28 czerwca 2013

Rozdział 14- Nie oczekuję przebaczenia... Mam tylko nadzieję, że zrozumiesz...

*Harry*

'Właśnie dojechaliśmy. Teraz czeka mnie najgorsze...'- takiego sms-a wysłałem Michi, kiedy Louis podjechał pod mój dom.

Lou: Na pewno chcesz to zrobić?- spytał z troską.
J: Nie wiem Loueh... Ale wiem, że nie mogę ciągle komuś siedzieć na głowie i się ukrywać...
Lou: Przecież wiesz, że dla mnie to nie stanowi problemu.
J: Zobaczymy co powie mama...- po tych słowach wysiadłem z samochodu i ruszyłem w kierunku domu. Stanąłem przed drzwiami, wziąłem głęboki oddech i nacisnąłem dzwonek. Po kilku sekundach usłyszałem szuranie kapciami i już po chwili stałem twarzą w twarz z moją matką. Wyglądała... tragicznie. Włosy brudne i potargane, oczy podkrążone, a twarz cała blada. Kiedy mnie zobaczyła, do jej oczu napłynęły łzy. Zdziwiło mnie to.
Mama: Przepraszam synku...- po tych słowach ją przytuliłem, a ona się rozpłakała.
J: Nie rób tak więcej...
M: Obiecuję... Tylko błagam... Nie uciekaj już nigdy...
J: Mamo... To twoja ostatnia szansa... Nie zmarnuj jej, błagam...- powiedziałem, po czym delikatnie ją od siebie odsunąłem. Płakała. Wiedziałem, że żałuje tego co zrobiła. Nie byłem jednak pewny, czy będzie w stanie wszystko naprawić. Odwróciłem się w stronę Lou. Nie miał zadowolonej miny. Nie musiałem pytać, żeby wiedzieć, o co mu chodzi. Bał się, że moja matka nie wykorzysta tej szansy i ja znowu będę cierpiał.
J: Zaraz przyjdę... Wezmę walizki od Louisa.- mama skinęła głową i weszła w głąb mieszkania. Dopiero kiedy zamknąłem drzwi, Lou wysiadł z auta. Oparł się o samochód i nie patrząc na mnie czekał aż do niego podejdę.
Lou: Harry...- nie dałem mu do kończyć.
J: Obyś nie miał racji Loueh... Obyś nie miał racji...


*Michelle*

Siedziałam z Martinem w jego pokoju i przeglądaliśmy perkusje w internecie. Nasza niedawno się popsuła, a chcieliśmy trochę ponagrywać.  W pewnym momencie poczułam, że mój telefon dzwoni. Bez patrzenia na ekran odebrałam, nadal przyglądając się instrumentom.
J: Halo...- powiedziałam zamyślona.
H: Hej, nie przeszkadzam?
J: Co? Nie, nie! Sorki. Przeglądamy perkusje.
H: Aha.
J: Jak mama?- spytałam skupiając się na rozmowie.
H: No, powiedzmy, że dobrze.
J: Mieszkasz u siebie?
H: Tak.
J: No i jak?
H: W takim stanie jeszcze jej nie widziałem. Żałuje tego co zrobiła i tego co mówiła, o tobie i Martinie.
Ciocia: Harry z kim rozmawiasz?- zawsze baliśmy się tego pytania. Serce na chwilę mi stanęło, żeby zaraz móc bić z zawrotną prędkością.
H: Z Michelle.- powiedział odważnie, co mnie zdziwiło.
C: Mogę?
H: Michi, mama się pyta czy może z tobą porozmawiać.- stanęłam jak wryta, zastanawiając się o czym do cholery ta kobieta chce ze mną rozmawiać.
H: Michi... Jesteś tam?
J: T-tak, przepraszam.
H: Dać ci ją?
J: Tak.
C: Witaj Michelle- usłyszałam po chwili w słuchawce. Do oczu zebrały mi się łzy. Nigdy nie mówiła do mnie po imieniu.
J: Dzień dobry ciociu.- powiedziałam drżącym głosem, a Martin spojrzał na mnie zdezorientowany.
C: Pewnie się dziwisz, czemu z tobą rozmawiam...
J: Nie powiem, że nie... O co chodzi?- poszłam do swojego pokoju, bo krępowało mnie spojrzenie Martina.
C: Chcę cię przerosić.
J: Rozumiem... Chociaż nie.. Nie rozumiem... Dlaczego teraz? Dlaczego dopiero teraz?
C: Dopiero teraz zrozumiałam, jak okropnie się zachowywałam... Wiem, że zwykłe przepraszam nic tu nie da... Nie wiem czy istnieje w ogóle sposób na wynagrodzenie wam straconego przeze mnie czasu... Zachowywałam się jak idiotka obwiniając was za to, że jesteście jej dziećmi... Jest mi strasznie głupio i okropnie przykro, że nie zrozumiałam tego wcześniej... Gdyby tak było, zapewne siedzielibyśmy teraz razem... Zachowałam się niedojrzale nie chcąc cię przyjąć od mój dach... Nie oczekuję przebaczenia... Mam tylko nadzieję, że zrozumiesz...- ostatnie zdanie powiedziała pociągając nosem.
J: Rozumiem...- powiedziałam i przetarłam dłonią mokre od łez policzki.- Ale błagam ciociu... Nie spieprz tego, bo wiem, że to już cioci ostatnia szansa.
C: Wiem, kochanie, wiem...- pociągnęła nosem.
J: Co ciocia teraz zamierza?
C: Pomyślałam, że może byście przyjechali do nas na moje urodziny... Będą chłopcy i rodzina... Przyjedziecie? Powinniście kogoś poznać...
J: Kiedy?
C: Za dwa tygodnie. W sobotę tydzień przed rozpoczęciem roku szkolnego.
J: Harry wie?
C: Nie... Chciałam mu zrobić niespodziankę...
J: Rozumiem, że mam mu nie mówić?
C: Dziękuję... Później się z tobą skontaktuję w sprawie szczegółów...
J: Dobrze ciociu...
C: Pozdrów Martina. Jeszcze raz przepraszam... Trzymajcie się...
J: Ty również ciociu...- rozłączyłam się i odłożyłam telefon na pościel.
Targało mną wiele sprzecznych emocji. Siedząc na łóżku wpatrywałam się w okno. Podeszłam do biurka i z szuflady wyciągnęłam papierosa. Wyszłam na balkon i mocno się zaciągając podpaliłam peta. Nikt oprócz Martina nie wie, że popalam. Zamknęłam oczy i oparłam się o barierkę powoli wypuszczając dym z płuc. Po moich policzkach spływały kolejne łzy. Poczułam na sobie czyjeś spojrzenie. Otwierając oczy odwróciłam głowę. Mój brat stał oparty o futrynę i przyglądał mi się badawczo. Zaciągnęłam się jeszcze raz i przetrzymałam dym dłużej.
J: Masz pozdrowienia od cioci.- powiedziałam wypuszczając dym.-Zaprosiła nas na swoje urodziny... Powiedziała, że powinniśmy kogoś poznać.
Ma: Zrozumiała?- pokiwałam głową znowu się zaciągając.
J: Przeprosiła... Płakała... Czy to oznacza, że naprawdę żałuje?
Ma: Nie mam pojęcia...

*Anna*

Leżałam na łóżku w swoim domu patrząc jak mój brat się bawi.
Charles: Anna...
J: Tak skarbie?- uśmiechnęłam się widząc jego zatroskaną buźkę.
Chrl: Kiedy Michelle do nas przyjdzie?
J: Nie wiem kochanie. Tęsknisz za nią?- mały pokiwał głową. Rozłożyłam ręce i pokazałam mu gestem, żeby do mnie podszedł. Wdrapał się na łóżko i mocno się do mnie przytulił.
Chrl: Pojedziemy do niej?
J: Chcesz jej zrobić niespodziankę?
Chrl: Tak!- powiedział uradowany.
J: No to chodź. Pójdziemy się umyć, ubrać i możemy jechać.
Malec z piskiem wybiegł z pokoju zanim zdążyłam usiąść. Zaczęłam się śmiać i ruszyłam zaraz za nim. Rodzice wczoraj wyjechali do Paryża na rocznicę ślubu. Będą tam tydzień, więc opieka nad Charlesem przypadła mnie. W sumie to się cieszę, bo rzadko mam czas aby się z nim pobawić. Mały siedział już w łazience. Mył ząbki. Policzki mnie już bolały od uśmiechania się. Odkręciłam ciepłą wodę i zaczęłam ją nalewać do wanny. Moich uszu doszedł dźwięk dzwonka do drzwi. Zostawiłam brata na chwilę samego i poszłam szybko otworzyć. Przed drzwiami stał Josh. Był jakiś przygaszony. Chyba niedawno płakał. Od razu go do siebie przytuliłam i weszliśmy do środka.
J: Chodź do łazienki, muszę wykąpać Charlesa.- chłopak pokiwał głową i ruszył za mną. Braciszek zdejmował właśnie koszulkę od piżamy. Josh kiedy go zobaczył, trochę się rozchmurzył, a zaraz po tym po jego oczach popłynęły łzy. Kiedy Charles był już w wannie Josh usiadł na podłodze i skulił się jak małe dziecko.
J: Josh.. Co się stało?
Jo: Lucy jest chora...- powiedział i na dobre się rozpłakał. Mnie totalnie zatkało. Jak to możliwe, że ta mała siostrzyczka mojego przyjaciela jest chora.
J: Co jej jest?
Jo: Jeszcze nie wiadomo. Ale od trzech dni ma wysoką gorączkę i powiększone węzły chłonne...- pociągnął nosem.- Podejrzewają różyczkę... Wiesz jakie to może mieć skutki?- przetarł mokre policzki.
J: Jo... Wszystko będzie dobrze... Zobaczysz... To silna dziewczynka... Nie pamiętasz jak sobie poradziła kiedy się urodziła umierająca?
Jo: Pamiętam... Ale boję się o nią... Po prostu się boję...
J: Rozumiem cię doskonale... Też bym się bała...
Jo: Co dzisiaj robicie?- spytał po kilku minutach ciszy.
J: Jak się umyję i ubierzemy to mamy zamiar zrobić niespodziankę Michi. Dawno nie widziała swojego męża.- uśmiechnęłam się delikatnie, a chłopak odwzajemnił gest.
Jo: Będę zazdrosny...-powiedział z obrażoną miną, ale zaraz po tym oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
Josh zaoferował, że ubierze Charles'a więc poszłam się umyć. Od czasu do czasu słyszałam jak chłopcy się śmieją. Kiedy wyszłam z łazienki ledwo uniknęłam zderzenia z pędzącym bratem i goniącym go Joshem. Momentalnie na mojej twarzy zawitał szeroki uśmiech. Poszłam do siebie i szybko się ubrałam i wysuszyłam włosy. Kiedy już byłam gotowa zgarnęłam chłopaków i spacerkiem udaliśmy się do domu mojej przyjaciółki.
J: Tylko mocno trzymaj.- szepnęłam do brata, naciskając dzwonek do drzwi i momentalnie chowając się przed właścicielką domu. Już po kilkunastu sekundach drzwi otworzyła Michelle.


*Michelle*

Moim oczom ukazał się wielki bukiet stokrotek w miejscu twarzy małego chłopca. Zachichotałam, a zza kwiatków wyłoniła się buzia Charles'a. Uśmiechał się od ucha do ucha ukazując wszystkie swoje ząbki.
J: Mój mały mąż!- krzyknęłam roześmiana i wzięłam malucha na ręce. Kiedy mocno go przytulałam zobaczyłam wyłaniających się zza samochodu Annę i Josha.
J: Niespodzianka!- krzyknęli jednocześnie, a ja uśmiechnęłam się jeszcze szerzej. Kiwnięciem głowy pokazałam im, żeby weszli do środka. Weszliśmy do salonu, gdzie siedział Martin. Kiedy zobaczył kogo trzymam od razu do nas podbiegł.
Ma: Kogo ja widzę! Mój najukochańszy szwagier! Choć do mnie.- co jak co, ale widać po nim, że kocha dzieci. Brat wziął malca na ręce, a Charles podał mi kwiatki.
Chrl: To dla ciebie, Michi.- wyszczerzył się słodko.
J: Dziękuję kochanie. Od razu wstawię do wazonu.- pocałowałam chłopca w czoło i ruszyłam do kuchni. Josh poszedł ze mną. Kiedy szukałam wazonu, kątem oka widziałam, że coś jest nie tak. Nalałam wody do kubka i wsadziłam w niego kwiatki.
J: Jo, skarbie, co się dzieje?
Jo: Lucy jest w szpitalu...- spuścił głowę, a mnie się zrobiło słabo.
J: C-co?
Jo: Od trzech dni miała wysoką gorączkę, podejrzewają różyczkę... Całą noc siedziałem przy niej w szpitalu, bo mama miała nocną zmianę... Teraz siedzi tam z Brett'em... Martwię się o nią...- po jego policzku spłynęła łza. Podeszłam do niego i mocno go przytuliłam. Samej chciało mi się płakać, ale gdybym okazała swój niepokój chłopak martwiłby się trzy razy mocniej. Wiem jakie ta choroba może mieć skutki.
J: Wszystko będzie dobrze...- powiedziałam głaszcząc go po plecach.- Jest silna. Skoro udało jej się przeżyć do tej pory, to da radę...
Jo: Michi... Pojechałabyś ze mną do niej?
J: Teraz?
Jo: Wieczorem... Będę musiał z nią zostać na noc...
J: Oczywiście, że pojadę. Traktuję ją jak rodzinę...


Jak postanowili, tak zrobili. Wieczorem, gdy Anna wróciła z Charles'em do siebie, Michelle i Josh spakowali kilka najpotrzebniejszych rzeczy i pojechali do szpitala. Na widok Lucy, podłączonej do tych wszystkich kabelków, Michi napłynęły łzy do oczu. Nie chciała dać po sobie poznać, jak bardzo jest jej żal tej małej dziewczynki. Nie chciała, żeby Josh zobaczył, jak ona się martwi. Wiedziała, że to by tylko jeszcze bardziej zaniepokoiło Josha. Podeszli oboje do dziewczynki i Michelle pogłaskała Lucy po policzku. Był gorący. Mała poruszyła się nie spokojnie, a dziewczyna cofnęła rękę.
-Czym ona zasłużyła na takie nieszczęścia?-spytał chłopak, lecz nie uzyskał odpowiedzi. 
Dwoje młodych ludzi spędziło całą noc w szpitalnej sali, czuwając nad dziewczynką. Ani jedno, ani drugie nie zmrużyło oka choćby na pięć minut. O ósmej rano miała ich zmienić mama Josha. Kiedy przyszła, bez słowa podeszła do córki i usiadła na stołeczku. Po Josha i Michelle przyjechał Martin i zabrał ich z powrotem do domu. Kiedy przyjechali od razu poszli się wykąpać i położyć spać. Ta noc była jedną z najcięższych. Następny tydzień wyglądał tak samo jak ten dzień. Michi i Jo na nocną zmianę, pani Jordan przychodziła przed swoją pracą, a Brett obejmował zmianę od południa do wieczora. Stan Lucy poprawiał się z dnia na dzień, aż w końcu można ją było wypisać ze szpitala. Mama dziewczynki musiała jednak wziąć urlop, bo mała potrzebowała stałej opieki. 
Wielkimi krokami nadchodził rok szkolny, który dla Michelle był najważniejszym rokiem nauki w całym życiu. Od tego zależało czy dostanie się do wymarzonej uczelni. Żeby dostać się do Royal Academy of Music musiała mieć świadectwo z wyróżnieniem i naprawdę wysoką średnią.
Tymczasem, krok w krok chodzili za nią fotoreporterzy. Do mediów wyciekły nawet zdjęcia ze szpitala. Tytuły artykułów brzmiały następująco:
'Czy tajemnicza dama od Styles'a ma dziecko?'
'Kim naprawdę jest Michelle Carter?' 
'Czy Michelle Carter zdradza Harry'ego Styles'a?'
'Kim jest młodzieniec, który cały czas towarzyszy pannie Carter?' 
W gazetach pełno zdjęć, pełno plotek, pełno sprzecznych ze sobą informacji. 


