pozdrawiam
Ola

ps. błagam o komentarze z pomysłami na ciąg dalszy.

14 sierpnia 2013

Rozdział 21- Mnie za pierwszym razem tak dobrze nie poszło.

*Josh*

Nie wróciłem do domu na noc. Wyłączyłem telefon, bo wiedziałem, że ktoś na pewno będzie próbował się do mnie dodzwonić. Przez całą noc siedziałem w parku. Dokładnie w tym miejscu, w którym uratowałem Michelle. Łzy nieustannie lały mi się z oczu. Nawet nie mogłem nad tym zapanować. Próbując się uspokoić, tylko pogarszałem sprawę i zaczynałem płakać mocniej. Dopiero nad ranem ogarnąłem się na tyle, żeby wrócić do domu. Dotarłem tam o ósmej, a w progu od razu przywitała mnie mama.
M: Dziecko drogie! Gdzieś ty był? Jak ty wyglądasz?! Co się stało?- zarzuciła mnie pytaniami, uważnie mi się przyglądając. Z moich oczu znowu zaczęły płynąć łzy.
M: Dziecko drogie... Spokojnie. No już. Powiedz, co się stało.- powiedziała biorąc moją twarz w dłonie.
J: Ja... Rozstałem się z Michelle...- powiedziałem i od razu zacząłem mocno płakać. Kobieta mocno mnie do siebie przytuliła, za co byłem jej wdzięczny.