*Michelle*


Chwyciłam dzwoniący telefon. Miałam odruchowo odrzucić połączenie, ale zobaczyłam na wyświetlaczu 'Harry' więc odebrałam.
J: Halo?
H: Michi, musisz do mnie przyjechać.- powiedział podenerwowany a ja spanikowałam. Przecież za tydzień tak czy siak do niego przyjeżdżam na urodziny jego matki.
J: Po co? Co się stało?
H: Mój menadżer tak powiedział.- powiedział przygaszony, a ja zaczęłam się domyślać, o co chodzi.
J: Kiedy miałabym tam być i gdzie dokładnie?
H: Najlepiej jutro w moim domu.
J: Cholera... Nie da się tego przełożyć?
H: Raczej nie. Dlaczego?
J: Bo jutro miałam się opiekować Lucy. Już zapewne wiesz, że jest chora.
H: Tak, wiem. Między innymi o tym chce rozmawiać Paul.
J: Co mu nie pasuje z Lucy?
H: On ci to wytłumaczy, bo ja nie potrafię. Po prostu przyjedź. Proszę.
J: Dobrze Harry. Na jak długo mam przyjechać?
H: Nie wiem. Ale weź ze sobą jakieś ciuchy na wszelki wypadek.
J: Dobrze. Ale dłużej niż trzy dni nie mogę zostać.
H: Dobrze. Przekażę. Do zobaczenia i przepraszam za zamieszanie.
J: Nie twoja wina... Do jutra...
To była chyba nasza najtrudniejsza rozmowa jaką pamiętam. Żadna potajemna rozmowa, kiedy ukrywaliśmy się przed ciocią nie była tak ciężka. Do mojego pokoju wszedł Josh. Musiałam mieć tragiczną minę, bo kiedy na mnie spojrzał, wyglądał jakby ducha zobaczył.
Jo: Co się stało?- spytał powoli do mnie podchodząc.
J: Menadżer Harry'ego każe mi przyjechać do Hazzy.
Jo: Po co?
J: Chce ze mną porozmawiać o tym, o czym piszą w gazetach. Między innymi o Lucy.
Jo: Co im do tego?
J: Nie wiem Jo... Nie wiem...
Jo: Kiedy masz jechać?
J: Jutro mam tam być. Nie będę się mogła zająć Lucy. Dasz radę sam?
Jo: Tak...- powiedział spuszczając głowę.
J: Josh... Przepraszam...- chwyciłam go za dłonie i lekko je ścisnęłam. Oparłam swoje czoło o jego i przymknęłam oczy. Czułam się winna temu wszystkiemu. Do oczu naszły mi łzy. Miałam tego dosyć. Niech ze mną dzieje się źle, ale niech to się nie odbija na moich bliskich. To jedyne czego chcę.
J: Przepraszam...
Jo: Nie przepraszaj. To nie twoja wina.- wiedział, że będę chciała zaprzeczyć więc szubko mnie pocałował. Pstryknął mnie w nos i delikatnie się uśmiechnął. Spojrzałam na drzwi, w których stanęła Anna. Patrzyła na mnie pytająco. Bez słowa schyliłam się i spod łóżka wyciągnęłam torbę podróżną. Położyłam ją na biurku i podeszłam do szafy. Wyjęłam z niej trzy bluzki, dwie pary krótkich spodni i jedną długich, sweter, bieliznę i piżamę. Wszystko schowałam do torby i chciałam wyjść z pokoju. Zatrzymała mnie Anna.
J: Wyjeżdżam. Jadę do Harry'ego. Nie wiem ile mnie nie będzie. Pilnuj Martina. Wyjeżdżam w nocy. A teraz puść mnie, bo idę po buty.- byłam oschła, ponieważ tylko takim sposobem mogłam uniknąć zbędnych pytań.- I ja też nie wiem o co chodzi.- dziewczyna puściła moją rękę i spojrzała na Josha. Zeszłam na dół po buty. Wyjrzałam przez okienko w drzwiach wyjściowych i widok, który miałam teraz przed oczami mnie nie zdziwił. Paparazzi czekający na to, aż ktoś pojawi się w oknie lub wyjdzie z domu. Gdyby nie ci ludzie poszłabym na spacer. Zamiast tego zgarnęłam kilka par butów i wróciłam do pokoju. Już na korytarzu słyszałam wzburzone głosy moich przyjaciół. Przystanęłam przed drzwiami i próbowałam zrozumieć o co im chodzi.
A: Nie możesz jej tak puścić!
Jo: Mam jakieś inne wyjście?! Anna do jasnej cholery!
A: Czyli co? Jakby powiedziała, że jedzie i nigdy nie wróci też byś ją tak puścił?! Co z ciebie za chłopak?!
Jo: Tak! Puścił bym ją! Żebyś wiedziała, że bym ją puścił! Jeśli miała by się tu ze mną męczyć, to wolałbym jej już nigdy nie zobaczyć i mieć pewność, że będzie szczęśliwa!
A: Ty jesteś jakiś chory psychicznie!
Jo: Może i jestem chory! Ale zrobiłbym to z miłości! Trzymałabyś przy sobie Martina wiedząc, że nie jest szczęśliwy?! Jeśli tak to jesteś strasznie samolubna!
A: Jak możesz?! Ty gnoju!
J: Przestańcie do jasnej cholery!- wydarłam się wchodząc do pokoju. Oboje spojrzeli na mnie wystraszeni i wściekli jednocześnie. Podeszłam do torby, włożyłam do niej buty i zapinając ostatni suwak ruszyłam do wyjścia. Nie wiedzieli co zrobić. Ja już wiedziałam. Weszłam na chwilę do kuchni i z blatu zgarnęłam pieniądze, dokumenty oraz kluczyki do auta. Przechodząc przez przedpokój założyłam okulary przeciwsłoneczne, które leżały na szafce i wyszłam. Po prostu wyszłam. Skierowałam się do garażu, który otworzyłam za pomocą kluczyka i wsiadając do auta, zaczęła otwierać się brama. Kiedy wyjechałam z garażu, drzwi od niego automatycznie się zamknęły. Już w trakcie przejeżdżania przez bramę zaczęłam ją zamykać. Paparazzi robili mi zdjęcia, a ja ze spokojem opuściłam moją posiadłość. Kiedy stałam na czerwonym świetle wyjęłam telefon z kieszeni, wybrałam numer Louisa i uruchomiłam głośnik. Już po drugim sygnale usłyszałam głos przyjaciela.
Lou: Michi. Stało się coś?
J: Mogę u ciebie dzisiaj przenocować?
Lou: Co?
J: Dobra, zadzwonię do kogoś innego.
Lou: Nie! Czekaj. Jasne, że możesz. Zaskoczyłaś mnie po prostu. O której będziesz?
J: Za 3-4 godziny. Dopiero wyjechałam z domu.
Lou: Co się stało?
J: Opowiem ci jak przyjadę, okej?
Lou: Okej...
J: Prześlij mi swój dokładny adres.
Lou: Zaraz ci prześlę.
J: Dzięki. Do zobaczenia.
Lou: Michi. Jedź ostrożnie, proszę.
J: Jak zawsze Lou. Pa.
Rozłączyłam się i zatrzymałam się na kolejnym czerwonym świetle. Byłam teraz przy parku. Zobaczyłam Louise. Płakała. Otworzyłam okno od strony pasażera i spojrzałam na nią niepewnie.
J: Lou! Wsiadaj!
Lo: Michi? Zabierz mnie stąd.- powiedziała błagalnie wsiadając do auta.
J: Cztery godziny drogi mogą być?
Lo: C-co?
J: Chyba, że wolisz wrócić do domu, z którego przed chwilą uciekłaś?
Lo: Skąd wiesz, że uciekłam?
J: Ja nie chodzę na spacery cała zapłakana z wielką torbą podróżną. Co się stało?
Lo: Ja... Ja już po prostu nie dają rady.- dziewczyna rozpłakała się na dobre, a ja nie wiedziałam o co chodzi.

*Louise*

Michelle spadła mi z nieba. Nie wiem gdzie bym się podziała gdyby nie ona. Uciekłam. Dlaczego? Bo już nie wytrzymywałam tego co się dzieje w domu.
Mi: Mów... Ulży ci, a ja będę wiedziała jak pomóc.- powiedziała dosyć oschle. Jak nie ona. No pięknie. Nie dość, że mnie ratuje, to ma jeszcze swoje problemy na głowie.
J: Gdzie jedziemy?
Mi: Nie zmieniaj tematu.- uparta jak zawsze.
J: Moi... Moi rodzice... Oni znowu się pokłócili... Nathan z naszym kuzynem musieli ich rozdzielać... Rozumiesz to? Szarpali się...
Mi: Dlaczego?
J: Przeze mnie..
Mi: Czemu tak uważasz?
J: Bo tak jest Michi. Znowu poszło o to, co chcę robić w życiu. Mama popiera mnie, ale ojciec chce, żebym kontynuowała rodzinną tradycję i została prawnikiem tak jak on. Ale mnie to do jasnej cholery nie kręci. Chcę zostać stylistką albo makijażystką. Mama nawet znalazła dla mnie świetną szkołę w Nowym Jorku. Tata oczywiście, się nie zgadza. Dlaczego on nie rozumie, że ja nie chcę zostać tym pieprzonym prawnikiem?! Ani ja ani Nathan nie chcemy się tym zajmować. Jego kręcą przedmioty ścisłe, które nijak się mają do prawa! Jeszcze do tego wszystkiego ojciec co raz częściej pije. Przychodzi z pracy i czuć od niego alkohol, a czasami nawet damskie perfumy. Mama się boi, że on ją zdradza. Dzisiaj już w mamie coś pękło i powiedziała ojcu, co o nim myśli. Ten się wkurzył i zaczął szaleć. Mama strzeliła mu w twarz, a ten drań skoczył do niej z łapami. Całe szczęście, że kuzyn trenuje sztuki walki, bo ja z Nathanem nie dali byśmy rady ich rozdzielić... Może i okazałam teraz słabość, ale ja już naprawdę nie dałabym rady mieszkać w tym domu.- w tym momencie dostałam wiadomość od Nathana.
J: Nate i mama zabrali rzeczy i pojechali do ciotki.
Mi: Przepraszam, ale jeśli oczekujesz, że powiem, że będzie dobrze to tego nie powiem. Nie jestem odpowiednią osobą.
J: Nie musisz mnie za to przepraszać. Widzę, że ciebie też coś męczy.
Mi: Jedziemy teraz do mojego przyjaciela. Nie będziemy jechać autostradą więc trochę nam ta podróż zajmie. U niego zostaję na noc, a później muszę się spotkać z jego menadżerem i Harrym.
J: Ze Styles'em?
Mi: Tak. Będziesz miała okazję poznać moją kuzynkę. Jego siostrę. Jest sympatyczna. Poznamy też rodziny chłopaków. Poznam ich o ile będę miała na to czas. Ale nie martw się. Ja się zajmę sobą, a tobą się zaopiekują.- uśmiechnęła się delikatnie spoglądając na mnie przez moment.

***
Resztę drogi dziewczyny spędziły w milczeniu. Każda myślała o swoich problemach i potrzebowały spokoju. W między czasie Michelle zatrzymała się na stacji benzynowej i poinformowała Louisa, że jedzie z koleżanką i żeby nie mówił nikomu, że u niego będą. Chłopak był zdziwiony, ale się zgodził. Po godzinie, Michelle podjechała pod dom Louisa. Było już ciemno i w okół nikt się nie kręcił. Takie warunki im bardzo sprzyjały.
***


*Michelle*

W całym domu świeciło się światło tylko w jednym pomieszczeniu. To na bank była kuchnia. Zachowywałyśmy się naprawdę cicho i Louis nawet nie zauważył, że przyjechałyśmy. Zapukałam do drzwi i już po chwili otworzył nam mój przyjaciel. Miał na sobie tylko szorty, co nieco speszyło moją koleżankę.
Lou: Hej Michi- mocno mnie przytulił i ucałował w policzek.
J: Hej Lou.- weszłam do środka i rzuciłam torbę na ziemię.
Lou: Hej...- spojrzał pytająco na moją towarzyszkę.
Lo: Lou.
Lou: Masz na imię Louise?
Lo: Tak.
Lou: W takim razie. Hej Lou.- przytulili się z bananami na mordkach.
Lo: Hej Lou.- oboje się zaśmiali i ruszyli moim śladem. Ja już siedziałam na kuchennym stołku i czekałam aż woda się zagotuje.
Lou: Okej. A teraz panie mi wyjaśnią, co się stało, że nagle mnie odwiedziły.
J: Życie kochanie, życie...- westchnęłam ciężko i oparłam głowę o dłonie.
Lou: To znaczy? Louise, może z tobą będzie łatwiej?
Lo: Uciekłam z domu, przez ciągłe kłótnie rodziców i Michelle akurat przejeżdżała. W taki oto sposób się tu znalazłam.
Lou: Jej... Przykro mi... A co z tą panią?
Lo: Nie chciała powiedzieć.
Lou: Michi, co się stało? Wiem, że miałaś przyjechać dopiero jutro.- milczałam. walczyłam sama ze sobą. Nie wiedziałam jak mam im to wytłumaczyć.
Lou: Michelle?- oho, zaraz się zacznie. Pełne imię zawsze zaczyna przesłuchanie.
J: W pewien sposób też uciekłam.
Lou: Co?!
J: Ej! Nie krzycz okej?!- spojrzałam na niego wściekła za to, że wrzasnął.
Lou: Przepraszam... A-ale... Co się do jasnej cholery stało?
J: Siedziałam w pokoju i zadzwonił Hazz. Kiedy skończyłam z nim gadać przyszedł Josh. Powiedziałam mu, że muszę do was przyjechać. Później przyszła Anna. Ja się pakowałam i w pokoju panowała cisza. Kiedy chciałam iść po buty, Ann chciała mnie zatrzymać i musiałam być dla niej oschła. Sami wiecie, jaka potrafi być dociekliwa jak się jej uprzejmie odpowiada na pytania. Mniejsza z tym. Poszłam po buty i kiedy wróciłam zastałam ich kłócących się ze sobą. Poszło im o mnie. Anna miała pretensje do Josh'a, że pozwala mi jechać. Nie wiem co im strzeliło do głowy. W każdym razie. Nie miałam ochoty dalej tam przebywać. wsiadłam w samochód, zgarnęłam przy okazji Louise i jesteśmy.
Lo: Nie poznaję Anny ostatnio. Josh chodzi przybity, ale to zrozumiałe ze względu na Lucy. Ale Anna? Coś z nią nie tak. Zmieniła się.
J: Czyli nie tylko ja to zauważyłam?
Lo: Proszę cię. Tego nie da się nie zauważyć. Żebyś widziała, jak ostatnio się do nas odnosiła na treningu. Myślałam, że się pobije z Joshem. Skakali sobie do gardeł. Ann co chwilę na niego naskakiwała i miała do niego pretensje, że się nie stara. Nie wiem, o co jej chodzi.- dziewczyna pokręciła głową i spojrzała na kubek z herbatą, który postawił przed nią Lou.
Lou: Może powinnaś z nią pogadać? Macie chyba ze sobą dobry kontakt?
J: Nie mam do niej siły. Ja jej po prostu nie poznaję. Od kiedy zaczęły się mną interesować te zasrane media stała się nie do zniesienia. To już nie ta zwariowana przyjaciółka, która zawsze mnie wspierała. To już nie ta sama Anna. To nie jest moja przyjaciółka.
Lou: Dobra. Koniec tematu, bo widzę, że zasypiacie na siedząco. Na górze macie naszykowane pokoje. Zaraz was zaprowadzę tylko dopijcie herbaty.

Jak kazał tak zrobiłyśmy i chłopak pokazał nam pokoje.
Lou: Mój pokój jest na końcu korytarza. Przy pokojach macie łazienki, więc nie musimy ustawiać się w kolejce. Miłej nocy drogie panie.- puścił do nas oczko i udał się do swojego pokoju.
Uśmiechnęłyśmy się lekko do siebie i weszłyśmy do swoich tymczasowych pokoi. Wzięłam szybki prysznic i równie szybko ubrałam piżamę. Położyłam się na łóżku i wzięłam telefon do ręki. Po rozmowie z Lou na stacji wyłączyłam telefon, bo cały czas ktoś do mnie dzwonił. Teraz kiedy go uruchomiłam dostałam powiadomienia o 100 nieodebranych połączeniach i 60 wiadomościach. Czytałam kolejno wiadomości i ich treść właściwie cały czas się powtarzała. Pisali głównie Martin i Anna. Pytali gdzie jestem i co się stało, że tak nagle wyjechałam. Błagali też, żebym od nich odebrała. Kilka wiadomości było od Josha. W ostateczności przeprosiła mnie za kłótnię z Anną i poprosił żebym do niego zadzwoniła jak już dojadę na miejsce. Domyślił się, że pojechałam do Louisa. Nie wiem jak do tego doszedł, ale widocznie go nie doceniam. Wybrałam jego numer i już po pierwszym sygnale usłyszałam jego głos.
Jo: Hej kochanie.
J: Hej Jo.
Jo: Co u Louisa?
J: Dobrze. A przynajmniej nie narzekał.
Jo: Jak się czujesz?
J: Jestem trochę zmęczona, ale poza tym jest w porządku.
Jo: Przepraszam cię za tą kłótnię z Ann.
J: Josh... To nie twoja wina. To Anna powinna przeprosić.
Jo: Nie wiem co ją poniosło. Ostatnio cały czas ma do mnie jakieś pretensje.
J: O co?
Jo: O ciebie. Wrzeszczy na mnie, że spędzamy ze sobą za dużo czasu. Ma wyrzuty o to, że niby cię wykorzystuję do opieki nad Lucy. Po tym jak wyjechałaś zaczęła mi wmawiać, że pewnie masz już mnie dosyć i dlatego uciekłaś. Michi... Ja już nie wiem co mam z nią zrobić.
J: Ja też nie wiem, ale razem to jakoś przetrwamy. Jak wrócę, to będziemy musieli z nią pogadać. I jeszcze jedno Jo.
Jo: Co kochanie?
J: Nie mów, nikomu gdzie jestem.
Jo: Dobrze skarbie. Kładź się już spać, bo na pewno jesteś zmęczona. Do usłyszenia Michi.
J: Dobrej nocy Josh.- rozłączyłam się i położyłam telefon na szafkę nocną. Po mimo tego, że byłam zmęczona i chciało mi się spać nie mogłam zasnąć. Męczyłam się jeszcze dobrą godzinę, szukając wygodnej pozycji ale nic nie pomagało. W końcu nie wytrzymałam i wstałam z łóżka. Otworzyłam okno i głęboko zaczerpnęłam powietrza. Chłodny podmuch wiatru przyprawił mnie o gęsią skórkę i dreszcze na całym ciele. Miałam teraz wielką ochotę się do kogoś przytulić. Zamknęłam okno i spojrzałam na zegarek. Była druga w nocy. Wyszłam cicho z pokoju i przeszłam korytarzem do sypialni Louisa. Chłopak spał, ale i tak położyłam się obok niego i przykryłam się kołdrą.
Lou: Michi?- spytał zaspany.
J: Mhm. Nie mogę zasnąć.
Lou: Chodź tu do mnie skarbie.- powiedział mocno mnie do siebie przytulając. Taki mały gest, a bardzo pomógł. Nie wiem ile tak leżałam, ale nie mogło to trwać długo. Szybko odpłynęłam do krainy Morfeusza.


_________________________________________________________
Po długiej nieobecności, wracam z rozdziałem. Długo go pisałam i nie bardzo mi się podoba, no ale nic. Od razu zabieram się za pisanie następnego i mam nadzieję, że będzie lepszy od tego.

Pozdrawiam
Ola :)

03 maja 2013

Rozdział 13- Dlaczego to zrobiła? Pokłócili się...

(klik)

Minął tydzień od nieszczęsnego koncertu Eda. Harry zdecydował się na powrót do Holmes Chapel. Nie mógł wytrzymać w momentach, w których Michelle budziła się z krzykiem. Obwiniał się za całe zdarzenie. Prasa nie dawała spokoju jemu i Michi. Już następnego dnia, tak jak się spodziewali, w gazetach widniały nagłówki takie jak: 'Kim są nieznajome, które towarzyszyły chłopcom z One Direction na koncercie Eda Sheerana?', 'Kim jest nowa dziewczyna Harry'ego Stylesa?', 'Czy Louis Tomlinson zdradza Eleanor Calder?', a nawet 'Harry Styles i Louis Tomlinson bohaterami- uratowali dziewczynę od gwałtu!'. W tym ostatnim zamieszczono urywki zeznań Michelle. Wszyscy wiedzieli, że gdyby jednak oskarżyli prasę i policję o ujawnienie tajnych zeznań, prasa zaraz poznałaby nazwisko Michi. 
Harry i Louis wyjeżdżają jutro rano. Michelle nie przespała ani jednej nocy, ponieważ w kółko męczył ją jeden i ten sam sen. Kiedy dzisiaj nie mogła zasnąć przyszedł do niej Louis. Obudziły go jej krzyki. Pobiegł do jej pokoju i szybko ją przytulił. Głaskał ją po głowie i plecach delikatnie się kołysząc. W pewnym momencie przyszedł mu do głowy pomysł. Jego zawsze uspokajała muzyka. A w szczególności jedna piosenka. Wiedział, że Michelle również ma do niej sentymentalne podejście. Szatyn wziął dziewczynę na ręce i zaniósł ją na najwyższe piętro domu i weszli do studia nagraniowego. Chłopak nie chciał puszczać dziewczyny, więc siadając przy pianinie Michelle oplotła go nogami w pasie, a ręce położyła na jego torsie. Twarz wtuliła w jego obojczyk. Louis wtulił na chwilę twarz w jej włosy i już po chwili zaczął grać.
(klik- nie wyłączaj poprzedniego i niech ten leci przez cały czas)


*Michelle*


Obudziłam się w czyjś ramionach. Były silne więc myślałam, że to Josh, ale on zdecydowanie tak nie pachnie. Poza tym, pojechał do swojego domu na prośbę matki. Martin? On pochrapuje. Osoba, która leżała obok na pewno nie była Harrym, bo nie miał loków. Przejechałam delikatnie po policzku chłopaka i rozpoznałam Louisa po jego lekkim zaroście. Było ciemno i nadal panowała burza. Zawsze się jej bałam. Wtuliłam się mocniej w Lou i schowałam twarz między jego szyję i materac.
Lou: Nie bój się... Jestem tutaj...- powiedział i pogłaskał mnie po głowie.
J: Zawsze się bałam burzy... Kiedy byłam mała, tata do mnie przychodził...
Lou: Michi... Przepraszam, że pytam, ale co się stało z twoimi rodzicami? Hazz nigdy nie chciał mi powiedzieć. Oczywiście, jeśli nie chcesz, nie musisz odpowiadać...
J: Rok temu, moja matka zabiła tatę... Trafiła do więzienia do końca życia, a tata wylądował w trumnie...
Lou: Dlaczego to zrobiła?
J: Pokłócili się...
Lou: O co?
J: Matka zaczęła robić ojcu wyrzuty, że za rzadko bywa w domu i powiedziała, że jest złym ojcem...
Lou: Miała rację?
J: Nie... To jej nigdy nie było w domu. Po mimo tego, że mamy studio w domu ona zawsze wykręcała się, że musi jechać tam, gdzie każe jej manager. W rzeczywistości nie jeździła nagrywać, tylko umawiała się z kochankiem. Niejednokrotnie odbierałam telefon on Marca, który pytał czy mama jest w domu, w czasie, w którym 'nagrywała kolejną piosenkę'. Raz posunęła się do usunięcia ciąży. Oczywiście dziecko nie było taty tylko jakiegoś typa, na którego kiedyś wpadłam idąc do domu.
Lou: Ja... Ja nie wiem co mam powiedzieć...
J: Nic nie mów...-podniosłam się na łokciu i wstałam z łóżka.
Lou: Mich. Przepraszam. Nie chciałem. Zostań. Ja pójdę. To twój pokój.
J: Lou. Spokojnie. Idę sobie zrobić herbatę. To mi pomaga zasnąć...- chłopak od razu wstał z łóżka i razem ze mną ruszył do kuchni.
J: Chcesz też?
Lou: A masz zieloną?
J: Lubisz?
Lou: To moja ulubiona.
J: Moja też- uśmiechnęliśmy się do siebie i wstawiłam wodę.-Mogę ci zadać pytanie?
Lou: Śmiało.
J: Dlaczego Eleanor nie przyjechała na urodziny Josha?
Lou: Bo nie chce przywiązywać się do kolejnej osoby, której później więcej nie zobaczy.
J: To znaczy?
Lou: El i ja nie jesteśmy prawdziwą parą...
J: Jak to?
Lou: Modest to wymyśliło To przez to, że  nasi fani myślą, że ja i Hazz jesteśmy parą.
J: A to prawda?
Lou: Nie. Mnie i Loczka łączy jedynie silna przyjaźń. Niestety gesty, które wykonujemy wobec siebie naprawdę potrafią zmylić.
J: A Danielle i Liam? To też para na pokaz?
Lou: Tak... Niestety... Ale myślę, że Liam pokocha Dan. Ładnie razem wyglądają.
J: To znacz, że Dan coś czuje do Li?
Lou: Wydaje mi się, że tak. Po mimo tego, że nie są prawdziwą parą bardzo dobrze się znają. Liam podczas tras tęskni za nią i często ze sobą piszą. Z resztą. Widać na kilometr jak ona na niego patrzy.
J: Z tobą i El jest podobnie?
Lou: Nie... My to zupełna odwrotność tych dwojga.
J: Co dokładnie masz na myśli?
Lou: Między Dan i Li coś jednak jest. Przyjaźń, a może nawet coś więcej. Między mną i El nie ma nic. Nie do końca wzajemnie się rozumiemy, nie ma między nami przyjaźni... Trochę mi przykro z tego powodu, bo próbowałem, starałem się z nią zaprzyjaźnić... Ale ona nie chce.
J: Pytałeś dlaczego?
Lou: Mhm...
J: I co powiedziała?
Lou: Że boi się, że się we mnie zakocha, a ja tego nie odwzajemniając zrobię z niej idiotkę.
J: No, a odwzajemnił byś?
Lou: Nie wiem, Michi. Ale myślę, że gdyby pozwoliłaby mi się lepiej poznać mogłoby z tego coś wyjść...
J: Jak długo macie być tą parą?
Lou: Do końca kontraktu, czyli jeszcze co najmniej dwa lata.
J: Porozmawiaj z nią.
Lou: Próbowałem. Zawsze mnie zbywa.
J: A powiedziałeś jej, to co mnie?
Lou: Nie...
J: To na co czekasz? Ja czekałam trzy lata i żałuję.
Lou: Mówisz o Joshu?
J: Tak. Kocham go od trzech lat, ale bałam się mu to powiedzieć... A okazało się, że Jojo kochał się we mnie od podstawówki.
Lou: Śmieszna historia.- pokiwałam głową i zalałam herbatę. Wróciliśmy do mojego pokoju i usiedliśmy na łóżku. W ciszy wpatrywaliśmy się w kołdrę i kubki.
J: Tęsknisz za nią?
Lou: Trochę...
J: Powinieneś z nią porozmawiać o tym co czujesz...- powiedziałam i złapałam go za dłoń.
Lou: Nawet nie wiesz, jakie to straszne uczucie, kiedy całujesz kogoś kogo kochasz i wiesz, że ta osoba nie odwzajemnia twoich uczuć...- zaczął bawić się moją dłonią.
J: Uwierz mi... Doskonale wiem co czujesz...
Lou: Mogę coś zrobić?- spytał po długiej chwili milczenia. spojrzałam na niego pytająco, a on cały się zarumienił.
J: Lou, o co chodzi?
Lou: Nie będziesz na mnie zła jeśli coś zrobię?
J: Traktuję cię jak brata więc raczej nie... A o co chodzi?
Szatyn nie odpowiedział tylko wziął nasze kubki, odstawił je na stolik nocny i usiadł z powrotem. Spojrzał mi prosto w oczy i w jego tęczówkach zauważyłam odrobinę strachu.
Lou: Tylko błagam, nie bij.- Po tych słowach szybko się do mnie zbliżył i mnie pocałował. Byłam w kompletnym szoku i nie oddałam kilku pierwszych pocałunków. Jednak po pewnym czasie zrozumiałam, że on za czymś takim tęskni, a pomóc mu mogłam jedynie w jeden sposób. Odwzajemniłam pocałunek i Louis zbliżył się do mnie jeszcze bardziej. Położyłam mu ręce na klatce piersiowej aby w razie czego go odsunąć. Chłopak przełożył sobie moje ręce za szyję i mocno mnie przytulił. Kiedy brakło nam powietrza odsunęliśmy się od siebie i spojrzeliśmy sobie w oczy. Nie czekając ani chwili dłużej mocno go przytuliłam. W pewnym momencie poczułam jak moja szyja robi się mokra.  Delikatnie odsunęłam od siebie chłopaka i spojrzałam na niego niepewnie.
Lou: Ja ją kocham Michelle...- powiedział, a po jego policzkach popłynęły strumienie łez. Starłam je szybko kciukami i znowu mocno go przytuliłam. Kiedy trochę się już uspokoił podałam mu kubek z herbatą, która była teraz w sam raz do picia.
J: Zawsze gadam przez sen jeśli nie wypiję herbaty... To dziwne...
Lou: Mam tak samo- spojrzeliśmy po sobie i zaczęliśmy się śmiać. Szybko wypiliśmy herbatę i położyłam się na łóżku. W pewnym momencie Louis wstał i zaczął kierować się do drzwi.
J: Lou...- chłopak się odwrócił i spojrzał na mnie.- Zostań... Nie chcę spać sama... Proszę...

*Louis*

Bez wahania położyłem się obok Michi. Byłem jej wdzięczny za to, że zrozumiała i za to, że nie jest zła. Jest dla mnie jak siostra po mimo tego, że nie zbyt długo się znamy. Dziewczyna wtuliła się we mnie mocno i pocałowała mnie w policzek.
Mi: Dobranoc Lou...- szepnęła.
J: Dobranoc Mich...- cmoknąłem ją w czoło i mocno przytuliłem do siebie. wsłuchując się w dźwięki burzy i deszczu szybko usnęliśmy.