*Michelle*

Wzrokiem wszędzie szukałam Josha, ale nie było go w szkole. Ludzie dziwnie się na mnie patrzyli. Niektóre dziewczyny podchodziły do mnie i prosiły, żebym załatwiła im spotkanie z One Direction, albo chociaż ich autografy. Mówiłam, że zrobię co w mojej mocy, ale na prośby o ich numery, bądź dokładne adresy totalnie ignorowałam. Chodziłam przygaszona, bo chciałam porozmawiać z Joshem. Kiedy pytałam Martina, czy może jednak się pojawił na lekcjach, ze smutkiem odpowiadał przecząco. Miałam ochotę uciec ze szkoły i płakać. Pierwszy dzień ostatniej klasy i zamiast cieszyć się z resztą rówieśników, chodziłam przybita i totalnie rozdarta. Byłam na siebie wkurzona, chociaż to za mało powiedziane. Miałam ochotę zrobić sobie krzywdę. Chciałam, żeby ktoś mnie za to wszystko ukarał. Zasłużyłam na to. Podczas przerwy na lunch podszedł do mnie Brett, brat Josha.
B: Michi, mam pytanie.
J: Tak Brett?
B: Czy Jo dzisiaj u was nocował? Nie wrócił na noc i mama bardzo się martwi.
J: N-nie. My... My się pokłóciliśmy. Brett... My... Ja i Josh, już nie jesteśmy razem.- powiedziałam i spuściłam głowę.
B: Co? Jak to? Przecież wy się kochacie!
J: Brett, cicho!- syknęłam na niego nerwowo się rozglądając. Całe szczęście nikt nie zwracał na nas większej uwagi. Siedzieliśmy przy stoliku, w najdalszym kącie stołówki.
B: O co wam poszło? Przecież. Przecież wy byliście ze sobą szczęśliwi. To chodzi o tego twojego kuzyna? Przecież, on. Josh to rozumiał. Błagam, Michelle. Powiedz w końcu.
J: Brett. Ja nie chcę o tym tutaj rozmawiać.- powiedziałam powstrzymując łzy. Chłopak to zauważył i trochę się wycofał.
B: Teraz mamy biologię. Po tej lekcji zrywamy się do domu.
J: Brett. Ja nie mogę zawalić tego roku.
B: Dobra. Co masz ostatnie?
J: Matematykę. Ale jest jeszcze trening.
B: Mamy pół godziny przerwy między lekcjami a treningiem. Czekaj na mnie pod salą gimnastyczną.
J: Tam będzie pełno ludzi.
B: Fakt. To przebież się od razu i czekaj na sali. Później powiemy, że musiałaś lepiej rozruszać kostkę, czy coś.
J: Dobrze. Będę tam czekać.- chłopak pokiwał głową i wstał od stolika.
J: Brett
B: Tak?
J: Dzwoniliście do niego?
B: Tak, ale nie odbierał. Pewnie siedział w parku. Nie martw się. Jak będę coś wiedział, to dam ci znać.
J: Dzięki.- pokiwałam głową i delikatnie się uśmiechnęłam jednocześnie pozwalając samotnej, słonej kropelce spłynąć po moim policzku. Szybko ją wytarłam i wstałam od stolika. Odniosłam tacę i ruszyłam pod salę. Po mimo tego, że lubiłam zarówno biologię, jak i angielski oraz matematykę, dzisiaj te lekcje ciągnęły się dla mnie w nieskończoność. Głownie witaliśmy nowych uczniów i mieliśmy lekcje wprowadzające. Wszyscy się cieszyli, że mamy luz, ale ja już miałam dość. Kiedy zadzwonił dzwonek oświadczający koniec matmy, zerwałam się z krzesła i prawie biegiem powędrowałam do sali gimnastycznej. Szybko przebrałam się w strój i weszłam na salę. Bretta jeszcze nie było więc związałam swoje włosy w kucyka. Kiedy zaczęłam się rozciągać na salę wbiegł przebrany już Brett. Bez słowa usiadł na przeciw mnie i rozpoczął rozgrzewkę. Przerwałam i spojrzałam na niego pytająco.
B: Mam walić prosto z mostu?
J: Śmiało.- powiedziałam powracając do ćwiczeń.
B: Kochasz go?
J: Tak.- chłopak pokiwał głową.
B: Jesteś... Byłaś z nim szczęśliwa?
J: Jak z nikim innym.
B: O co poszło?
J: O mnie.
B: Hm. Chodzi o tego twojego kuzyna?
J: Też.
B: To znaczy?
J: On nie jest moim kuzynem.
B: Że co?
J: No, na urodzinach jego matki do tego doszłam. A wczoraj Ann nam to potwierdziła. Wtedy...- zamilkłam bo w gardle pojawiła mi się wielka gula.
B: Co wtedy? Michelle, błagam. Powiedz mi. Chcę wiedzieć, dlaczego mój brat nie wrócił do domu.
J: Wtedy Josh się o czymś dowiedział. O czymś, czego się wstydzę i za co jestem na siebie cholernie zła.
B: A co to jest?- w tym momencie naszych uszu doszło trzaśnięcie drzwi. Oboje na nie spojrzeliśmy i zauważyliśmy Josha. Serce dosłownie mi się zatrzymało. W dodatku, ku mojemu zdziwieniu, chłopak był szeroko uśmiechnięty. Podszedł do mnie i pocałował mnie w policzek, a potem przywitał się z bratem targając mu włosy. Brett spojrzał na mnie pytająco, ale nie potrafiłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku.
Jo: Michelle dwukrotnie wylądowała w łóżku z Harrym Styles'em. Jak już pewnie wiesz, nie są oni spokrewnieni. Kochają się, a ja nie mam zamiaru im utrudniać. Dlatego Michelle obiecała mi, że zapomni o wszystkim co między nami było i będzie z nim szczęśliwa. Prawda?- spytał uśmiechając się do mnie szeroko. Usiadł obok i zaczął się rozgrzewać.
Jo: Jak kostka?
B: Nie było cię całą noc w domu. Mama odchodziła od zmysłów. Lucy znowu miała gorączkę. Olałeś pierwszy dzień szkoły. Ona dwa razy wylądowała z kolesiem w łóżku. A ty tutaj przychodzisz i siadasz sobie z nami tak, jakby nic się nie stało?
Jo: W domu porozmawiamy. To jak twoja kostka?- spytał patrząc na mnie. Nasz oczy się spotkały i po mimo uśmiechu na jego twarzy, było w nich widać smutek.- Michelle. Zadałem ci pytanie.- chwycił mnie za kostkę i przyciągnął ją do siebie. Zaczął nią kręcić w różne strony, aby jak najlepiej rozgrzać moje mięśnie. Cały czas patrzył mi prosto w oczy, a ja czułam nachodzące do nich łzy. Nie wiem ile tak siedzieliśmy. W pewnym momencie drzwi od sali się otworzyły i weszli wszyscy starzy i nowi członkowie drużyny. Martin stanął jak wryty widząc mnie i Josha. W najmniejszym stopniu mu się nie dziwię. Kiedy podeszła do nas Anna oprzytomniałam.
A: Co, już mnie nie lubicie?- spytała smutnym tonem.
J: A mamy do tego powody?- powiedziałam drżącym głosem i odchrząknęłam dyskretnie. Wyswobodziłam swoją nogę z rąk chłopaka i wstałam.
A: Michi. Przepraszam. Zachowałam się nie fair. Nie wiem co mi do głowy strzeliło. Chyba po prostu zrobiłam się zazdrosna. Głupio mi teraz. Ale dopiero teraz dotarło do mnie jak wiele straciłam.
Ma: Wróciła stara Ann?- spytał przytrzymując mnie, gdy się zachwiałam.
A: Cieszycie się?- spytała kiwając głową.
J: No jasne.- uśmiechnęłam się do niej i przytuliłam ją delikatnie.
Ma: Ta.- nie było to uprzejme z jego strony. Wiedziałam jednak jak zabolało go jej zachowanie. Prędko jej tego nie wybaczy. Podeszła do nas jakaś dziewczyna i wyciągnęła do mnie rękę.
- Hej, jestem Stella.
J: Hej, Michelle, miło mi.- uśmiechnęłam się do dziewczyny ściskając jej dłoń.
S: Jestem nowa, a słyszałam, że ty jesteś kapitanem, więc chciałam się przedstawić.
J: Świetnie! Witamy w drużynie. To jest Martin, Anna, Josh i Brett.- mówiłam wskazując przyjaciół.- Każdy będzie się jeszcze przedstawiał podczas pokazu, więc wystarczy tylko zapamiętać. A teraz przepraszam was na chwilkę.- uśmiechnęłam się do nich i ruszyłam do trenera, który właśnie wszedł na salę.
T: Kogo ja widzę?! Kapitanie!
J: Trenerze!- przytuliłam mocno mężczyznę, którego naprawdę długo nie widziałam. Nowi musieli być zdziwieni, bo oprócz prowadzenia treningów, wujek uczył również wf-u w naszej szkole.
T: Jesteś w formie?
J: Mam nadzieję. Dzisiaj się okaże.- powiedziałam odsuwając się od mężczyzny,
T: Mamy sporo nowych. Trzeba im dzisiaj pokazać jak się gra. Czemu wszyscy się tak na ciebie gapią?
J: Bo jestem dziewczyną sławnego Harry'ego Styles'a. A poza tym. Przed sekundą rzuciłam się z uściskami na trenera. Normalne, to to nie było.