(wyłącz pierwszy i drugi link)

(klik)
*Harry* 

Jest godzina 6.20 i trzeba już wstać. Skierowałem się do łazienki, szybko wykonałem poranną toaletę i spojrzałem w lustro. 'To twoja wina... Mogłeś jej tam nie zabierać... Jesteś idiotą Harry!' krzyczałem na siebie w myślach. Do moich oczu napłynęły łzy, które zaraz spłynęły po moich policzkach. Stałem oparty o umywalkę będąc ubrany jedynie w bokserki kiedy usłyszałem pukanie do drzwi.
J: Proszę...- spojrzałem w kierunku drzwi i zobaczyłem zaspaną, potarganą Michi.
Mi: Harreh...- podeszła do mnie i mocno mnie przytuliła.
J: Michi... Przepraszam... Mogłem cię tam nie zabierać... To moja wina... Przepraszam...-szlochałem jak małe dziecko wtulając się w najważniejszą kobietę mojego życia.
Mi: Przestań... To nie jest twoja wina... Poza tym... Nic mi nie jest...
J: Ale mogło ci być... Ja nigdy sobie tego nie wybaczę... Chociaż ty mi wybacz...
Mi: Już dawno ci to wybaczyłam...- poczułem na ramieniu pojedyncze łzy, które nie należały do mnie.
J: Błagam... Nie płacz przeze mnie...
Mi: To zostań tu ze mną...- poczułem jak dziewczyna zaciska pięści na moich plecach.
J: Nie mogę... Nie mogę Michelle... Przepraszam...
Mi: Przestań mnie do cholery przepraszać!- byłem tak zdziwiony jej nagłą reakcją, że aż podskoczyłem. Dziewczyna się ode mnie odsunęła i spojrzała na mnie wściekła.
Mi: Stało się! Nikt tego nie zmieni! Myślisz, że to było dla mnie łatwe?! Już drugi raz przez to przechodziłam!  Myślisz, że tylko ty się za to obwiniasz?! Mam cię dosyć! Użalasz się nad sobą i się za to wszystko obwiniasz! Myślisz, że ja nie czuję się winna?! Nie pamiętasz już przez co tyle utyłam w wieku trzynastu lat?! Nie pamiętasz jak się wtedy za to obwiniałam?! Nie pamiętasz jak się wtedy czułam?! Nie pamiętasz jak wtedy potrzebowałam przyjaciela?! Byłeś jedynym facetem, którego do siebie dopuszczałam! Nawet Martin i tata nie mogli do mnie podejść! A teraz?! Wszystko psujesz! Psujesz naszą przyjaźń Harry! Mam cię dosyć! Nienawidzę cię! Rozumiesz?! Nienawidzę cię! Strasznie się zmieniłeś! Może nie powinnam tego mówić, ale stałeś się egoistyczny! Ta cała sława cię zepsuła! Może jeszcze teraz ty się ode mnie odwrócisz i będziesz udawał, że wcale nie jesteśmy rodziną jak twoja matka, co?! Potrzebowałam cię cztery lata temu... Byłeś przy mnie... Potrzebowałam cię rok temu... Nie mogłeś przy mnie być... Zrozumiałam to, bo wiedziałam w jakiej jesteś sytuacji... Teraz też cię potrzebuję... Ale nie potrzebuję żadnych jebanych przeprosin z twojej strony! Ja po prostu potrzebuję starego ciebie! Harrego, który bez słowa przyszedł i przytulił... Harrego, który jako jedyny nie próbował mnie rozśmieszać dennymi dowcipami, bo wiedział, że i tak nie pomogą... A teraz chcesz mnie zostawić... Nienawidzę cię...- po jej policzkach spływało coraz więcej łez. Sam byłem już cały mokry od płaczu. Dziewczyna spojrzała na mnie wściekła i mijając Louisa i Martina pobiegła do siebie. Chłopcy spojrzeli na mnie zszokowani. Louis od razu pobiegł za Michi. Kucnąłem chowając twarz w dłoniach i już po chwili siedziałem na podłodze oparty o ścianę. Martin podszedł do mnie i chciał mnie przytulić ale odtrąciłem jego ręce.
Ma: Stary... Nie przejmuj się... Przejdzie jej...- położył mi rękę na ramieniu, a ja się w niego wtuliłem.
J: Nigdy na mnie nie krzyczała... Jeśli ona mi teraz nie wybaczy to się zabiję...
Ma: Harry nie mów tak, błagam cię... Wiesz przecież, że Michi nie umie się na ciebie gniewać...
J: Nie widziałeś nienawiści w jej oczach... Już mi nie wybaczy...

*Louis*

Pobiegłem za Michelle i cudem uniknąłem zderzenia z zatrzaskującymi się drzwiami. Zapukałem ale Michi mi nie otworzyła.
J: Michi... Wpuść mnie... Proszę... Porozmawiaj ze mną... Michelle...
Mi: Zostaw mnie...- powiedziała krztusząc się łzami.
J: Michi proszę...- oparłem czoło o drzwi i czekałem co zrobi. Po kilku sekundach usłyszałem jak dziewczyna wstaje i otwiera drzwi. Kiedy mnie wpuściła od razu usiadła na łóżku. Usiadłem obok niej i chwyciłem ją za podbródek. Zmusiłem ją tym samym, aby na mnie spojrzała. Widziałem smutek w jej oczach.
J: Michelle... On nie chciał... Założę się, że siedzi teraz i beczy jak mała dziewczynka... Nawet nie masz pojęcia jak on za tobą tęsknił... Wielokrotnie płakał mi w rękaw. Nawet na koncertach płakał... Pogódźcie się, bo ani jedno, ani drugie nie będzie dobrze funkcjonować... Proszę... Jemu też jest trudno...- teraz uświadomiłem sobie, co jest jej teraz potrzebne. Przytuliłem ja mocno do siebie i głaszcząc ją po głowie i plecach nuciłem naszą piosenkę... Dziewczyna z chwili na chwilę robiła się spokojniejsza.
Mi: Lou... Idź się już szykować... chcę zostać sama- powiedziała po kilku minutach ciszy, delikatnie się ode mnie odsuwając.
J: Na pewno?
Mi: O której wyjeżdżacie?
J: O 7.30
Mi: Przyjdę się pożegnać, a teraz zmykaj do łazienki i się szykuj. Zrobić wam kanapki?
J: Byłbym wdzięczny.
Mi: No to zmykaj.- lekko się do mnie uśmiechnęła i gestem ręki wygoniła mnie z pokoju.
Po drodze do łazienki wpadłem na Harrego. Spojrzałem na niego czule i rozchyliłem ramiona. Nie minęła sekunda, a chłopak już się we mnie wtulał.
H: Nie chcę jej stracić...- powiedział pociągając nosem, a ja poczułem jak moja koszulka robi się mokra.
J: Nie stracisz jej. Po prostu daj jej chwilę do namysłu...- lokers pokiwał głową i odsunął się ode mnie.
H: Dziękuję, że tu ze mną przyjechałeś.
J: Postąpił byś tak samo. Tak własnie robią przyjaciele.- jeszcze raz mocno się przytuliliśmy i ruszyliśmy każdy w swoją stronę.

*Harry*

Kiedy wszedłem do swojego pokoju miąłem ochotę walnąć się na łóżko i płakać. musiałem jednak zacząć się pakować. Podszedłem do okna chcąc sprawdzić jaka jest pogoda.  Był wyjątkowo słonecznie jak na tą porę dnia. To pewnie dlatego przed bramą już stało mnóstwo fotoreporterów.  Mam nadzieję, że gdy już stąd wyjedziemy dadzą oni spokój Michi.
Ma: Można?- spytał stając w progu. Skinąłem tylko głową i zacząłem układać ubrania w walizce.
Ma: Przejdzie jej. Obiecuję. Robi wam kanapki na drogę.
J:Martin... Jeśli ona mi nie wybaczy, naprawdę nie wiem co zrobię...
Ma: Wybaczy. znam ją. Zacznij się lepiej przejmować tym jak stąd wyjedziecie nie rozjeżdżając nikogo.- oboje się krótko zaśmialiśmy i głęboko westchnęliśmy.
J: Dzięki stary... Nie wiem jak wam się za to odwdzięczę.
Ma: Daj spokój. .. Odwiedzajcie nas częściej, to Michi nie będzie mi już truła o kasetach z czasów naszego beztroskiego dzieciństwa.
H: Na pewno będziemy wpadać. Chłopcy was bardzo polubili.
Ma: Miło mi... Pomóc ci w czymś?
J: Możesz podawać mi ubrania z szafy.

*Michelle*

Za piętnaście minut wyjeżdżają... Nie chcę się z nimi żegnać... Będzie mi ich strasznie brakować. Słyszę jak znoszą walizki do samochodu. Nawet nie wiem, kiedy ich znowu zobaczę Nadal ubrana w piżamę wzięłam torbę z kanapkami i zeszłam na dół. Wyszłam przed dom i zobaczyłam żegnających się chłopców.  Podeszłam do nich i spojrzałam na nich ledwo powstrzymując łzy. Martin wziął ode mnie torbę z i wrzucił ją do samochodu.  spojrzałam na Lou i rzuciłam mu się na szyję. Chłopak delikatnie mnie uniósł i okręcił się wokół  własnej osi.
J: Obiecaj, że będziesz pisał i dzwonił.- szepnęłam mu do ucha.
Lou: Obiecuję... Będę tęsknił. ..
J: Ja bardziej...- pocałowałam go w policzek i jeszcze raz przytuliłam. Kiedy odsunęłam się od szatyna spojrzałam na Loczka. W oczach miał łzy.
J: Harry...- podeszłam do niego i mocno go przytuliłam.
-Przepraszam...- szepnęliśmy oboje. Wplotłam palce w jego włosy i mocniej go przycisnęłam do siebie.
J: Będę tęsknić...
H: Nie tak bardzo jak ja...
J: Obiecaj, że wrócisz...
H: Obiecuję...
Po tych słowach chłopak potargał mi włosy i wsiadł do auta. Lou odpalił silni i pomachał mi ręką. Martin stanął przy mnie i uruchamiając bramę objął mnie w tali. Dziwiło mnie ilu ludzi zebrało się tu tylko po to, żeby zrobić im zdjęcia. Po moim policzku spłynęła łza, a auto zniknęło za zakrętem. To nasza kolejna rozłąka... Oby nie trwała tak długo, jak poprzednia...

__________________________________________________________
I jest kolejny, trzynasty już rozdział. Czekam na więcej niż jedną opinię.
Dziękuję bardzo @Twinkleineye za komentarze, które pozostawiasz pod każdym rozdziałem : ) Dużo to dla mnie znaczy i daje motywację do pisania dalszych losów bohaterów. W ramach podziękowań pragnę polecić Jej blogi, które są więcej niż świetne:
1. Because You Stole My Heart
2. Troublemaker
3. Zagubione życie
4. Nathan Knight Story
5. Another world

Pozdrawiam
Ola :)

28 kwietnia 2013

Rozdział 12- Nie powinieneś być w Holmes Chapel z Harrym?

Czytasz? Skomentuj. Może wywołasz uśmiech na mojej twarzy ;)

*Harry*

Minęły już dwa tygodnie od naszego pobytu u Michi i Martina. Cieszyłem się, że kuzynka zaprosiła moich przyjaciół na imprezę urodzinową Josha. Tak się cieszę, że się w końcu poznali. Nialler bardzo zżył się z Michelle. W ramach podziękowań mamy dla kuzynostwa małą niespodziankę. Kiedy wszyscy siedzieli wieczorem w salonie, a mówiąc wszyscy mam na myśli Michi, Martina, Annę, Josha i Louisa, zawitałem do nich z czterema kopertami.
J: Hejka, słuchajcie, mam dla was informację. W ramach podziękowań za pomoc, zaproszenie na urodziny i przenocowanie nas przez dosyć długi okres, i w ramach przeprosin za kłopoty jakie będziecie przeze mnie mieć mam coś dla was. W zasadzie to całym zespołem mamy. Proszę.- powiedziałem i przekazałem wszystkim koperty.


*Anna*

Nie miałam zielonego pojęcia czym zasłużyłam na podziękowania Harrego, ale to miłe z jego strony. Spojrzałam jeszcze raz na Loczka lekko się wahając.
H: No śmiało. Tam nie ma żadnych bomb.
Wszyscy krótko się zaśmialiśmy, spojrzeliśmy po sobie i otworzyliśmy koperty. Kiedy zobaczyłam jej zawartość nie mogłam uwierzyć własnym oczom.

*Martin*
Ej... Bez jaj...

*Josh*
WOW!!!

*Michelle*
Ja. Nie. Mo. Gę.
Zaraz się chyba posikam ze szczęścia. Właśnie trzymam w rękach bilet na koncert Ed'a Sheerana'a, mojego ulubionego wykonawcy muzycznego. MOJEGO BOGA!
Nie mogę w to uwierzyć. Ze zdziwienia wyrwał mnie pisk mojej przyjaciółki.
A: Harry! Lou! Jesteście kochani! Dziękuję!- podbiegła Loczka i Marchewkoholika i sprzedała im po całusie w policzek. Hazza spojrzał na mnie najpierw wesoło, ale z sekundy na sekundę uśmiech schodził mu z twarzy. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie jaką musiałam mieć minę.
H: Nie podoba ci się? Myślałem, że lubisz...- nie dokończył, bo rzuciłam mu się na szyję i do ucha wyszeptałam ciepłe 'dziękuję'.
J: Lou, Hazz, jesteście wspaniali...- ucałowałam Harrego w polik i uścisnęłam  BooBear'a, bo tak pozwolił mi mówić. Spojrzałam na mojego chłopaka i brata i zdziwiły mnie ich miny.
J: Co jest? Wy się nie cieszycie?
Ma: Co? Nie, nie. Bardzo się cieszymy, tylko ja z Joshem gramy wtedy w turnieju charytatywnym.
Jo: No, a dobrze wiesz, że chłopaki nie dadzą sobie bez nas rady.
Ma: Szczególnie z tym nowym.
J: Racja, kurcze... To ja w takim razie też nie idę.
Jo: O nie skarbie. Ty i Anna obowiązkowo jedziecie.
Ma: Oddamy swoje bilety Louisowi i Harremu. Kto wie, może załapiecie się na backstage?
H: Jeśli nie macie nic przeciwko, to chętnie pojedziemy z dziewczynami.

(włącz- One Direction-Moments)

I tak też się stało. Martin i Josh oddali swoje bilety Stylesowi i Tomlinsonowi. W ten sposób dziewczyny załapały się na backstage party. Chłopcy jedynie nie przewidzieli, że na koncercie będzie prasa i media. Nikt z tej czwórki tego nie przewidział. Kiedy Michelle się potknęła i straciła równowagę wpadła wprost w objęcia Harrego. Ich twarze dzieliło wtedy kilka centymetrów. Oznaczało to wielkie pole do popisu dla paparazzich, ponieważ Ed śpiewał właśnie 'Kiss me'. Był to koncert bardziej kameralny, ale z dużą ilością osób znanych w show biznesie. Mała scena w sporym barze, Ed, widownia przy stolikach i parkiet do tańca. Kiedy Sheeran zapowiedział następną piosenkę Harry wyciągnął Michelle na parkiet i zaczęli tańczyć w rytm 'Moments'. Oboje zatracili się w tańcu rozmyślając o tym, co będzie dalej. Loczek zastanawiał się nad tym, jak dalej potoczą się jego losy i jak będą wyglądać jego relacje z matką. Michelle myślała o tym, jak idzie chłopcom na turnieju, gdzie podziewają się Anna z Louisem i dlaczego mama Harrego tak bardzo jej nienawidzi. Na ostatnie pytanie nie potrafiła znaleźć stosownej, rozsądnej i zrozumiałej odpowiedzi. Przytuliła się do Loczka i do końca piosenki tańczyli w milczeniu, natomiast Anna z Louisem siedzieli przy barze słuchając głosu Sheerana. 




*Anna*
J: Zawsze marzyłyśmy z Michi o tym, żeby wystąpić z Edem na jednej scenie.- powiedziałam rozmarzona do Louisa i w zasadzie od razu tego pożałowałam.


*Louis*
Kiedy Anna mi to powiedziała, nie mogłem się powstrzymać. Zostawiłem Anę przy barze i podbiegłem do Loczka i Michi. Śmiesznie wyglądała w sukience, szpilkach i gipsie na ręku. Mniejsza z tym. Szepnąłem przyjacielowi do ucha jaki mam plan, na co on przytaknął. Otrzymując jego zgodę od razu zbliżyłem się do sceny, a gdy Ed skończył śpiewać szybko na nią wszedłem.
J: Hej!
E: Hej! Co ty tu robisz? Nie powinieneś być w Holmes Chapel z Harrym?
J: Powinienem. Ale o tym później. Słuchaj Ed. Mam dosyć nietypową prośbę. Przyjąłbyś na scenę dwie piękne damy o cudownych głosach?
E: No, okej. Dawaj mi je tutaj!
Chwyciłem mikrofon i zacząłem mówić.
J: Witam wszystkich bardzo serdecznie. Chciałbym państwu przedstawić dwie urocze, piękne, uzdolnione dziewczyny. Anna, Michelle, zapraszam do mnie.

W całym barze rozległy się brawa. Dziewczyny były zdezorientowane, ale nie do końca wiedząc, o co chodzi podeszły bliżej sceny. Harry idąc zaraz za nimi, popchnął je delikatnie tak, że znalazły się u boku Louisa. 


*Michelle* 

(Hallelujah)
Stoję właśnie na scenie z moim guru i nie wiem, o co chodzi.
Lou: No dziewczyny, teraz ustalcie co zaśpiewacie.
J: To jest żart, tak?
E: Nie, to nie jest żart.- powiedział i krótko się zaśmiał, a ja nie mogłam wyjść z podziwu.
E: No to powiedzcie co zaśpiewacie, a my wam zagramy.
A: Naprawdę?
E: Naprawdę. No śmiało.- rudzielec kolejny raz się zaśmiał.
J: To może...
HALLELUJAH- powiedziałyśmy jednocześnie i delikatnie się do siebie uśmiechnęłyśmy.
E: Nie ma sprawy. Dajcie znać kiedy będziecie gotowe.
J: A czy chłopaki i ty możecie z nami zaśpiewać?
E: Okej. Ale tylko chórki.
NO DOBRA...- znowu powiedziałyśmy razem.

Ed chwycił za gitarę, Lou usiadł do pianina, a Harry zasiadł za perkusją. Kiedy wszyscy zajęli swoje miejsca zaczęło się coś pięknego. Pięć wspaniałych wokali rozbrzmiewających przy dźwiękach gitar elektrycznych tworzyły niesamowity nastrój. Wszyscy, którzy znajdowali się w barze siedzieli jak zahipnotyzowani. Okazało się to wielkim odkryciem. Na miejscu była telewizja, która emitowała na żywo. Chłopcy z zespołu nie mogli go oglądać, ale mieli dostęp do wersji radiowej. 



*Niall*
Od razu rozpoznałem głos Louisa zapowiadający występ dwóch dziewczyn. Kiedy wymienił ich imiona nie mogłem uwierzyć w to co słyszę. Zaraz ponownie będę słuchał głosu Michelle. Kiedy zaczęli śpiewać czułem się jak w niebie.

*Zayn*
Nigdy w życiu nie słyszałem czegoś piękniejszego. Te dźwięki to miód dla moich uszu. Nie mogę tylko uwierzyć, że dziewczyny są posiadaczkami tak pięknych głosów. Siedziałem w salonie i płakałem słuchając tego wykonania...


*Liam*
Siedzieliśmy z Danielle przytuleni do siebie słuchając dziewczyn i naszych przyjaciół. To było coś niesamowitego. Dan, którą trudno jest poruszyć muzyką była teraz bardzo wzruszona, a po jej policzkach spływały łzy. Nigdy bym się nie spodziewał, że dziewczyny mają tak mocne, wspaniałe głosy.


*Danielle*
Czasami żałuję, że nie jestem prawdziwą dziewczyną Liama i że on nic do mnie nie czuje. No ale cóż. Taki jest show biznes. Przynajmniej się zaprzyjaźniliśmy. Wszyscy mnie przestrzegali. Mówili 'Nie rób tego, zakochasz się w nim i będziesz żałować'. Mieli rację. Zakochałam się, ale nie żałuję, bo już mi przeszło. Nadal darzę go pewnym uczuciem, ale nie wiem czy jest ono tak silne jak na początku. Dzięki tej całej akcji poznałam wielu wspaniałych ludzi. Szkoda mi jedynie tych wszystkich fanek, które uwielbiają nasz 'związek' i kibicują nam, aby trwało to jak najdłużej. Takie życie. Niesprawiedliwe i niezrozumiałe, a za razem piękne i pełne niespodzianek.

Kiedy skończyły na sali panowała zupełna cisza. Widownia była w całkowitym zdumieniu. Sami Ed, Lou i Hazz siedzieli osłupieni wpatrując się w dziewczyny. Powoli ludzie zaczęli wstawać i klaskać. Jednym zdaniem. Dostały owacje na stojąco. W tych czasach rzadko się to zdarza. Harry słyszał śpiewającą Michelle, ale było to dobre dwa lata temu. Przez ten czas jej głos dojrzał. Głos Anny również był nieziemski. Po zakończonym koncercie, Ed wraz z Louisem, Harrym, Michelle, Anną, zespołem i kilkoma innymi osobami udali się na afterparty.
Wszyscy świetnie się bawili przy piwie, śpiewając, tańcząc i rozmawiając.
Michelle nie piła, więc po mimo tego, że nie ma jeszcze prawa jazdy (ale umie prowadzić), będzie musiała usiąść za kierownicą.



*Michelle*
Świetnie się bawimy. Poznałam tu wielu wspaniałych ludzi. Jeden typek tylko nie do końca mi się podoba. Gapi się na mnie praktycznie bez przerwy i robi dziwne miny. Powiedziałam o tym Hazzie, a on obiecał, że będzie go miał na oku. W tym momencie poczułam wibracje mojego telefonu. Przeprosiłam wszystkich i odbierając wyszłam przed bar.
J: Halo?
Jo: Hej skarbie...- powiedział przybity.- Jak się bawisz?
J: Bez ciebie nie tak dobrze, ale źle nie jest. Jak wrócimy to wam wszystko opowiemy. A jak wam poszedł turniej?
Jo: A, no... tak... jakoś... no... powiedzmy, że...
J: Jo, błagam cię, powiedz wreszcie.- powiedziałam nie wiedząc co myśleć
Jo: No... Wygraliśmy!
J: Tak! Wiedziałam! Wiedziałam, że dacie radę! Byłam tego pewna!
Jo: Ej! Spokojnie!- zaczęliśmy się śmiać. Stanęłam przy samochodzie i przeglądałam się w szybie.
J: Pogratuluję wam jak przyjedziemy, co chyba niedługo nastąpi, bo jestem już trochę zmęczona.
Jo: No dobrze, to jak...- dalej go nie słuchałam bo w szybie zobaczyłam odbicie kolesia, który się na mnie gapił.
J: Josh.- powiedziałam spokojnie ale stanowczo.- Zadzwoń do Harrego i powiedz, że jestem przed barem. Poproś go żeby do mnie przyszedł. Tylko szybko. Kocham cię.- przy ostatnich słowach głos mi zadrżał. Szybko się rozłączyłam i zaczęłam okrążać samochód. Facet jednak przewidział mój ruch i skutecznie zagrodził mi drogę.
J: Kim jesteś i czego ode mnie chcesz?- spytałam próbując zachować spokój i znaleźć drogę ucieczki. Nie zdążyłam się dobrze rozejrzeć, a koleś się na mnie rzucił. Zaczął mnie całować. Próbowałam się uwolnić, ale był silniejszy. Bałam się, i to strasznie. Po kilku minutach dalej się z nim szarpałam. Musiał się znać na samoobronie bo skutecznie odbierał moje ataki. Uderzyłam go gipsem w twarz, ale to nie pomogło.
J: Pomocy! Pomocy!- krzyczałam najgłośniej jak tylko mogłam. Łzy spływały mi po policzkach. Facet kopnął mnie w niedawno kontuzjowaną kostkę i nie wytrzymałam. Upadłam na kolana. Koleś ciągnąc mnie za włosy przywrócił mnie do pozycji stojącej.
J: Błagam! Zostaw mnie! Błagam...- krzyczałam dławiąc się łzami.
M: Nie bój się... Sukienka będzie cała.- szepnął mi do ucha, które zaraz po tym przygryzł i zaśmiał się szyderczo. Biłam go, ale w pewnym momencie mnie obezwładnił. Oparł mnie brzuchem o samochód i przyciskając mi ręce do pleców, zaczął odpinać swoje spodnie. Kiedy już to zrobił zaczął podwijać moją sukienkę. Zbliżył się do mnie jeszcze bardziej i poczułam jego nabrzmiałego członka.
M: Niedługo będzie po wszystkim i nikomu nic nie powiesz.- powiedział zahaczając o moje majtki.
H: Nie będzie miała o czym mówić gnoju!- kiedy go usłyszałam poczułam ulgę. Louis mocno szarpnął kolesia do tyłu, a Harry szybko mnie złapał. Wtuliłam się w niego i wziął mnie na ręce. Zaniósł mnie do baru, do pokoju VIP, w którym czekała już Anna i Ed. Hazz położył mnie na kanapie, a ja zwinęłam się w kłębek. Anna bez słowa usiadła obok i mocno mnie przytuliła. Za to ją właśnie kocham. Po kilku minutach do pomieszczenia weszło dwoje policjantów. Mężczyzna stanął przy drzwiach, a kobieta usiadła obok. Kazali wszystkim wyjść, ale nie chciałam zostawać sama. Po mimo tego, że kocham Annę jak siostrę poprosiłam Harrego, żeby został. Funkcjonariusze się zgodzili i zaczęli mnie przesłuchiwać. Co chwila zanosiłam się płaczem przypominając sobie to co się stało i wyobrażając sobie co mogło się stać.


*Harry*
Jestem na siebie cholernie zły, za to, że Michelle musiała tak długo czekać.  Wszyscy w środku narobili zamieszania. Jedyna Anna trzeźwo myślała. Szybko zgarnęła mnie i Lou, kazała wziąć jeszcze, któregoś z ochroniarzy. Wyszliśmy we trójkę i od razu usłyszeliśmy krzyk Michelle. Płakała jak nigdy wcześniej. Anna od razu zadzwoniła na policję. Teraz najważniejsza kobieta mojego dotychczasowego życia wtulała się we mnie, cała się trzęsąc i płacząc. Ja w tym czasie obwiniałem się za to, że z nią nie poszedłem. Pojedyncze łzy spływały po moich policzkach.


*Anna*
Kiedy tylko Josh zadzwonił do Harrego miałam złe przeczucia. Jego mina i stłumiony podenerwowany głos dochodzący ze słuchawki wcale mnie nie uspokoił. Hazz szybko przekazał nam informacje od Josha i zaczęła się panika. Zanim udało mi się uspokoić tłum postanowiłam ogarnąć Loczka i Louisa. Wzięli ze sobą jeszcze Arthura- ochroniarza Eda. Ja w tym czasie zadzwoniłam na policję. Po kilku sekundach wyjrzałam na zewnątrz ocenić sytuację. To co zobaczyłam przerosło moje oczekiwania. Zachciało mi się płakać widząc moją przyjaciółkę w takim stanie. Zboczeńcem zajęli się chłopcy, a ja z Edem poszliśmy do pokoju VIP i przygotowaliśmy miejsce dla Michi. Funkcjonariuszkę informowałam na bieżąco.

Anna i Harry wiedzieli co robią zabierając Michelle do pokoju VIP. Było tam cicho i spokojnie. Ludzie zostali na sali koncertowej, ponieważ musieli złożyć zeznania. Po niecałych dziesięciu minutach na miejscu zjawiła się policja i zebrała od wszystkich zeznania. Kiedy policja już odjechała zapadła niezręczna cisza wśród grupy, która została (Michelle, Anna, Harry, Louis, Ed i Arthur).



*Michelle*

J: Błagam was... Mówcie coś. Milczenie mi nie pomoże.- powiedziałam pociągając nosem.
E: Przepraszam cię Michelle... Nie znam tego kolesia zbyt długo, ale nigdy bym go o coś takiego nie posądzał...
J: Ed, to nie twoja wina. Każdy po pijaku robi dziwne rzeczy.
H: I ty go jeszcze bronisz?! Michi! On cię chciał zgwałcić, a ty go bronisz?!- krzyczał znowu zaczynając płakać. Mnie samej łzy napłynęły do oczu.
A: Harry! Spokojnie! Nie krzycz na nią błagam...- powiedziała do niego ledwo powstrzymując się od płaczu.- Cieszmy się, że Josh wtedy zadzwonił...
J: Josh... Cholera! Josh! Muszę go zobaczyć! Natychmiast!- zerwałam się na równe nogi i złapałam za torebkę. Ruszyłam w kierunku drzwi, ale zatrzymał mnie Arthur.
Ar: Ja was odwiozę.
J: Ale ja mogę prowadzić! Puść mnie!- nie wiem co mi się działo.- Przepraszam.- powiedziałam spuszczając głowę.
Ar: Nic się nie stało. Daj kluczyki.- wyciągnął rękę, a ja posłusznie podałam mu przedmiot. Skierowaliśmy się wszyscy do auta.
Ar: Wrócisz sam?- skierował pytanie do Eda.
E: Piłem. Ale zamówię taksówkę.
J: Nie. Nie zamówisz. Jedziesz z nami.- nikt nie miał nic przeciwko. Wsiedliśmy do samochodu i w ciszy kierowaliśmy się do mojego domu. Przed nami były dwie godziny drogi.

Po piętnastu minutach drogi wszyscy z wyjątkiem Arthura usnęli. Michelle miała bardzo zły sen. Śniła o zdarzeniu sprzed godziny. Obudziła się z wrzaskiem. Arthur od razu zatrzymał się na poboczu. Nikt się nie obudził. Arthur spojrzał na Michi i przygarnął ją do siebie. Dziewczyna siedziała skulona z twarzą schowaną w dłoniach. Płakała. Trzęsła się ze strachu. W pewnym momencie Arthur wysiadł z auta i przeszedł na stronę pasażera. Otworzył drzwi Michelle i mocno ją przytulił. Dziewczyna wtuliła się w niego jak małpka. 
Mi: Arthur... Dziękuję... Nawet nie wiesz jaka ci jestem wdzięczna...- szepnęła.
Ar: Bez przesady...- powiedział głaszcząc ją po głowie. 
Mi: Nie przesadzam... Chcę ci podziękować za to co dla mnie zrobiłeś. Gdyby nie ty Louis by sobie nie poradził... Nie każdy obcy człowiek byłby chętny do pomocy... Co mogę dla ciebie zrobić? W ramach podziękowań oczywiście...
Ar: Nic od ciebie nie chcę... No, może jedno. Obiecaj mi, że będziesz na siebie uważać. 
Mi: Obiecuję, ale wiedz, że to nie będzie proste. Całe życie zmagam się z jakimiś przeszkodami i problemami...
Ar: Michi... Czy ty masz jakiś wrogów?
Mi: Raczej nie... No chyba, że... Ale nie... Nie...
Ar: Michelle, o kim pomyślałaś?
Mi: O moim byłym... To on mi...-powiedziała i odruchowo pogłaskała zagipsowaną rękę.
Ar: Dlaczego cię pobił?
Mi: Arthur... Przepraszam, ale nie chcę teraz o tym mówić... Możemy już jechać?
Ar: Tak... Przepraszam... Nie powinienem był...
Mi: Nic się nie stało... Jeszcze raz dziękuję- powiedziała i mocno przytuliła mężczyznę.


*Josh*


Stałem w telefonem w dłoni co chwila zerkając czy nikt nie dzwoni. Cały czas patrzyłem przez okno sprawdzając czy już przyjechali. Jak tylko usłyszałem strach i błaganie w głosie Michi miałem ochotę tam pojechać. Niestety wszyscy byliśmy po piwie. Czułem, że coś jest nie tak. Dwadzieścia minut po północy pod dom zajechał samochód Louisa. Wybiegłem z domu krzycząc imię przyjaciela. Po krótkiej chwili z samochodu wysiadła moja dziewczyna.
Mi: Josh!
J: Skarbie...- szepnąłem jej do ucha. Trzymałem ją mocno w ramionach i głaskałem po włosach czując jak się trzęsie. Podniosłem wzrok i zobaczyłem Annę rozmawiającą z jakimś dorosłym facetem.
J: Michi... Kto to jest?- powiedziałem lekko odsuwając się od dziewczyny. Michelle odwróciła głowę i ledwo się uśmiechnęła.
Mi: To jest Arthur. Mój nowy przyjaciel. Arthur! Chodź. Musisz kogoś poznać- powiedziała i mocno chwyciła mnie za rękę. Facet zjawił się u naszego boku i Michi nas sobie przedstawiła.
Ar: A więc to ty jesteś tym szczęściarzem? Miło mi cię poznać. Masz wspaniałą, piękną i mądrą dziewczynę.
J: Wiem, dziękuję. Mimo wszystko, moglibyście w końcu mi wytłumaczyć co się stało? Odchodziłem od zmysłów.
Mi: Możemy wejść do środka i tam porozmawiać?- powiedziała smutniejąc.