T: No fakt.- oboje się roześmialiśmy i ruszyliśmy do reszty. Kiedy stanęliśmy przy siatce wszyscy już na nas patrzyli.
T: Witam wszystkich na pierwszym tegorocznym treningu. Ja będę waszym trenerem, a Michelle kapitanem drużyny. Uczy się w tej szkole już ostatni rok, więc jeśli chcecie przejąć jej rolę w przyszłym roku, to radzę się postarać i dać z siebie wszystko. Na sam początek, Michelle pokaże wam jak macie się rozgrzewać, bo jest już w tym naprawdę wprawiona. Po rozgrzewce zobaczycie krótki mecz, rozegrany pomiędzy dziewczynami i chłopakami, którzy uczą się dłużej od was. Myślę, że to nic więcej nie mam tu do powiedzenia, więc oddaję głos kapitanowi.
J: Witajcie. Strasznie mi miło widzieć tak liczne grono 'nowych' i mam nadzieję, że pokażecie na co was stać. Przejdę od razu do rozgrzewki, bo nie ma co tracić czasu na gadanie. Powiem tylko jedno. Jeśli ktoś czuje, że nie daje rady podczas treningu, od razu może wyjść, bo w tym sporcie, kondycja jest ważna. Do roboty!
Pokazałam pierwszakom jak prawidłowo powinni się rozgrzewać i zaraz po tym pokazaliśmy im co potrafimy. Szło mi całkiem nieźle jak na tak długą przerwę. Muszę przyznać, że pierwszoklasiści mile nas zaskoczyli. Widać, że każdy z nich miał już styczność z tym sportem w mniejszym lub większym stopniu. Bawiło mnie to, jak peszą się dziewczyny, którym chłopcy pomagali poprawnie zaserwować. Nie dziwię im się. Brzydkich chłopaków, to my w drużynie nie mamy.
Ma: Uwaga!- krzyknął i spostrzegłam pędzącą w moją stronę piłkę. Szybko wyskoczyłam w górę i złapałam przedmiot w ręce. Gdyby nie ja, jeden pierwszoklasista dostał by w twarz.
J: Orientacja i refleks. Jesteś na sali, nigdy nie tracisz koncentracji.- chłopak przytaknął i widać było po nim, że jest spięty. Uśmiechnęłam się do niego, ale zaraz wykrzywiłam się zniesmaczona widokiem wchodzących na salę cheerleaderki. Połowa panów na sali wyszczerzyła zęby w głupim uśmiechu widząc prawie gołe ciała dziewczyn. Nie potrafiły zbyt wiele, ale jak to w filmach należały do elity i umawiały się tylko z najprzystojniejszymi chłopakami ze szkoły. Kapitanka ich drużyna zawsze darzyła mnie nienawiścią, w sumie nie wiem z jakiego powodu, no ale okey. Przechodząc obok mnie trąciła mnie barkiem, myśląc, że mnie w ten sposób rozwścieczy.
T: Wybaczcie dziewczęta, ale sala jest wasza, dopiero za piętnaście minut.- powiedział patrząc na zegarek.
-Myślisz dziadzie, że będziesz mi mówił, co mi wolno, a czego nie?- odezwała się pani kapitan.
T: Myślę, że tak gówniaro.
- Jak śmiesz się tak do mnie odzywać? Wiesz kim ja jestem?!- uniosła się, a ja zaczęłam się śmiać.
T: Szczerze powiedziawszy, to nie obchodzi mnie to.
- A powinno, bo jestem kapitanem drużyny i moim zadaniem jest nauczanie tych dziewczyn.- w tym momencie nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem. Dziewczyna się na mnie spojrzała jak i cała reszta zgromadzonych na sali osób.
-Myślisz, że możesz się ze mnie śmiać?
J: Tak. Myślę, że tak.
-Kim ty w ogóle jesteś, że śmiesz się do mnie odzywać?- powiedziała, próbując mnie zagiąć.
J: Hm. Pomyślmy. Kapitanem drużyny siatkarskiej, która wygrała wszystkie mecze w ciągu ostatnich trzech lat. Z tego co mi wiadomo nasze kochane pomponiary jeszcze ani razu nie wygrały. To po pierwsze. Po drugie jestem również w samorządzie szkolnym i w każdym momencie, mogę wnieść, o usunięcie cię ze stanowiska kapitana cheerleaderek. A po trzecie, nie oszukujmy się. Umiem więcej od ciebie.
-Jak śmiesz?
J: Zakład?
Jo: Nie radzę.
-Widzisz? Chłopak trzyma moją stronę.
Jo: To akurat tobie się nie radzę zakładać Megan.
-O co chcesz się założyć?
J: Jeśli wygram sala jest nasza na pół piętnaście minut dłużej niż zwykle. Jeśli ty wygrasz, sala jest wasza piętnaście minut wcześniej. Dodatkowo przeprosisz jutro trenera. Publicznie.
Jo: Ostatni raz powtarzam. Nie radzę.- mówił śmiejąc się pod nosem.
-Stoi.- powiedziała i skinęła na mnie głową.- Dajcie mi muzykę!
J: Nie trzeba.- uśmiechnęłam się szyderczo i ruszyłam na środek sali.- Może się najpierw rozgrzejesz?
- Jestem na tyle dobra, że i bez tego sobie poradzę.
J: Jak chcesz. Tylko, żeby nie było, że ostrzegałam.- wzruszyłam ramionami i zobaczyłam, że wszyscy ustawiają się w kółeczko.
T: Brett, idź po apteczkę do mojego biura, bo coś czuję, że będzie potrzebna.
Chłopak wykonał polecenie, a Megan spojrzała na mnie wrogo. Wzięła rozbieg i zrobiła szpagat w powietrzu. Spojrzałam na nią nie ukazując żadnych emocji i bez żadnego problemu wykonałam szpagat w pionie. Dziewczyna chcąc pokazać, że jest lepsza stanęła na kilka sekund na rękach. Ja również stanęłam na rękach, nogi rozłożyłam w szpagat i utrzymałam się tak dwadzieścia sekund. Kiedy powróciłam do pozycji stojącej, Megan podeszła do podbitki i mocno się wybijając zrobiła  salto w tył. Ja z kolei przeszłam do ponad dziesięciometrowego materaca do ćwiczeń i wykonałam to. Wszystkim opadły szczeny. Jedynie Josh zaczął się śmiać. To z nim to trenowałam. Oboje byliśmy kiedyś w zespole cheerleader'skim i jeździliśmy na różne konkursy. Wszyscy zaczęli mi bić brawo. Spojrzałam tylko na moją przeciwniczkę i widziałam jej bezradność. Wszystkie dziewczyny, które przyszły razem z nią patrzyły na mnie z zachwytem. Trzy lata uczyłam się wykonać to wszystko w taki sposób i nauka się przydała.
J: Sala jest nasza  codziennie od piętnastej do siedemnastej. I nie zapomnij przeprosić brata naszego dyrektora. Inaczej może to się dla ciebie źle skończyć.- uśmiechnęłam się do niej i spojrzałam na zegar. Ruszyłam do wyjścia.
J: Na dzisiaj macie wolne. Jutro o piętnastej widzę tu wszystkich, którzy mają sport w sercu.- krzyknęłam do drużyny i wyszłam. Wszyscy nadal tam zostali. Szybko udałam się do szatni po swoje rzeczy i poszłam pod prysznic. Nie miałam ochoty na rozluźniającą kąpiel, więc szybko umyłam ciało i w samej bieliźnie i ręczniku w dłoni weszłam do szatni. Zapomniałam, że są z nami nowi i trochę mi się z nich śmiać chciało kiedy zobaczyłam ich miny. Stanęłam przy swojej szafce i szybko się ubrałam. Strój wrzuciłam do torby i zapinając jej zamek ruszyłam do wyjścia. Kilka osób chciało ze mną pogadać, ale nie miałam na to ochoty. Na parkingu zorientowałam się, że to Martin ma kluczyki od samochodu, ale nie chciało mi się czekać. Ruszyłam żwawym krokiem w stronę parku. Nie wiem czemu, ale udałam się w miejsce, w którym zerwałam z Chrisem. Usiadłam na ziemi i zaczęłam głęboko oddychać. Po kilku minutach ktoś się do mnie przysiadł, ale nawet nie sprawdziłam kto to.
Ch: Przychodzę tu codziennie.- pewnie spodziewał się, że spytam dlaczego, ale milczałam.- W tym miejscu, po raz pierwszy cię zobaczyłem. Szłaś z Martinem, Anną i Joshem. Byłaś dziewczyną, która miała w sobie to 'coś'. I nadal to 'coś' w sobie masz. W tym miejscu, po raz pierwszy cię pocałowałem. To tutaj wyznałem ci co czuję. I tutaj wszystko zniszczyłem... Przepraszam, że wczoraj nie mogłem pomóc. Byłem załatwiać mieszkanie i właśnie wracałem.
J: Nic się nie stało.- powiedziałam cicho.
Ch: Czemu tu siedzisz?
J: Mam dzisiaj wszystkiego dosyć.
Ch: Co się stało?
J: Dużo rzeczy.
Ch: Coś w szkole?
J: Też.
Ch: Chodzi o wczoraj?
J: Tak jakby.
Ch: To znaczy?
J: Josh ze mną zerwał. Nie dziwię mu się. Sama bym z chęcią ze sobą zerwała.
Ch: Dlaczego?
J: Bo go zdradziłam Chris. Zdradziłam go. Rozumiesz?
Ch: Ale tu chodzi o to z tym całym Harry'm?