*Martin*

J: Michelle!- od razu podbiegłem do siostry i ją przytuliłem. Odsunąłem się na moment i uważnie się jej przyjrzałem. Jej sukienka była pomięta i rozdarta w kilku miejscach. Oczy miała podpuchnięte od płaczu i po mimo uśmiechu czaiły się w nich smutek i upokorzenie. Od razu wiedziałem co się stało.
J: Och, Michi...- przytuliłem ją, a ona się rozpłakała.

*Michelle*

Wiedziałam, że zauważy. Zawsze był spostrzegawczy. Nie wytrzymałam i po prostu pękłam. Zaczęłam płakać. Martin mocno trzymał mnie w swoich ramionach, a Josh nadal nie wiedział o co chodzi. W pewnym momencie odsunęłam się od brata i pobiegłam do swojego pokoju. Usłyszałam tylko jak Martin prosi Annę, żeby im wszystko wytłumaczyła. Słyszałam, że ktoś za mną biegnie.
Ar: Michelle! Stój!- zatrzymałam się na schodach i odwróciłam się w stronę Arthura.
Ar: Ja się chcę pożegnać. Powinniśmy już z Ed'em jechać do domu.
Mi: Dzisiaj śpicie u mnie.
Ar: Nie Michi... Lepiej będzie jeśli będziesz teraz z przyjaciółmi.
J: Arthur. Wy też jesteście moimi przyjaciółmi... Martin pokaże wam pokoje. Rano chcę was widzieć na śniadaniu. A teraz wybacz. Chcę być sama- pociągając nosem skierowałam się do swojego pokoju.

*Anna*

J: Chłopaki! Wszystko wam wytłumaczymy, ale błagam! Wejdźmy do domu.
Kiedy weszliśmy do środka zobaczyłam Arthura siedzącego na schodach.
J: Arthur, wszystko ok?
Ar: Michelle mi i Edowi kazała zostać na noc. Nie wiem czy to dobry pomysł.
J: Dobry. Chodź z nami. Później cię zaprowadzę.
Poszliśmy do salonu i zaczęłam wszystko wyjaśniać.
J: Musimy na nią naprawdę uważać. W dodatku widziałam jak ktoś robił nam zdjęcia.
H: Kurwa... Nie dość, że spotkało ją coś takiego, to prasa będzie jutro o tym dudniła.
Lou: Twoja matka się dowie gdzie jesteś.
H: Chrzanić ją! Michelle jest najważniejszą kobietą i osobą w całym moim życiu! Nie pozwolę mojej matce nas rozdzielić!
Jo: Pójdę sprawdzić co z Michi... Wiem, ze tylko zgrywa twardą...

*Josh*

Jak powiedziałem, tak zrobiłem. Drzwi do jej pokoju były uchylone. Płakała. Wszedłem cicho do środka i położyłem się obok niej. Przytuliłem ją i wtuliłem twarz w jej włosy. Teraz kiedy wiem co się stało chce mi się płakać. Czemu to akurat ją muszą co chwila spotykać takie nieszczęścia? Czym ona sobie zasłużyła?
Odkąd tylko pamiętam Michelle stawiała na pierwszym miejscu dobro innych. Zawsze troszczyła się o bliskich. Zawsze pomagała potrzebującym i udzielała się charytatywnie. Nigdy nie stawiała siebie na pierwszym miejscu. Od zawsze uwielbiała ciężko pracować, a to ją odróżniało od innych. Już przy pierwszym naszym spotkaniu wiedziałem, że jest wyjątkowa. I nie myliłem się...
Przytuliłem ją trochę mocniej, ale zaraz poluźniłem uścisk. Chciałem wstać, ale Michi złapała mnie za rękę.
Mi: Gdzie idziesz? Nie zostawiaj mnie...- powiedziała pociągając nosem.
J: Zaraz wrócę skarbie... Zaraz wrócę...- szepnąłem próbując ukryć łamiący się głos.  Pocałowałem ją w czubek głowy i poszedłem do kuchni. Zrobiłem herbatę i wróciłem do pokoju. Dziewczyna siedziała skulona na środku łóżka. Kiedy zobaczyła mnie w progu trochę się uspokoiła.
J: Zrobiłem ci herbatę- powiedziałem podając jej kubek. Dziewczyna powąchała jego zawartość i delikatnie się uśmiechnęła.
Mi: Zielona... Moja ulubiona...
J: Będziesz spokojnie spała...
Mi: Dziękuję...

02 kwietnia 2013

Rozdział 11- No wiesz, Martin kazał mi się ładnie ubrać.


*Michelle*

Dzisiaj Josh ma urodziny. Robimy mu wielką imprezę niespodziankę. Cieszę się, że Harry i Lou nam towarzyszą. Za moją namową za godzinę będą tu również Liam, Zayn i mój ulubiony Nialler. Cieszę się, że będę mogła ich w końcu poznać. Jest godzina 7 więc muszę się zacząć szykować. Przecież nie mogę wyglądać jak jakiś potwór kiedy chłopcy przyjadą. Poszłam szybko do łazienki, wzięłam odprężający letni prysznic i zajęłam się swoim wyglądem. Wystrój pomieszczeń przygotowaliśmy już wczoraj wieczorem i muszę przyznać, że nieźle nam wyszło. Zaczęłam suszyć włosy, które naturalnie utworzyły fale. Dobra teraz make-up. Szybko się z nim uporałam i mogłam iść się ubrać. Poszłam do swojego pokoju i przeszłam do garderoby. Ta część szykowania się, zajmie mi chyba najwięcej czasu. Zdecydowałam się na moją ulubioną 'małą czarną'. Anna wparowała do mojego pokoju i wybałuszyła na mnie oczy. Miałam już sprawną nogę więc mogłam założyć swoje bardzo wygodne czarne szpilki. Spojrzałam na przyjaciółkę, która nadal stała jak wryta. Przechodząc obok zamknęłam jej szczękę i śmiejąc się poszłam do kuchni. Urwałam kilka winogron i dopiero wtedy zwróciłam uwagę na moje paznokcie. Poprzedni lakier był już pozdrapywany i wszystko wyglądało tragicznie.
J: Anna!
A: Co?- spytała stojąc zaraz za mną. Podskoczyłam ze strachu i spojrzałam piorunującym wzrokiem na przyjaciółkę. Zaraz jednak obie wybuchnęłyśmy głośnym śmiechem.
A: To co tam chciałaś?- spytała kiedy się uspokoiłyśmy.
J: Pomożesz mi coś z tym zrobić?-spytałam pokazując jej moje paznokcie.
A: Masz szczęście, że pomagałam cioci w salonie.- uśmiechnęłyśmy się do siebie i powędrowałyśmy do łazienki. Tak dla wyjaśnienia. Siostra mamy Anny jest kosmetyczką i słynną wizażystką w Londynie. Malowała już wiele gwiazd. Poznałam ją podczas pracy dla jednego z magazynów o życiu gwiazd. Pomijając temat. Anna bez problemu uporała się z moimi paznokciami i efekt był świetny. Poszłam do pokoju Josha i sprawdziłam czy z prezentem nic się nie stało. Jak się spodziewałam leżał spokojnie na łóżku mojego chłopaka opakowany w papier. Usłyszałam dzwonek do drzwi więc zostawiłam Annę w łazience, aby ta mogła się wyszykować, bo niedawno wstała. Mało brakowało a z pośpiechu wywaliłabym się na schodach. Zastanawiałam się kto to. Przecież chłopcy by nie dzwonili. Otworzyłam drzwi i przekonałam się, że grubo się myliłam. Przede mną stało One Direction w całej okazałości. Każdy z nich miał szeroki uśmiech przyczepiony do twarzyczki. Pierwszy rzucił się na mnie Niall jak mniemam. Był to blondyn z aparatem na zębach, więc to musiał być on. Przytuliłam go mocno, a ten z łatwością mnie uniósł i okręcił nas wokół jego osi. Kiedy mnie odstawi przywitaliśmy się buziakiem w policzek. Następny podszedł do mnie na prawdę przystojny brunet.
Z: Zayn. Miło mi.- wyciągnął ku mnie rękę. Wywróciłam oczami powiedziałam swoje imię i mocno go przytuliłam. Tak samo postąpiłam z drugim brunetem o imieniu Liam.
J: Tak się cieszę, że w końcu mogę was poznać. Ale Josh będzie miał niespodziankę.
H: Jesteś sama?- spytał rozglądając się po holu.
J: Anna jest w łazience. Zaraz powinna przyjść.
Z: Masz chłopaka?- wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem a brunet się zawstydził.
J: Mam. To właśnie dla niego jest to przyjęcie.
Z: Kurde... Szkoda. Bo fajna i piękna dziewczyna z ciebie.
J: Dziękuję.- powiedziałam lekko chichocząc. Zdziwiła mnie reakcja Loczka na słowa Malika. Spojrzał na niego jakby się zawiódł. Jakby ukuło go uczucie zazdrości? Będę musiała z nim o tym porozmawiać.
N: Spora rezydencja. Można się w niej zgubić. Spokojnie. Da się przyzwyczaić. Pobędziesz tu trochę i już będziesz wiedział co i gdzie jest. Ej. A gdzie Danielle i Eleanor? Miały przyjechać z wami.
Li: Dan musiała zostać. Dostała akurat super zlecenie i sama rozumiesz...
J: Jasne. No nic. Mam nadzieję, że kiedyś ją jednak poznam. A Eleanor?
Lou: Nie wiem co jej się stało, ale powiedziała, że nie ma ochoty cię poznać. Przykro mi.
J: Nie twoja wina.- powiedziałam nadal się uśmiechając choć w sercu czułam lekki ból. Lou od razu to wyczuł i mocno mnie przytulił.
Lou: To nie twoja wina. Ona po prostu często miewa humorki. Naprawdę nie wiem o co jej chodzi. Ale uwierz mi. Nie warto się nią przejmować.-bardzo mnie to zdziwiło.
J: Czemu mówisz tak o swojej dziewczynie?- spytałam nie ukrywając zdumienia.
Lou: To trochę skomplikowane. Po imprezie ci wyjaśnię.
J: No okej.- uśmiechnęliśmy się do siebie i wszyscy zrobiliśmy zbiorowego przytulasa. Usłyszałam stukanie obcasów więc wyrwałam się z uścisku i spojrzałam w kierunku schodów. Na ich szczycie stała moja piękna przyjaciółka. Była jak zwykle świetnie ubrana i umalowana. Jak widać obie zdecydowałyśmy się na delikatny makijaż.
J: Chłopaki. To jest Anna. Moja najlepsza przyjaciółki i dziewczyna mojego brata, gdyby ktoś chciał pytać.- powiedziałam, kiedy szatynka do nas podeszła. Przywitała się z każdym mocno się przytulając.
Z: To kto się zajmuje twoim chłopakiem, Michi?
J: Mój brat. Jego poznacie dopiero na imprezie. Ale chłopaki. Trzeba spiąć tyłki i zabrać się do przygotowań. Ana, zaprowadzisz chłopaków do ich pokoi?
A: Na twoim piętrze czy wyżej?
J: Wyżej. Co prawda i tak trzeba będzie zamknąć wszystkie na klucz, ale im wyżej tym bezpieczniej.- chłopcy spojrzeli na mnie przerażeni na co ja nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem.- Żartowałam! Szkoda, że nie widzicie swoich min.- po kolei każdy z nich zaczynał się śmiać razem ze mną.
A: Kurde.-wszyscy spojrzeliśmy na dziewczynę, która trzymała się za czoło.
J: Boli cię głowa?
A: Nie. Załamałam się.
J: Czym?
A: Moim własnym pytaniem. Przecież pierwsze piętro zajmujemy my, więc gdzie ja bym ich miała upchnąć? Chyba w kuchni i łazience.
N: Mnie kuchnia bardzo odpowiada!- wszyscy zaczęliśmy się śmiać z blondyna i w takim nastroju rozdzieliliśmy się na dwie grupy. Ana, Zayn, Niall i Liam poszli do pokoi, a ja, Harry i Louis poszliśmy do kuchni żeby zacząć przygotowywać jedzenie. Impreza zaczyna się dopiero o 16, ale ludzi będzie sporo i przygotowanie jedzenia zajmie sporo czasu.
J: Dobra. Hazz. Zacznij rozpuszczać czekoladę, a ty Lou, wyjmij i umyj truskawki.
H: A ty co będziesz robiła cwaniaro?
J: Zabieram się za pieczenie biszkoptu do tortu. Cwaniaku.- zaśmialiśmy się i po kilku minutach w kuchni zjawiła się reszta. Wszyscy ubrali fartuchy, które im podałam i zabrali się do pracy. Zayn i Liam zajęli się kremem do tortu, Anna zaczęła ubijać śmietanę, a Niallerek pomagał mi w biszkopcie. Kiedy biszkopt stał już w piekarniku zabraliśmy się za sałatkę owocową. Jednak kiedy Harry rozpuścił już czekoladę trzeba było zająć się dekorowaniem truskawek. Niektóre były w białej, a niektóre w mlecznej czekoladzie. Czekolady sporo zostało więc oblaliśmy nią jeszcze banany. Owoce, śmietanę i krem trzeba było wstawić do lodówki. Niedługo p tym upiekł się biszkopt i w całym mieszkaniu pięknie pachniało. Stwierdziliśmy wszyscy, że nie warto robić na ciepło niczego poza pizzą. Okazało się, że brakuje kilku składników więc zgarnęłam Niallerka, który wręcz błagał, żebym go zabrała do sklepu. Miał prawo jazdy więc nie musieliśmy się męczyć idąc na piechotę. Co prawda sklep był blisko, ale zostaliśmy przy okazji poproszeni o zakup alkoholu i napojów, bo tego tez nie było.

*Niall*

Tak się ciszę, że poznałem Michi osobiście.
J: Michi! Czekaj! Może ja się przebiorę? Trochę dziwnie będziemy wyglądać. Nie sądzisz?- spytałem wskazując na mój strój. Oboje się zaśmialiśmy i wróciłem się przebrać. Ubrałem trochę bardziej pasujące do Michi rzeczy. Zmieniłem strój, narzuciłem jeszcze czarną marynarkę i poszedłem do auta.
Mi: Wow! Jak chcesz to potrafisz co?- spytała uśmiechając się do mnie szeroko.
J: No a jak.- zaśmialiśmy się i ruszyliśmy. Michi mnie pokierowała i po 3 minutach byliśmy pod sklepem.
Mi: Weź to.- powiedziała wyjmując ze schowka okulary przeciwsłoneczne.
J: Po co?- spytałem biorąc je od niej.
Mi: Bo tu często bywają twoje fanki. Może okulary coś dadzą. Inaczej nie wyjdziemy stąd przez najbliższą gadzinę albo dłużej. A chyba nie chcemy zepsuć niespodzianki.
J: No nie. Oczywiście, że nie. Oj, Michi. Przepraszam. Po prostu nie pomyślałem.
Mi: Niall. Spokojnie. Nic się przecież nie stało. Chodźmy już.- poklepała mnie po kolanie i wysiadła z auta. Patrzyłem tak na nią i zacząłem się śmiać.
Mi: Co cię tak śmieszy?- spojrzała na mnie jak na jakiegoś upośledzonego.
J: Śmiesznie wyglądasz. Tutaj tak piękna i nagle ten gips na ręce. Przepraszam.- próbowałem się uspokoić ale coś mi nie szło. Dziewczyna spojrzała na mnie spode łba. Długo powagi nie zachowała. Złapała mnie za rękę i śmiejąc się weszliśmy do sklepu. Całe szczęście nikt nas nie rozpoznał. Znaczy się. Mnie nikt nie rozpoznał. Zgarnialiśmy do koszyka mnóstwa potrzebnych i niepotrzebnych rzeczy, a później weszliśmy w półki z alkoholem. Zgarnialiśmy po kilka zgrzewek danego rodzaju piwa, kilka czystych i parę win. Kiedy nie mieliśmy już gdzie tego wkładać udaliśmy się do kasy. Michi w ostatnim momencie przypomniało się o jakimś składniku i szybko po niego pobiegła. Nie ma co. Śliczna z niej dziewczyna. I w dodatku mądra. W tych czasach rzadko spotykana kombinacja. Zaśmiałem się sam do siebie widząc jak biegnie w moją stronę z wielkim ogórkiem w dłoni. Kiedy już była naprawdę blisko poślizgnęła się na kafelkach i wpadła wprost w moje ramiona uderzając mnie warzywem w twarz. Oboje zaczęliśmy się śmiać i mogliśmy zapłacić za zakupy. Szybkim krokiem poszliśmy do auta i wpakowaliśmy torby do bagażnika.
Mi: Dobra. Ja idę odwieść wózek, a ty wsiadaj do auta i podjedź pod wejście.
J: Jak sobie panienka życzy.- oboje się zaśmialiśmy i postąpiliśmy jak powiedziała. Po niecałych 10 minutach byliśmy w domu. Chłopcy przyszli nam pomóc z zakupami i dokończyliśmy przygotowania.

*Harry*

Kiedy Niall pojechał z Michi, chłopcy zajęli się jakimiś ciastkami, a ja z Anną robiliśmy do nich lukier. Fajna zabawa przy tym była.
J: Anna...
A: Tak?- spytała i spojrzała na mnie.
J: Jak myślisz, spodoba mu się ta niespodzianka?
A: Wiesz. Myślę, że tak, ale najpierw będzie chciał nas zabić.
Z: Dlaczego?- wtrącił mulat.
A: No, gdyby Twoja dziewczyna, z którą jesteś od niedawna, ale kochasz ją od czasów podstawówki, powiedziała ci, że..
Mi: Ej! Anna! Miałaś im nie mówić!- powiedziała strasząc nas wszystkich, wchodząc do kuchni.
A: Sorki, ale już któryś raz mnie o to męczą.
Mi: Jeny. Ale wy uparci. Po prostu zrobię Joshowi psikusa. Ale uwierzcie mi. Będzie chciał mnie zabić. Zapewne wybiegnie z domu i będę musiała za nim biec. Ale o tym później. Chłopaki. Chodźcie mi pomóc
z zakupami.- wszyscy ruszyliśmy za moją kuzynką i przynieśliśmy zakupy do kuchni. O koło godziny 15 zaczęli się schodzić pierwsi goście. Wszyscy, którzy nie załapali się na podróż busem drużynowym Michi, musieli przybyć na nogach. Bus zawsze stał na tylnym podjeździe do domu Carter'ów, więc nie było w tym nic podejrzanego. Josh z Martinem mieli przyjechać równo o 16 więc Michi zaczęła się denerwować, czy aby na pewno wszystko wypali.

*Michelle*

Chodziłam cała podenerwowana. Ostatnie poprawki i gotowe. Ostateczny przegląd. Harry szedł wraz ze mą i mocno trzymał mnie za rękę.
SMS od Martina.
         Będziemy za pięć minut.
schodzę z Loczkiem na sam dół, gasząc wszystkie światła. Siadam na schodach. Wszyscy są na miejscach. Jedzeni gotowe. Sprzęt działa. Wszystko tak, jak było ustalone. Słychać silnik wjeżdżającego na podjazd samochodu. Harry wpuszcza mi krople do oczu. Działają. Zaczynam płakać. Hazz biegnie do kuchni i czeka tam razem z Anną. Ostatni raz spoglądam na salon. Nikogo nie widać. Znakomicie. Klucze w drzwiach. To już. Chwila prawdy. Cała się trzęsę. Otwierają się drzwi i padają na mnie promienie zachodzącego już słońca. Wchodzi Martin, a zaraz za nim on. Josh Jordan. Mój kochany Jojo. Patrzy na mnie zdezorientowany. Martin upuszcza klucze. Josh do mnie podbiega. Udało się.
Jo: Mich? Michi, skarbie. Co się stało? Gdzie reszta? Słonko, powiedz coś. Proszę. Ktoś ci coś zrobił?
Ma: Michi… Czy ty..? – pokiwałam twierdząco głową.- Kurwa… To jego?- powtórzyłam gest sprzed chwili.- Jest tutaj?
Jo: Czy możecie mi powiedzieć co się tutaj dzieje? Kto tutaj jest? I co jest jego?
J: Jo… Ja… Ja jestem… Jestem w ciąży… - spojrzałam mu prosto w oczy. Po policzku spłynęła mu łza.
Jo: To Chrisa…
J: Josh… Przepraszam…Jo!- krzyknęłam kiedy wstał i skierował się do wyjścia. Ruszyłam za nim dając znak innym żeby zaczynali.
J: Josh! Błagam! Josh stój! Proszę…- zaczęłam płakać.- Josh…-powiedziałam cicho i chłopak się odwrócił.
J: Przepraszam…- zaczęłam jeszcze mocniej płakać. Schowałam twarz w dłonie. Słyszałam jak chłopak do mnie podchodzi. Poczułam jego rękę na mojej głowie. Przysunął mnie do siebie i mocno przytulił.
Jo: Już… Spokojnie… Wszystko… Wszystko będzie dobrze… Zobaczysz… Razem damy radę.- w tym momencie naprawdę zaczęłam płakać. Zdałam sobie sprawę z tego, że gdybym rzeczywiście była w ciąży nie zostawił by mnie samej. Wtuliłam się w niego i staliśmy tak chwilę.
Jo: Chodźmy do środka. Tam na spokojnie porozmawiamy.- pokiwałam głową, Jojo objął mnie w talii i ruszyliśmy do środka.

*Josh*

Przekroczyliśmy prób salonu i kompletnie mnie zatkało. Zewsząd wyskoczyli moi bliscy i znajomi. Była tam nawet moja siostra. NIESPODZIANKA!!! Krzyknął tłum, a ja nie wiedziałem co zrobić. Jestem w ogromnym szoku. Nie wiem, co mam myśleć.
J: Nie! Zabiję cię! Wszystkich was pozabijam!- krzyknąłem i wszyscy zaczęliśmy się śmiać. Mocno przytuliłem Michelle i pocałowałem ją czule. HAPPY BIRTHDAY TO YOU! Zaczęli śpiewać, a Anna z Harrym wnieśli wielki tort, na którym widniało 19 świeczek. Przeczesałem włosy dłonią i kucnąłem. Zacząłem się śmiać. Wiedziałem, że coś odwalą. Michi od razu do mnie podeszła i chichocząc pomogła mi wstać. Dalej śpiewając doprowadziła mnie do tortu.
Mi: Pomyśl życzenie.- szepnęła mi do ucha i szeroko się uśmiechnęła.
            Pragnę, aby do końca życia mieć tych wspaniałych wariatów u swojego boku.
I poszło. Nie sądziłem, że mi się uda. Wszystkie na raz. Pierwszy raz w życiu. Wszyscy zaczęli klaskać i każdy po kolei do mnie podchodził. Moja mama, brat i siostra. Potem podszedł mój ojczym. Mam z nim kiepskie relacje, ale widzę, że się stara.  Przytuliliśmy się do siebie i Marcus złożył mi życzenia. Mnóstwo znajomych. Nawet całe One Direction dla mnie przyjechało. Fajni z nich kolesie, naprawdę.  Kiedy już wszyscy złożyli mi życzenia musiałem pokroić tort. Po torcie zaczęła się niezła impreza. Wszyscy pili alkohol. Hamowało się kilka osób. Niniejszym: ja, Michi, Niall, Harry, Martin i Anna. Woleliśmy pamiętać, wszystko co się dzisiaj zadzieje. Michi w sumie nie mogła pić wcale. Bierze tabletki, które zmieszane z alkoholem mogą spowodować nawet śmierć. Nie zdążyłem jej jeszcze nawet podziękować. Powoli zaczęła dochodzić 23. Już chciałem szukać swojej dziewczyny kiedy wszelka muzyka ucichła. Michi została podniesiona przez Harrego i Martina, przy tym nie obyło się bez cichego pisku. 
Mi: Ale mocno trzymacie?- spytała chłopaków, a oni potwierdzili.
Mi: Okej. Moi drodzy! Proszę o chwilę uwagi! Nie mam mikrofonu więc błagam o bezwzględną ciszę. Nie mogę znaleźć naszego jubilata. Widział go ktoś? 
J: Tu jestem!- krzyknąłem i podniosłem rękę. Wszyscy się krótko zaśmiali.
Mi: Okej. Dziękuję, że się odnalazłeś księciuniu.- znowu wszyscy wybuchnęli śmiechem.- Dobra! Cicho! Josh! Zbliża się godzina twoich narodzin! Biegnij proszę do swojego pokoju. Masz minutę! Biegnij!- wiedziałem, że nie mam co dalej stać. Ruszyłem w kierunku swojego pokoju. Nie wiedziałem co za niespodzianka mnie tam czeka. Przy drzwiach czekała na mnie Ana. Zatrzymała mnie gestem dłoni i cały czas patrzyła na zegarek. 
A: Pięć, cztery, trzy, dwa, właź. Wszystkiego Najlepszego.- otworzyła mi drzwi i szeroko się uśmiechnęła. Kiedy przekroczyłem próg pokoju, dziewczyna zamknęła za mną drzwi. Na łóżku dostrzegłem średniej wielkości pudełko. Niepewnie podszedłem i wziąłem je do rąk. Otworzyłem je i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Tyle lat o tym marzyłem. Dobrej jakości lustrzanka, wymienne obiektywy, nawet statyw. Do oczu naszły mi łzy szczęścia. 
Mi: Podoba się?- spytała cicho zamykając drzwi. 
J: Ty się jeszcze pytasz?- spytałem łamiącym się głosem.- To jest wspaniałe...
Mi: Chodź no do mnie.- rozłożyła ramiona i zaczęła iść w moim kierunku. Odłożyłem prezent na łóżko i mocno wyściskałem dziewczynę. Kiedy delikatnie się ode mnie odsunęła złączyła nasze usta w czułym pocałunku. Czułem jak się uśmiecha. 
J: Tak się cieszę, że cię mam.- powiedziałem i samotna łza spłynęła po moim policzku.- I więcej nie rób mi takich kawałów z ciążą, okej? 
Mi: Okej- zaśmiała się melodyjnie i wytarła kciukiem słoną kropelkę z mojej twarzy.- Tak w ogóle to wystrzałowo wyglądasz.- spojrzałem na swój strój i się zaśmiałem. 
J: No wiesz, Martin kazał mi się ładnie ubrać.- oboje się zaśmialiśmy.- Ty za to wyglądasz bosko. 
Mi: Dziękuję.- pocałowała mnie delikatnie w usta i chwyciła mnie za rękę. 
Mi: Chodź... To nie koniec niespodzianek.- znowu zaczęła się śmiać, a ja tylko pokręciłem głową. 

(klik)
To była wspaniała noc dla wszystkich zebranych w domu Carter'ów. Niezapomniana dla Josha i wielu innych osób. Po godzinie 6 ludzi zaczęło ubywać. Ostatni goście wyszli o 6.50. Wszyscy byli padnięci. Każdy udał się do swojego pokoju. Nikt nie miał siły wziąć nawet szybkiego prysznica. Jedynie Michelle i Niall nie mogli zasnąć. Dziewczyna przebrana w swoją piżamę poszła na strych. Zawsze tak robiła, gdy nie mogła zasnąć. Nie wiedziała jednak, że chłopak poszedł za nią. Weszła do studia*, chwyciła  gitarę elektryczną i mając pewność, że nikt jej nie usłyszy zaczęła grać.
Stała z zamkniętymi oczami i śpiewała. Zatracała się w muzyce i słowach. Ani na moment nie podnosiła powiek. Kołysała się delikatnie analizując każdy fragment minionego dnia. Uśmiechy, radość, nerwy, i ulga. Poznała przyjaciół swojego kuzyna. Od dawna o tym marzyła. Cieszyła się tym jak małe dziecko. 
Zaczęła myśleć o ojcu. Zawsze o nim myślała gdy śpiewała tą piosenkę. To on ją jej nauczył. Pojedyncza łza spłynęła po jej policzku. Po mimo tego uśmiechnęła się. 
W tym samym momencie obserwował ją ojciec. Widział jak jego córka dorasta. Jak dojrzewa emocjonalnie. Był z niej taki dumny. Łza kręciła mu się w oku, kiedy uświadamiał sobie, że już nigdy jej nie przytuli, nie dotknie, nie pocieszy. Dokładnie za dwa miesiące dziewczyna będzie obchodziła swoje osiemnaste urodziny. Tak bardzo chciałby być wtedy przy niej...
Niall stał i przyglądał się śpiewającej dziewczynie. O takiej przyjaciółce zawsze marzył. I być może jego marzenie się właśnie spełnia. Chłopak stoi i myśli nad minionym dniem. Wsłuchuje się w głos dziewczyny, którą już od dawna chciał poznać. Wiedział, że musi to być wspaniała osoba. Harry nie mówi tak często o innych członkach jego rodziny. Niall wysłuchiwał opowieści Styles'a. Przygody z dzieciństwa, miłe wspomnienia, i wiele śmiesznych sytuacji. Wszystko, co przeżył ze swoją kuzynką przekazał Niallowi. Ufał mu.  
Blondyn przyglądał się kuzynce przyjaciela i pojedyncza łza spłynęła po jego policzku. Tęsknił za domem. Za starymi czasami, w których często rozmawiał z bratem, dobrze dogadywał się z rodzicami. Tęsknił za przyjaciółmi ze szkoły. Tęsknił za tym czego nigdy nie miał. Zawsze chciał być akceptowany. Nawet kiedy stał się sławny dotknął go brak zrozumienia. Często był wyzywany, mówiono mu, że nie pasuje do reszty. Udawał twardego, ale w środku był strasznie czuły i wrażliwy. Często pytają go 'Niall, dlaczego nie masz dziewczyny?'. No właśnie. Dlaczego? On czeka na tą odpowiednią. Na taką, która będzie do niego podobna, a jednocześnie zupełnie inna. Nigdy nie miał ideału dziewczyny. Powiedział kiedyś 'Jeśli ją znajdę, od samego początku będę wiedział, że to ona.' I właśnie uświadomił sobie, że tą jedyną mogłaby być Michelle. Chciał jej szczęścia. Dlatego nie zamierzał walczyć. Pragnął po prostu być blisko niej. Słuchać jak śpiewa, patrzeć jak się uśmiecha, kibicować kiedy gra, pocieszać kiedy jej smutno. Chciał, żeby była szczęśliwa. A widział doskonale, bo był bardzo spostrzegawczym chłopakiem, że Michelle jest szczęśliwa z Joshem. Będzie trzymał za nich kciuki. 
Niall i Michelle są do siebie bardzo podobni. Oboje mają skorupkę, pod którą się zamykają. Kiedy na zewnątrz wyglądają na szczęśliwych, w środku potrafią płakać. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego los stawia na ich drodze tyle przeciwności? Dlaczego oboje mają tak trudne życie? Babcia Michelle zawsze powtarzała 'Czasem musisz dotknąć dna, żeby później znaleźć się na szczycie'. Babcia Nialla z kolei mówiła 'Musi być gorzej, żeby potem mogło być lepiej'. Obie miały rację. 
Chłopak wiedział, że będzie cierpiał. Przeczuwał jednak, że los nie przypadkowo skrzyżował ich drogi. zsunął się po ścianie i schował twarz w dłoniach. Zaczął cicho szlochać. Kiedy Michelle skończyła śpiewać, stała jeszcze przez chwilę i głęboko oddychała. Kiedy otworzyła oczy ujrzała płaczącego blondyna. Szybko zdjęła i odstawiła gitarę. Podeszła do Nialla i kucając mocno go do siebie przytuliła. Siedzieli tak do 9 rano. Milczeli. Oboje tego potrzebowali. Ciszy i zrozumienia...