J: Tak. On wcale nie jest moim kuzynem. To nie tak, ze wszystkich okłamywaliśmy z Martinem. Sami byliśmy okłamywani, a przedwczoraj się wydało. wcześniej, po jednej imprezie byliśmy z Harrym pijani i prawie to zrobiliśmy, ale się zorientowałam, co robię. I jeszcze w sobotę. Byłam na urodzinach mamy Harry'ego i wtedy odkryłam to całe kłamstwo. Hazz wcześniej wyznał mi, że mnie kocha, a kiedy mu o tym powiedziałam, po prostu zaczęliśmy się całować. Zrobilibyśmy to. Rozumiesz to? Uprawialibyśmy ze sobą seks. Przyłapał nas Zayn. Zrobiła się z tego afera. Poczułam się jak szmata. Harry musiał powiedzieć Joshowi i to już koniec. Czuję się okropnie. Jeszcze dzisiaj ta zasrana Megan mnie wkurzyła na treningu. Przyszła z tymi swoimi laleczkami i chciała się wpieprzyć na salę piętnaście minut wcześniej. Była przy tym taka bezczelna, że miałam ochotę jej przyłożyć. Zamiast tego po prostu pokazałam jej, że jest ode mnie gorsza i się zamknęła. Dzięki temu przynajmniej mamy salę przez piętnaście minut dłużej i jutro Megan będzie publicznie przepraszała trenera. Należało jej się.
Rozgadałam się, ale po prostu musiałam to wszystko z siebie wyrzucić.
J: I jeszcze dziesiątego muszę jechać na jakąś zasraną galę rozdania nagród, na której oficjalnie potwierdzę swój związek z szanownym panem Styles'em. Chyba mam dosyć. Dosyć tego ciągłego zainteresowania moją osobą. dlaczego nie mogę być jedną z tych szarych myszek, o których nikt nawet nie myśli?
Ch: Nie mów tak. Niczyje życie nie jest idealne. Fakt faktem. Dużo się teraz o tobie mówi. Ale musisz być silna. Nie możesz okazać słabości, bo cię zniszczą. Pamiętaj, że zawsze kiedy będziesz potrzebowała pogadać, zadzwoń do mnie. Zawsze znajdę dla ciebie chwilę, Chociaż tyle jestem ci winien.
J: Dziękuję.
Ch: Nie ma za co.- pogłaskał mnie po plecach i wstał. Podał mi rękę, którą od razu pochwyciłam i również się podniosłam.- Ja muszę zmykać. I tobie też radzę się wybrać do domu. Martin się będzie o ciebie martwił.- pokiwałam głową i bez słowa ruszyłam w odpowiednim kierunku. Po kilkunastu minutach byłam już w swoim pokoju i leżałam na łóżku. Nie miałam na nic ochoty. Dosłownie na nic. Nawet leżeć mi się nie chciało. Tak dziwnie się jeszcze nigdy nie czułam. Nie wiem kiedy zasnęłam. Obudziło mnie dobijanie się do moich drzwi, które zamknęłam na klucz. Wstałam z łóżka i podeszłam na drzwi. Kręciła mi się w głowie, więc nie łatwo mi było trafić kluczykiem w dziurkę. Kiedy otworzyłam drzwi do pokoju wpadł Martin.
Ma: Boże święty. Nic ci nie jest? Jak się czujesz? Czemu nie otwierałaś? Jesteś strasznie blada. Kiedy ostatnio jadłaś?
J: Spałam.- poczułam jak kręci mi się w głowie i straciłam równowagę. Brat złapał mnie w porę i położył na łóżku.
Ma: Leż tu i nigdzie się nie ruszaj. Przyniosę ci coś do jedzenia.- powiedział i wyszedł z pokoju. Wzięłam do ręki telefon i na ekranie wyświetlała się wiadomość o trzech wiadomościach i dwóch nieodebranych połączeniach. Mocno musiałam spać. Otworzyłam pierwszą wiadomość.
Hej Michelle, tu Andrea, może chciałabyś wyjść ze mną na kawę?
Nie mam zielonego pojęcia kto to ten cały Andrea. Usunęłam wiadomość i otworzyłam następną.
Byłaś dzisiaj świetna! Gratuluję pani kapitan : ) 
Nie wiem, od kogo był ten sms, ale otworzyłam następną wiadomość.
Jak się czujesz? Nadal się na mnie gniewasz? Naprawdę mi przykro, że wszystko tak wyszło. H.
To był Harry. Od razu wzięłam się za odpisywanie.
Bywało lepiej. Gniewam się na siebie, chociaż przykro mi, że to ty powiedziałeś Joshowi. Co się stało to się nie odstanie. Mogło być gorzej. M.
Nieodebrane połączenia były od Martina. Pewnie dzwonił do mnie, kiedy nie było mnie przy samochodzie. Dostałam odpowiedź od Harry'ego.
Naprawdę mi przykro. Nie wiem, jak mógłbym ci to wynagrodzić. Czuję się okropnie. Chciałbym cię po prostu przytulić : ( H.
Pokręciłam głową ze zrezygnowaniem i odłożyłam telefon na szafkę. Wgapiałam się w sufit, dopóki Martin nie wrócił.
Ma: Co dzisiaj jadłaś?
J: Na śniadanie zjadłam płatki, tak jak ty. W szkole nie byłam głodna, więc zjadłam tylko jabłko i wypiłam sok pomarańczowy.
Ma: Michi. Dobrze wiesz, że nie możesz tak mało jeść. Nie pamiętasz jakie  miałaś przez to problemy? W dodatku dużo czasu spędzasz na treningach i musisz dostarczać dużo witamin do organizmu. Proszę. Tu masz kanapki. Będę ci robił takie codziennie rano. Mają dużo wartości odżywczych. Codziennie będziesz też wypijała taki koktajl.
J: Co w nim jest?
Ma: Czarne porzeczki zmiksowane z jogurtem naturalnym, miodem i miętą. Wzmocni twój organizm. Najlepiej by było, gdybyś zabierała taki na trening.
J: Dobrze.- zaczęłam jeść kanapki, które były wyjątkowo smaczne, jak na jedzenie zrobione przez mojego brata. Chłopak cały czas na mnie patrzył i zastanawiał się nad czymś.
Ma: Jak się czujesz?
J: Fizycznie czy psychicznie?
Ma: Fizycznie to widzę. Trzymasz się jakoś?
J: Niezbyt. Jestem na siebie wściekła. I jest mi strasznie głupio. W dodatku Josh się dziwnie zachowuje. Już bym wolała, żeby wcale się do mnie nie odzywał. A tak... Nie wiem jak mam się przy nim zachować. Wiesz, że nie wrócił do domu na noc? Brett mówi, że pewnie szwendał się po parku. A to wszystko przeze mnie. Wszystko spieprzyłam.- wgryzłam się w kanapkę
Ma: Kochasz go?
J: Obu ich kocham. Ale zniszczyłam miłość, na którą tak długo czekałam. Czuję się jak jakiś śmieć.
Ma: Co teraz zrobisz?
J: A co mam zrobić? Dziesiątego jadę ogłosić, że jestem dziewczyną Harry'ego Styles'a. Jednej-piątej One Direction. Najsłynniejszego zespołu na świecie. Wszyscy będą znać moje imię i nazwisko. Będę się musiała z nim pokazywać. A ja przecież nie mogę zawalić tego roku. To pierwszy dzień szkoły, a ja już mam dosyć.
Ma: Przynajmniej pokazałaś Megan gdzie jej miejsce.
J: Martin. Dawałeś komuś mój numer?
Ma: Nie. Bynajmniej nie bez twojego pozwolenia. Czemu pytasz?
J: Jakiś Andrea i jeszcze ktoś do mnie pisali.
Ma: Andrea z pierwszej klasy?
J: Nie mam zielonego pojęcia.
Ma: Gapił się na ciebie przez cały trening. Chyba się komuś spodobałaś.
J: Wcale mnie to nie cieszy. Za to żałuj, że nie widziałeś tych rumieńców na twarzach dziewczyn, kiedy pomagaliście im serwować. Chyba musicie zbrzydnąć.- upiłam łyk koktajlu i powróciłam do jedzenia kanapek. Nawet nie wiedziałam, że byłam taka głodna. Zjadłam cztery kromki i wypiłam cały napój. Martin zabrał brudne naczynia i już do mnie nie wrócił. Nie wiedząc co mam robić, wzięłam laptopa do ręki i zalogowałam się na twittera. To ile obraźliwych tekstów padło pod moim adresem totalnie mnie dobiło. Wiedziałam, że nie mogę się tym przejmować, bo to mnie zniszczy, ale ignorowanie takich słów było trudne. Była szesnasta i naprawdę nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Poczłapałam do pokoju mojego brata. Leżał na łóżku i oglądał jakiś film. Wdrapałam się obok niego i mocno go przytuliłam.Film był dosyć ciekawy, więc nie pożałowałam, że tu przyszłam. Obejrzeliśmy jeszcze jakiś program o oceanach i wybiła dziewiąta.
J: Kocham cię.
Ma: Ja ciebie też.
J: Ale ja ciebie bardziej.
Ma: Ja ciebie dłużej.- potargał mi włosy i pocałował w czoło. Zgramoliłam się z jego łóżka i poszłam do pokoju. Wzięłam z niego piżamę i udałam się do łazienki. Po odprężającej kąpieli wróciłam do siebie i po kilku minutach leżenia w łóżku odpłynęłam do krainy Morfeusza.

Kolejne dni mijały podobnie. Lekcje, trening i do domu. W weekend cała drużyna spotkała się na kręglach. Chcieli się lepiej poznać i zintegrować. Kiedy nadszedł dzień urodzin Michelle, dziewczyna nawet o tym nie pamiętała.

*Michelle*

Obudził mnie budzik. Wstałam z łóżka i przeciągnęłam się ziewając. Wykonałam wszystkie codzienne czynności i ruszyłam do kuchni, zjeść śniadanie. Martin czekał tam na mnie przygotowując mi kanapki. To było urocze z jego strony.
J: Cześć.- powiedziałam przytulając go od tyłu.
Ma: Cześć. Wszystkiego najlepszego skarbie.- powiedział i dął mi buziaka w policzek.
J: Dzięki. To dzisiaj?- spytałam zastanawiając się który dzisiaj jest.
Ma: Dzisiaj, dzisiaj. Dziesiąty września. Proszę. twoje kanapeczki.- powiedział podsuwając talerz w moją stronę i zabierając jedną kromkę. Wgryźliśmy się w śniadanie w tym samym momencie, co wywołało uśmiech na mojej twarzy. Kiedy zjedliśmy poszłam do pokoju, żeby się umalować. Zrobiłam tradycyjny, lekki makijaż i ruszyłam do auta. Usiadłam na miejscu pasażera i czekałam na brata. Zjawił się kilka minut później i podając mi dwa napoje wsiadł do samochodu.
Ma: Będziesz dzisiaj na treningu?
J: Czemu miało by mnie na nim... Kurde... Zapomniałam o tym. Nie wiem. Mam być gotowa na osiemnastą, a trening kończymy o siedemnastej. Nie wyrobię się.
Ma: Nie opłaca ci się przychodzić tylko na godzinę.
J: No właśnie.
Ma: Możemy odwołać trening.
J: Nie. Musimy przygotować się do zawodów. Przyjdę do was na samym początku, wytłumaczę trenerowi i się zmyję.
Ma: No okej.- resztę drogi pokonaliśmy w ciszy. W szkole jak zwykle rozeszliśmy się każdy w swoją stronę. Ja poszłam do swojej szafki, na której spotkała mnie niespodzianka. Odkleiłam kartkę i z uśmiechem włożyłam ją do szafki. Kiedy się odwróciłam moim oczom ukazała się grupa ludzi z Martinem na czele. Chłopak trzymał w rękach tort z osiemnastoma świeczkami i wszyscy zaczęli śpiewać. Wzruszyło mnie to ogromnie i kiedy zdmuchnęłam świeczki uroniłam pojedynczą łzę. Była tu cała drużyna, moi przyjaciele i dobrzy znajomi. Kiedy już wszyscy mnie wyściskali, Martin podał mi nóż i kazał pokroić tort. Poczyniłam honory i wszyscy dostali swój kawałek. Z ciastem na talerzykach, ruszyliśmy do swoich sal lekcyjnych, bo zaraz miał zadzwonić dzwonek. Lekcje minęły mi dzisiaj szybko. Przed treningiem poszłam do wujka i wyjaśniłam mu całą sprawę. Oczywiście powiedział, że wolałby, gdyby to się więcej nie powtórzyło, ale życzył mi szczęścia i obiecał, że będzie oglądać galę. Podziękowałam mu z uśmiechem i szybkim krokiem wróciłam do domu. Było za dziesięć czwarta. Szybko zrobiłam zapiekankę na obiad i zjadłam zaledwie połowę swojej porcji. Żeby nie stracić później sił wypiłam magiczny koktajl mojego brata i zaczęłam się szykować. Wzięłam szybki, gorący prysznic, który nieco mnie rozluźnił i szybko podsuszyłam włosy. Wiedziałam jak mam wyglądać, bo w paczce od Paula znajdowała się instrukcja Louise. Dziewczyna dopisała w niej również, że nie musi się martwić o szkołę, bo razem z Harrym ma indywidualne nauczanie. Przychodzi do nich miły facet. Poszczęściło jej się.
Na sam początek nałożyłam podkład. Po tym uczesałam się i dopiero wtedy dokończyłam makijaż. Kiedy skończyłam się malować było za piętnaście szósta. Chłopcy zaraz będą, a ja siedzę w samej bieliźnie. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo się denerwuję. Usłyszałam, że ktoś wszedł do domu.
J: Martin?!- wolałam się upewnić.
Ma: To ja!
J: Okej!
Zapięłam suwak sukienki i zaczęłam zakładać biżuterię. Kiedy wkładałam kolczyk w prawe ucho Martin wszedł do pokoju.
Ma: Pomóc ci w czymś?
J: Zabierz ode mnie zdenerwowanie. Zobacz jak mi się ręce trzęsą.- wyciągnęłam do niego dłonie, które naprawdę mocno drżały.
Ma: O matko. Jadłaś obiad?
J: Tak. W piekarniku na parterze masz zapiekankę. Wypiłam ten koktajl, żeby nie stracić sił.
Ma: Bardzo dobrze.- w tym momencie usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Spojrzałam spanikowana na brata i czułam jak serce zaczyna mi coraz mocniej bić.
J: Otworzysz?
Ma: Jasne.- powiedział i poszedł przywitać gości. Chwilę później usłyszałam czyjeś kroki na schodach. Byłam przekonana, że to Martin.
J: Martin, nie dam rady.- powiedziałam przeglądając się w lustrze.
H: Dasz.- odwróciłam się gwałtownie w jego stronę. Wyglądał super, ale ja przy nim wyglądałam dziwnie.
H: Cześć.- powiedział uśmiechając się do mnie.
J: Cześć.- odpowiedziałam niepewnie.
H: Ślicznie wyglądasz.- powiedział i podszedł do mnie.
J: Ty też.- spuściłam głowę. Chłopak złapał mnie za biodra i delikatnie do siebie przyciągnął, a ja położyłam mu ręce na klatce piersiowej.
H: Wybaczysz mi kiedyś?- spytał przytulając się do mnie.
J: Już to zrobiłam.
H: Kocham cię.- powiedział odsuwając się ode mnie na kilka centymetrów. Spojrzał mi w oczy, ale uciekałam wzrokiem.
H: Co się dzieje?
J: Strasznie się denerwuję.
H: Ja też. spojrzałam mu w oczy i delikatnie się uśmiechnęłam.
J: Ja ciebie też kocham Harry.- powiedziałam i delikatnie musnęłam jego wargi. Spojrzałam na zegar i wybiła szósta. Schyliłam się po buty i przytrzymując się chłopaka założyłam je na stopy. Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy do malutkiej torebeczki i razem z Harrym ruszyliśmy schodami w dół. Nogi miałam jak z galarety już teraz, więc nie wyobrażam sobie, co będzie się działo na miejscu. Cały czas patrzyłam pod nogi, żeby się nie wywrócić, ale kiedy zostały mi już tylko cztery schodki spojrzałam na resztę chłopców, stojących przy drzwiach. Wszyscy byli wgapieni we mnie jak w obrazek, co mnie trochę peszyło.
J: Cześć.- powiedziałam nieśmiało przerywając ciszę.
-Hej.- powiedzieli razem, na co się zaśmiałam.
H: Idziemy?- spytał, a ja kiwnęłam głową. Podeszłam tylko do Martina i mocno go przytuliłam.
J: Bądź pod telefonem.-szepnęłam mu na ucho.
Ma: Baw się dobrze.- powiedział i uśmiechnął się pocieszająco.
H: Tak o dziesiątej powinniśmy już być.
Ma: Okej. Miłej zabawy. Trzymam kciuki.
Wyszliśmy z domu i o dziwo nie było tu żadnego fotoreportera. Wszyscy już pewnie czekają na gali. Przed bramą stała długa limuzyna. Wsiadłam pierwsza, bo miałam wysiadać pierwsza. Za mną wsiadali kolejno Harry, Liam, Louis, Naill i Zayn. W środku siedziały Danielle i Eleanor i obie wyglądały ślicznie. Cieszyłam się, że jadą z nami. Mogłam na nie liczyć, poza tym, będziemy siedziały obok siebie podczas całej gali. Wszystko zostało mi wyjaśnione w pojeździe i w końcu nadszedł moment, w którym trzeba było wysiąść. Zayn, Niall, Louis, Eleanor, Liam, Danielle, Harry i ja. Chłopak podał mi rękę i przy jego pomocy elegancko wysiadłam z limuzyny. O tych wszystkich fleszy można było oślepnąć. Trudne było mruganie w normalnej częstotliwości. Chłopcy najpierw mieli mieć zdjęcia jako One Direction, a później osobno. My miałyśmy się przy nich pojawiać tylko wtedy, gdy nas zawołają. Musiałyśmy cały czas stać i ładnie wyglądać wyszczerzając się w szerokim uśmiechu. Praktycznie nie odstępowałam Harry'ego na krok, ponieważ cały czas mnie wołał. Na końcu mieliśmy udzielić z Harrym wywiadu. Podeszliśmy do jednej z reporterek, która była bardzo sympatyczna i widać było, że lubi swoją pracę i nie widzi w niej tylko maszyny do pieniędzy.
R: Jesteście parą?- zadała pytanie, ale nie mogłam na nie odpowiedzieć. Prawo głosu miałam tylko gdy pytanie było bezpośrednio do mnie.
H: Tak.
R: Jak długo jesteście razem.
H: Szczęśliwi czasu nie liczą.- odpowiedział z uśmiechem.
R: Michelle, jak długo znasz Harry'ego?
J: Oh, bardzo długo.
R: To znaczy?
H: Znamy się od dziecka. Nasi rodzice się przyjaźnili.
R: Michelle, co sądzisz o chłopcach z zespołu?
J: Są to wspaniali ludzie. Zwariowani, przyjaźni i pomocni. Troszczą się o siebie i wspierają się na wzajem, a to chyba najważniejsze.
R: Harry, czy nie jest ci przykro słysząc obelgi na temat twojej dziewczyny?
H: Oczywiście, że jest mi przykro. Kocham Michelle i raniąc ją, ludzie ranią również mnie. To smutne.
R: Czy po mimo wszystko chcecie być razem?
H: Jak najbardziej.
R: Michelle, a co czujesz, kiedy wchodzisz na swojego twittera i widzisz, co ludzie o tobie piszą?
J: Uśmiecham się kiedy widzę, jak fanki gratulują i życzą mi szczęścia. To naprawdę bardzo miłe i podnosi na duchu. Chłopcy mogą być dumni ze swoich fanów.
R: A czy ty jesteś z nich dumna?
J: Oczywiście, że jestem. Osiągnęli tak wiele w tak krótkim czasie. Wszyscy są utalentowani i zasłużyli na swoje przysłowiowe pięć minut.
R: Dobrze, to już wszystko. Dziękuję wam bardzo i życzę szczęścia.- kiwnęliśmy tylko głowami i ochrona już prowadziła nas dalej. Kiedy weszliśmy do budynku, zrobiło się ciszej. Nie było tu już rozwrzeszczanych fanek i anty fanek, oraz tak wielu fotoreporterów. Pozostali czekali na nas już na swoich miejscach. Chłopcy siedzieli w pierwszym rzędzie, a dziewczyny zaraz za nimi. Mnie przypadło miejsce z brzegu. Miałyśmy siedzieć dokładnie za swoimi chłopakami. Gala się zaczęła, chłopcy w jej trakcie jeszcze występowali. Byłam z nich dumna, bo wygrali dwie statuetki. Za każdym razem robili grupowy uścisk, co wywoływało ogromny uśmiech na mojej twarzy. Po zakończonej gali, chłopcy musieli jeszcze udzielić kilku wywiadów, ale ja, Dan i El mogłyśmy już iść do limuzyny. Kiedy szłyśmy do auta ludzie robili nam zdjęcia. Nie wiem w sumie w jakim celu.
D: Jestem z nich dumna.- powiedziała kiedy siedziałyśmy już w limuzynie.
El: Ja też.
J: Wy miałyście okazję być przy nich.- powiedziałam z uśmiechem.
D: Szkoda, że wcześniej się nie poznałyśmy. Świetnie sobie poradziłaś.
J: Tak myślisz? Strasznie się denerwowałam.
El: W ogóle nie było po tobie widać. Byłaś taka swobodna zarówno przy zdjęciach jak i przed kamerą. Mnie za pierwszym razem tak dobrze nie poszło.
D: Pamiętam, jak ja się jąkałam. To było straszne. Ty odpowiadałaś bez namysłu i widać było, że jesteś wyluzowana i szczęśliwa.
El: Podziwiam cię. Ale wyjaśnij nam, bo chłopcy nie chcą o tym mówić. Co jest między tobą a Harrym.
D: To prawda, że nie jesteście kuzynostwem?
J: Tak. To prawda.
El: Czyli jak? Naprawdę jesteście razem, czy to dalej tylko na pokaz?
J: Sama nie wiem...
D: A co z Joshem?
J: Zerwał ze mną... Bo wylądowałam z Harrym w łóżku...- w tym momencie zapadł cisza. Powiedziałam im prawdę, bo nie miało żadnego sensu ukrywanie tego co się stało. Dziewczyny spojrzały na mnie zszokowane, a później popatrzyły po sobie. Na całe szczęście do limuzyny wsiedli chłopcy. Byli już przebrani. Nie wiem gdzie i kiedy udało im się to zrobić.
H: Byłaś świetna skarbie.- powiedział i ucałował mnie w policzek.
J: Dzięki. Ale to wasz występ powalił wszystkich na kolana.- uśmiechnęłam się do chłopaków, którzy momentalnie wyszczerzyli się jak małe dzieci. Dziewczyny też się uśmiechały i nie dawały po sobie nic poznać.
J: To odwozicie mnie teraz do domu, prawda?
H: No, niezupełnie.
J: Hazz. Ja mam jutro szkołę. Chciała bym się wyspać.
H: Wyśpisz się. Spokojnie.- uśmiechnął się tak jakby coś przede mną ukrywał.
J: Nie wiem, co knujesz, ale już się boję.- wszyscy się zaśmiali, a chłopak mnie do siebie przytulił. Po kilku minutach rozmów i śmiechu, kierowca zatrzymał pojazd i otworzył drzwi. Kiedy wysiedliśmy, na dworze było już ciemno, a my staliśmy przed jakimś domem. Brak światła, w cale nie pomagał mi w rozpoznaniu miejsca. Wiem tylko, że w budynku, było równie ciemno jak na zewnątrz.
H: No chodź.- powiedział przyciągając mnie do siebie.
J: Gdzie my jesteśmy i po co tu przyjechaliśmy?
H: Zaraz zobaczysz skarbie.- ucałował mnie w policzek i wszyscy weszliśmy do środka. Panowała tam głucha cisza. Kiedy Harry zamykał za nami drzwi, reszta już weszła do pomieszczenia po prawej stronie. W momencie, w którym przekroczyłam próg pokoju, zapaliło się w nim światło i moim oczom ukazali się moi bliscy, ubrani w eleganckie stroje. Na ławie stał wielki tort. To jak wyglądał mnie rozczuliło. W czasie, w którym wszyscy śpiewali słynne 'Happy Birthday' z oczu popłynęły mi łzy. Byli tu chłopcy, cała drużyna szkolna, Cleo, a nawet Chris, mój brat, Nathan, Louise, Gemma i moi przyjaciele z dzieciństwa, których ledwo rozpoznałam. Nie miałam pojęcia, jak udało im się ich tutaj ściągnąć. Zakryłam twarz dłońmi, bo nie chciałam by wszyscy widzieli moje łzy. Byłam strasznie szczęśliwa. Harry, widząc, jak się trzęsę mocno mnie do siebie przytulił.
H: Co, myślałaś, że zapomniałem?- pokręciłam głową z niedowierzaniem.
J: Nienawidzę cię.- powiedziałam i śmiałam się przez łzy. Każdy po kolei mnie mocno przytulał i składał życzenia wręczając prezenty. Naprawdę się tego nie spodziewałam. Martin, już po raz drugi dzisiejszego dnia, wręczył mi nóż i kazał czynić honory.
J: Jak ja mam to pokroić?- spytałam z przerażeniem w oczach, a wszyscy się zaśmiali. Josh, przez cały czas wszystko filmował.
Ma: Uuu. Ale się komuś rączki trzęsą.- wyśmiał mnie brat.
J: Kobiety z nożem w ręku się drażni.- pogroziłam przedmiotem, ale od razu tego pożałowałam, bo na myśl przyszła mi moja matka, która właśnie nożem zabiła mojego ojca.
Ma: Dobra, dobra. Pomogę ci.- powiedział i próbując zatuszować moje nagłe otępienie chwycił moją dłoń i sprawnie ukroił pierwszy kawałek. Był naprawdę spory.
J: O, słuchajcie. Taki duży kawałek, to tylko dla Niallerka.- wszyscy się zaśmialiśmy i chłopak podszedł do mnie, żeby odebrać talerzyk. Pocałował mnie w policzek, a ja potargałam mu włosy i szeroko się uśmiechnęłam. Rozdaliśmy resztę tortu i przyszedł czas otwierania prezentów. Na pierwszy ogień poszły małe pakunki. Martin podał mi małą torebkę, w której było pudełeczko znanej marki biżuterii. Otworzyłam je i moim oczom ukazała się srebrna bransoletka.
H: Serce z kluczem ode mnie dostałaś, ponieważ klucz do serca mego uzyskałaś.- na sali rozległo się głośne 'awwww'. Uśmiechnęłam się do niego szeroko, a on mnie pocałował.
Li: Żółw jest symbolem mądrości, trwałości i długowieczności, uosabia pokój i stabilizację. Jesteś jak żółw, którego ode mnie dostałaś.
J: Dziękuję Li.- przytuliłam chłopaka, a on ucałował mnie w policzek.
Lou: Filiżanka, to nasz rytuał wieczorny. Bez niego ani rusz.- puścił do mnie oczko i chyba tylko ja wiedziałam o co mu chodzi, więc odpowiedziałam szerokim uśmiechem i uściskiem.
D: Taniec, to pasja nas obu, więc tancerka jest ode mnie.- Dziewczyna uśmiechnęła się do mnie i puściła perskie oko. Mocno się przytuliłyśmy i głos zabrała Eleanor.
El: Jesteś silną kobietą. Ilekroć dajesz sobie radę z wszelkimi przeciwnościami losu, to tak jakbyś przechodziła pod jednym z Łuków Triumfalnych. Ode mnie już jeden dostałaś.- uśmiechnęła się i mocno mnie przytuliła.
Z: Tower Bridge powinien być twoim symbolem, ponieważ powstał po mimo przeciwwskazań, i nadal stoi. Ty jesteś silna i mocno stąpasz po ziemi po mimo wielu ciosów poniżej pasa.- Łezka mi się w oku zakręciła, kiedy usłyszałam tak miłe słowa z jego ust. Przytuliłam go delikatnie, a chłopak pogłaskał mnie po plecach.
Ni: Gitara to nasz ulubiony instrument. Sprawił, że się zaprzyjaźniliśmy i mam nadzieję, że to będzie przyjaźń do końca życia.- tuliliśmy się mocno i długo z szerokimi uśmiechami na twarzach. Stworzyło się delikatne zamieszanie, więc spojrzałam w kierunku z którego dochodziły szmery. Josh podał kamerę Martinowi, od którego wziął moją bransoletkę.
Jo: Aparat fotograficzny to rzecz, która od bardzo dawna kojarzy mi się tylko z tobą. Od ciebie dostałem mój najlepszy aparat. Ty już masz ich kilka, więc ten, choć mały i nie robi zdjęć, mam nadzieję, że będzie ci o mnie przypominał. Chłopak chwycił moją lewą dłoń i na nadgarstku zapiął mi bransoletkę. Przytuliłam go mocno i staliśmy tak naprawdę długą chwilę. Tą piękną chwilę przerwał Harry chrząkając znacząco. Ja go chciałam zignorować, ale Jo mnie od siebie odsunął.
Jo: Wolę nie ryzykować, że twój chłopak skopie mi tyłek.- mrugnął do mnie jednym okiem i wszyscy się zaśmiali. Wykrzywiłam usta w uśmiechu, choć wcale nie było mi wesoło przez to co powiedział. Chłopcy znowu wymienili się kamerą, a do mnie podeszli Louise i Nathan.
Lou: Dzięki tobie, w końcu zaczęło mi się układać w życiu. Znalazłam pracę, wspaniałych przyjaciół i szczęście, ponieważ mogę robić to co kocham. Będę ci za to dozgonnie wdzięczna, a w ramach małej rekompensaty wręczam ci kuferek na rzeczy, które potrafią zdziałać cuda, w każdej sytuacji.- powiedziała i wręczyła mi kufer pełen kosmetyków.
J: Jezu... Ile to waży?- spytałam ledwo utrzymując prezent.
Lou: No wiesz, zawartość już w środku.- wyszczerzyła się w słodkim uśmiechu i cmoknęła mnie w policzek. Jej brat z kolei nachylił się do mnie.
Na: Ja mam dla ciebie coś, co chciałbym żebyś otworzyła dopiero w twoim domu.- podkreślił przedostatnie słowo, tak jakbym miała prędko do niego nie wrócić. Podałam Martinowi kuferek i odebrałam od Nate'a pudełko, które było średniej wielkości. Pokiwałam głową dając mu znać, że tak zrobię i mocno go uściskałam. W tym momencie podeszła do mnie grupa dawnych znajomych, z którymi dzieliłam się pasją rysowania. Molly, z którą byłam najbardziej związana zaczęła mówić.
Mo: Sztalugi w domu na pewno masz, bo często rysowaliśmy u ciebie. Na płótnach rzadko malujesz, więc masz ich jeszcze cały zapas na strychu. Jednak to ci się może przydać. Zestaw do szkicowania, bo wiemy jak kochasz rysunek pozbawiony kolorów.- podała mi pakunek i zaraz po tym zostałam przytulona przez dziesięć kolejnych osób. Po nich podeszłą moja kochana drużyna i bez słowa podali mi piłkę do siatkówki, która była cała w podpisach zawodników. Pierwsza odezwała się Cleo.
C: Żebyś mogła się wnukom chwalić, z jakimi sławnymi graczami miałaś zaszczyt wygrywać konkursy w liceum.- wszyscy zaczęliśmy się śmiać i zostałam przytulona przez kolejnych kilkanaście osób. Do każdego prezentu, jego darczyńca dopowiadał kilka słów i na koniec dostałam kopertę od Martina. Spojrzałam na niego pytająco, a on tylko ponaglił mnie, żebym otworzyła. Wyjęłam list i zaczęłam czytać.
Droga siostrzyczko,
Zaraz zostaniesz porwana. Wszyscy będą się śmiać i zmyją się do swoich domów. W przeciwieństwie do ciebie, bo zostajesz tu przez tydzień. Nie bój się. Hazz będzie cię podwoził do szkoły, tak samo jak i z niej odbierał. Masz tu całą zawartość swojej szafy i wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy. W domu będą cię czekać kolejne niespodzianki, ale musisz trochę poczekać. To chyba wszystko. Kocham cię. M.

Nie zdążyłam spojrzeć na niego, a już unosiłam się w powietrzu. Zaczęłam krzyczeć na mojego porywacz, którym oczywiście był Harry, ale nie wiele tym zdziałałam. Zostałam zaniesiona po schodach na piętro i zamknięta w pokoju sam na sam z moim chłopakiem. Ale to dziwnie brzmi. Mniejsza z tym.
H: W tym pokoju, będziesz mieszkać przez kolejny tydzień. Nie umawiaj się z nikim na weekend, bo zabieram cię na wycieczkę. Wszystkie rzeczy do szkoły masz w szafce nad biurkiem. Trudno było mi upchnąć twoje rzeczy w tej szafie, ale z pomocą Louise jakoś mi się udało. Te drzwi prowadzą do łazienki, w której masz już czyste ręczniki, a kosmetyki dostałaś od Lou więc nie musiałem przywozić ich od ciebie. Będę cię podwoził do szkoły i odbierał z treningów. Masz zakaz wchodzenia do swojego domu, dopóki sam tam z tobą nie pojadę.
Patrzyłam na niego ze wściekłością w oczach. Miałam ochotę rozerwać na strzępy każdego, kto był w to zamieszany. Chłopak zaczął się cicho śmiać widząc moją minę i otwierając drzwi, wyszedł na balkon. Wzięłam kilka głębokich oddechów i poszłam w jego ślady. Obserwowałam ostatnich gości, wsiadających do busa, należącego do szkolnej drużyny. Liam stał na dworze, póki pojazd nie odjechał. Wracając pomachał nam nieśmiało z szerokim uśmiechem na twarzy. Pokręciłam głową ze zrezygnowaniem i mu odmachałam.
J: Która jest godzina?- spytałam przerywając ciszę.
H: Za dziesięć jedenasta. Jesteś zmęczona?
J: Mhm.
H: To już cię dzisiaj nie męczę.- powiedział i ruszył do wyjścia.
J: Hazz.
H: Tak?- odwrócił się w moją stronę.
J: Dziękuję. To były najwspanialsze urodziny w moim życiu.
H: Jeszcze nie koniec niespodzianek skarbie.- mrugnął jednym okiem i zniknął z mojego pola widzenia. Chwilę jeszcze stałam na powietrzu, ale kiedy zaczęło mi się robić chłodno, schowałam się do pokoju. Szczelnie zamknęłam drzwi i zaciągnęłam zasłony. Powoli zdjęłam biżuterię, buty i sukienkę. Będąc w samej bieliźnie udałam się do łazienki. Zmyłam tam cały makijaż, rozpuściłam i rozczesałam włosy, a na koniec wzięłam krótki odprężający prysznic. Kiedy się wycierałam usłyszałam docierające z pokoju szmery. Owinęłam się ręcznikiem i przeszłam do sypialni. Wszyscy wnosili i układali tutaj prezenty, które dzisiaj dostałam.
J: Nie trzeba było.- powiedziałam i wszyscy na mnie spojrzeli.
Lou: Daj spokój.
Li: To zwykła przysługa.
Lo: Dla najlepszej Michelle Catrer.
J: Bez przesady.
H: Nie przesadza.
Ni: Popieram.- jedynie Zayn nie odezwał się ani słowem. Spojrzał tylko na mnie i krzywo się uśmiechnął. Zachciało mi się płakać.
Z: Ładnie wyglądasz.- powiedział bezgłośnie i tylko ja to zauważyłam. Uśmiechnęłam się do niego delikatnie powstrzymując łzy.
J: Wie ktoś może, gdzie jest moja...
-Piżama?- powiedzieli chórem i się zaśmialiśmy.
J: Tak.
Z: Proszę.- powiedział i podał mi koszulę wraz z bokserkami.
J: Dzięki.- uśmiechnęłam się i poszłam do łazienki. Tam szybko się ubrałam i wróciłam do pokoju. Na łóżku nadal siedział Zayn. Spojrzał na mnie i widać było, że coś go męczy. Usiadłam obok niego i cierpliwie czekałam aż pierwszy zacznie mówić. Po kilku minutach się doczekałam.
Z: Nie musisz czuć się winna, za to, co się stało... Widocznie tak miało być... Nie mam ci niczego za złe i chcę, żebyś o tym wiedziała. Wtedy... Nie miałem serca na ciebie krzyczeć. Nie potrafił bym tego zrobić. Przeszłaś w życiu tak wiele i zasługujesz na choć odrobinę szczęścia. Jeśli Harry ci je daje, to ja nie mogę ci tego zrobić i zepsuć tego.- po moich policzkach popłynęły łzy.
J: Zayn, ja cię bardzo, bardzo przepraszam. Nie chciałam, żeby to wszystko tak wyszło. My wtedy działaliśmy pod wpływem emocji. Tak bardzo cię za to przepraszam.- chłopak mocno mnie do siebie przytulił i po jego oddechu rozpoznałam, że też płacze.
J: Ty też zasługujesz na szczęście.
Z: Ale ty lepiej na nie zapracowałaś. Ja spełniam swoje marzenia. Podróżuję po całym świecie, mam miliony fanek, robię to, co kocham. Ty tak naprawdę nie masz nic. Jedynie przyjaciele cię ratują i ja to widzę. Choć próbujesz to ukryć. Starasz się wyglądać na szczęśliwą, ale za dużo już przeszłaś. Chcę być twoim przyjacielem Michelle. Chcę móc cię wspierać w trudnych chwilach. Chcę zyskać twoje zaufanie. Po prostu dopuść mnie do siebie.- pokiwałam twierdząco głową i mocniej się w niego wtuliłam. Siedzieliśmy tak kilkanaście minut. Chłopak w pewnym momencie się ode mnie odsunął i odgarnął mi włosy z twarzy.
Z: Wszystkiego najlepszego Michelle. Właśnie skończyłaś osiemnaście lat, a wraz z tym rozpoczęłaś nowy etap życia. Oby był lepszy od poprzedniego. Dobranoc.- ucałował mnie w czoło i zostawił samą w pokoju. Położyłam się i szczelnie owinęłam kołdrą. Po kilku minutach Morfeusz porwał mnie w swoje objęcia.

__________________________________________________________________

KAŻDY, KTO TO PRZECZYTAŁ PROSZONY JEST O POZOSTAWIENIE KOMENTARZA. Bez względu na to czy pojawił się kolejny rozdział.

Chcę sprawdzić, czy prowadzenie tego bloga w ogóle ma sens, bo regularnie komentuje tylko jedna osoba. Brak mi przez to motywacji. To tyle. Do przeczytania.

Ola