*dom Carterów składa się z 14 sypialni, 14 garderób, 6 łazienek, 3 kuchni, salonu, jadalni, pralni, studia nagraniowego, sali tanecznej, pokoju gier i siłowni.
_____________________________________________________________
No to jest 11 rozdział. Jak wam się podoba? Moim zdaniem jest średni. Proszę o komentarze. To naprawdę dla mnie ważne. Zachęcam również do głosowania w ankietach.

Pozdrawiam
Ola :)

24 marca 2013

Rozdział 10- Nie mów nikomu gdzie jesteśmy.

* Zayn* 

Louis z Harrym nagle wyjechali. I to w zasadzie nikomu nic nie mówiąc. Tomlinson napisał tylko, że się odezwą. Ale mija tydzień i nadal ani słowa. Nie odbierają telefonów. Nie można ich w żaden sposób znaleźć. BooBear jako jedyny zna mój sekret. Niniejszym jestem biseksualny. Już od dawna czuję coś do Loczka, ale boję się mu to wyznać. Hazz co prawda przyznał się publicznie do tego, że jest bi, ale skąd mogę wiedzieć czy odwzajemnia moje uczucia. Nie chcę go stracić, a tym bardziej nie chcę zepsuć naszych relacji. Odchodzę już od zmysłów nie wiedząc co się z nimi dzieje.

*Liam*

Zayn ostatnimi czasy bardzo dziwnie się zachowuje. Po wyjeździe Hazzy i Lou jest jeszcze gorzej. Rozumiem, że może się o nich martwić. Rzeczywiście dziwnie postąpili nic nikomu nie mówiąc. Dan mówi, że Zayn wygląda jej na nieszczęśliwie zakochanego. Może ma rację. To w końcu ona ma ten kobiecy instynkt. Ale skoro Zayn jest zakochany czemu nic mi nie powiedział? Jesteśmy przecież najlepszymi przyjaciółmi...

*Niall*

Siedziałem spokojnie w domu rodzinnym  w Irlandii i przeglądałem różne portale internetowe. Nie było tam w sumie nic ciekawego ale jeden nagłówek zwrócił moją uwagę.
Harry Styles i Louis Tomlinson z One Direction zaginęli.

Szybko wcisnąłem link i zacząłem czytać.

Harry Styles (18) i Louis Tomlinson (20) tydzień temu zaginęli bez śladu. Nikt nie ma pojęcia gdzie mogli się podziać. Fanki żyją w strachu i smutku. Nikt nie widział chłopców od czasu ich wyjazdu. Wiadome jest tylko, że tych dwoje wsiadło z dużymi torbami podróżnymi do auta Tomlinsona i odjechało bezpowrotnie. Czyżby jednak słynny bromance Larry Stylinson był prawdziwy?
Czy ta dwójka ma coś do ukrycia?
Kiedy i czy w ogóle wrócą do zespołu?

Co się z nimi dzieje? 
Kto i kiedy wyjawi nam prawdę?
Być może już niedługo się tego dowiemy.

Momentalnie rzuciłem się do telefonu. Wykręciłem doskonale sobie znany numer Loczka i zadzwoniłem nerwowo krążąc po pokoju.
Jeden sygnał- nic
Drugi sygnał- nic
Trzeci sygnał- nic
Czwarty, piąty - i nic
Szósty- nadal nic. Kiedy już miałem się rozłączyć usłyszałem ten zachrypnięty głos.
J: Jezu ! Harry! Nareszcie! Człowieku, co się dzieje?! Gdzie ty? Gdzie wy jesteście?
H: Niall! Spokojnie. Ani mnie ani Lou nic nie jest. Jesteśmy u mojego kuzynostwa. Opowiadałem ci o nich. Wrócimy razem z tobą. Znaczy się w tym samym terminie co ty z Irlandii. Bardzo się za nimi stęskniłem i chcę spędzić z nimi trochę czasu. Tylko, Niall...
J: Tak?- spytałem zatroskany chociaż już trochę spokojniejszy.
H: Nie mów nikomu gdzie jesteśmy. Jeśli moja mama się o tym dowie...
J: Dobrze Hazz. Nikomu nie powiem. Masz moje słowo. Po prostu się martwiłem.- i w tym momencie usłyszałem jak jakaś dziewczyna o pięknym głosie śpiewa. I chyba krzyknęła coś w stylu: Hazz, ubierz się! Zacząłem się śmiać.
H: Zaraz. Pogadaj z Niallerem. To on mnie wyrwał z łazienki.
Dz: Boziu. Daj mi go. Halo?- odezwała się już do mnie.
J: Hej. Tu Niall. Z kim mam przyjemność?- spytałem przyjaźnie, słysząc jej ciepły głos.
Dz: Michelle. Kuzynka Hazzy. Dużo o tobie słyszałam, a raczej czytałam.- zaśmialiśmy się oboje.
J: W takim razie miło mi cię poznać Michelle.
Mi: Mów mi Michi.- zaśmiała się uroczo.
J: Okej Michi. Czy Harry z Lou nie roznieśli ci jeszcze domu?
Mi: Nie- znowu się zaśmiała, a ja razem z nią.- Co tam u ciebie głodomorku?
J: No nie, o tym też ci powiedział?
Mi: Mhm. W zasadzie to chyba dużo o was wiem.
J: Dobra, to dawaj. Mów, co o mnie wiesz.
Mi: Nazywasz się Niall James Horan, masz 19 lat, jesteś szatynem, ale farbujesz się na blond. Masz błękitne oczy i nosisz aparat na zębach. Uwielbiasz jeść, a twoją ulubioną knajpą jest Nandos. Świetnie grasz na gitarze i masz wspaniały głos, co mogę teraz usłyszeć. Twoim idolem przed przesłuchaniami do X-Factora był Justin, nie wiem jak jest teraz. A taka rzecz zupełnie od mnie. Kocham twój śmiech!
J: Dzięki- znowu się roześmialiśmy.- Co jak co, ale rzeczywiście dużo wiesz. Musze przyznać, że masz świetny głos. Harry mi o tym nie wspominał. Słyszałem jak śpiewasz, zanim wydarłaś się na Harry'ego. Co to była za piosenka?
Mi: Mój chłopak ją dla mnie napisał. Chcemy ją razem nagrać. Jak już to zrobimy na pewno się o tym dowiesz.
J: Okej, chętnie bym posłuchał twojej płyty, bo coś czuję, że tych piosenek będzie więcej.

*Michelle*

J: Fajny ten Nialler.- powiedziałam do już ubranego Loczka.
Jo: Kto to ten cały Nialler?- spytał biorąc mnie z zaskoczenia i przerzucając sobie przez ramię. Od razu zaczęłam się śmiać.
J: A co zazdrosny? No postaw mnie już.- mówiłam cały czas się śmiejąc.
Jo: Harry, kto to był? Ten Niall?
H: Stary. Przewrażliwiony się robisz- zaczął się śmiać razem ze mną.- Niall to mój przyjaciel. Śpiewa razem ze mną w zespole.- oboje nie mogliśmy pohamować śmiechu.
Jo: Ha.Ha. Ha. Bardzo śmieszne.- chłopak postawił mnie na ziemi, podszedł do radia i je pod głosił. Leciał akurat mój ulubiony kawałek. Ed Sheeran- Give me love. Ukłonił się przede mną nisko i wyciągnął rękę.
Jo: Zatańczy panienka ze mną?- pokiwałam twierdząco głową wciąż się śmiejąc i zaczęliśmy tańczyć. Dobrze wiedziałam co zamierzał. Lewą dłonią chwycił moją prawą rękę, a prawą dłoń położył na mojej talii. Poprowadził mnie do walca. Mój ulubiony taniec.

____________________________________________________________
A o to 10 rozdział. Krótki ale zawsze lepsze coś niż nic. Proszę o komentarze...

Pozdrawiam
Ola

Rozdział 9- Powiedziałem coś nie tak?

CZYTASZ = KOMENTUJESZ

*Michelle*

Nareszcie skończyliśmy. Co prawda jesteśmy cali umazani w farbie, ale altana wygląda super. Trochę jak w "Zmierzchu".
Jo: Trochę jak ze zmierzchu, co?
J: Właśnie o tym pomyślałam.- zaśmialiśmy się oboje.
Jo: Ściemnia się. Wracamy?
J: A co? Boisz się ciemności?
Jo: Ciemności nie, ale ciebie owszem...
J: Mnie?
Jo: No... Jeszcze mnie zjesz i co będzie?
J: Josh, głupolu!- szturchnęłam go w ramię, a w zamian zostałam przerzucona przez ramię blondyna. Josh ruszył w kierunku domu a ja śmiałam się do takiego stopnia, że rozbolał mnie brzuch.


*Josh*

Kiedy już weszliśmy do salonu, stanąłem jak wryty. Anna była zdezorientowana, Martin zamyślony, chłopak z burzą loków płakał, a koleś w koszulce w paski go przytulał. Spojrzałem na Michi, a ona jakby zamieniła się w posąg. Do oczu naszły jej łzy. Nikt nie zauważył, że weszliśmy.
Mi: H-Ha-Harry?
H: Michi!- chłopak z lokami podbiegł do szatynki i mocno ją przytulił.


*Louis*

To był mój pomysł. Harry już ponad dwa lata nie widział się ze swoim kuzynostwem. Z początku myślałem, że Anna to Michi. Są bardzo podobne z charakteru. Ani Martin, ani Anna nie wiedzieli, że Michelle kontaktuje się z Harrym. Nic dziwnego. Im mniej osób o tym wiedziało, tym bezpieczniejszy był Harold.


*Harry*

J: Tak się cieszę, że cię widzę.- powiedziałem czując jak kolejna słona kropla spływa po moim policzku.
Mi: Tak bardzo tęskniłam...- mówiła drżącym głosem.
J: Co ci się stało skarbie?
Mi: Spadłam ze schodów...- powiedziała spuszczając wzrok na podłogę.
J: Jasne... Gdybyś powiedziała, że Martin z nich spadł, to bym uwierzył, ale ty jesteś najbardziej skoordynowaną osobą jaką w życiu poznałem. Co się stało?
Mi: Chri... Chris mnie pobił...- powiedziała, a łzy spływały po jej policzkach z prędkością wodospadu.
J: Dlaczego?- próbowałem być opanowany, ale miąłem ochotę rozerwać tego dupka.
Mi: To było pod wpływem emocji, bo...- urwała jakby wstydziła się czegoś.
J: Bo co kochanie?- spytałem troskliwym głosem.
Mi: Bo odrzuciłam jego oświadczyny...
J: Boże, kochanie...- przytuliłem ją mocno przez co dziewczyna mocniej się rozpłakała. Wziąłem ją na ręce i zaniosłem do jej pokoju.

*Louise*

Wątpię, żeby to ktoś przypadkowy napadł Michi i Chrisa. Poza tym Chris na pewno dałby sobie radę z dwoma na raz. Przecież tego go uczą już od 10 lat. Z resztą wszyscy wiedzą, że Martin i Josh nigdy nie lubili Chrisa. Na treningu widać było jak moi przyjaciele atakują Black'a.Z tego co słyszałam od Anny, nie jest on już z Michi. Dzisiaj ja i Nathan widzimy się z bratem. Zawsze obgadujemy  wszystkie nasze problemy. Jake zawsze nas słucha i doradza jak możemy pomóc znajomym. Pamiętam , że kiedy byłam jeszcze z Joshem, bardzo mnie wspierał. Josh wtedy opowiadał mi historię swojego 'kolegi'. Nie długo zajęło mi odgadniecie, że to o niego chodziło. Niniejszym wyjawił mi swój sekret. Josh od podstawówki podkochuje się w Michelle.


*Cleo*

            To co powiedzieli Anna z Martinem było kłamstwem jakiego jeszcze nie słyszałam. Nie wiem, po co to robią skoro i tak prawda w końcu wyjdzie na jaw. Głęboko się nad tym zastanawiam, ale z drugiej strony cieszę się, że chronią mojego brata przed większymi kłopotami. Przecież lada dzień do naszych drzwi może zapukać policja…

 *Michelle*

H: I co zamierzasz z tym zrobić?- spytał po godzinie milczenia siedząc w moim pokoju.
J: Nie wiem… Nie mam zielonego pojęcia, co powinnam zrobić. Na razie nie chcę nikomu mówić, ale prędzej czy później wyda się cała prawda. Albo ja, albo Cleo pękniemy i wszystko powiemy.
H: Michi. Nie można tego tak zostawić. Przecież mogłaś zginąć. Cud sprawił, że żyjesz.- podniósł lekko głos , ale zaraz się opanował.
J: Harry, możemy już o tym nie rozmawiać? Tak bardzo się z tobą stęskniłam. Daj mi się tobą nacieszyć.
H: Dobrze słońce.
J: Kocham cię Harry…- powiedziałam wtulając się w jego umięśniony tors.
H: Ja ciebie też Michelle Carter.- pocałował mnie w policzek i w czoło a, a później mocniej przytulił.


*Josh*

            Stałem pod drzwiami pokoju Michelle. Już chciałem nacisnąć klamkę kiedy usłyszałem te słowa. ‘Kocham cię Harry’. Poczułem się zdradzony. Czy to co powiedziała do mnie nie miało żadnego znaczenia? Zamknąłem oczy, wziąłem głęboki oddech i trzy razy zapukałem do drzwi.


 *Harry*

Mi: Proszę- powiedziała cicho spoglądając na drzwi.
Jo: Hej, przyniosłem wam Kakao.
Mi:O! Z piankami i bitą śmietaną! Nasze ulubione!
Na nią zawsze działało takie kakao. Ten Josh to dobry kandydat na chłopaka Michelle. Ba! Nadaje się nawet na jej męża!
Jo: To jaj już pójdę.- powiedział kierując się do drzwi.
J: Josh… Zostań. Tyle już się o tobie nasłuchałem i naczytałem, że chciałbym poznać cię osobiście.

Mi: Słyszał dużo, to prawda. Ale najnowsze wieści usłyszy jako pierwszy. Prawda Josh?
Szatynka uśmiechnęła się słodko ukazując swoje dołeczki w policzkach i odstawiając kubek na szafkę podeszła do blondyna. Słodko razem wyglądali.


*Louis*
H: Aaaaa! Wiedziałem! Ha! Ha! Ha! Wiedziałem!
J: Młody! O co chodzi?- powiedziałem łapiąc go w pasie i przerzucając go sobie przez ramię. Zawsze tak robiłem kiedy biegł wprost na mnie.
H: Hahaha! Lou! Postaw! Proszę! Haha!
Przeszedłem do salonu z Loczkiem na ramieniu i postawiłem go przed wszystkimi.
J: To o co chodzi?- spytałem i wszystkie oczy były skierowane na zielonookiego.
H: Michelle i Josh są razem!
Wszyscy: CO?!

*Michelle*

H: Powiedziałem coś nie tak?- usłyszeliśmy z Joshem mając przed sobą ostatni zakręt do salonu. Kiedy ujrzałam wszystkich znajdujących się w pomieszczeniu stanęłam jak wryta przez co Josh wpadł na mnie z impetem.
H: Ej, no, co jest? Nie cieszycie się?
Ch: To dlatego odrzuciłaś moje oświadczyny?- powiedział wstając z kanapy.
J: Co ty tu robisz? Co wy wszyscy tu robicie?
Spytałam kierując swoje słowa do Chrisa, Cleo, Louise, Mike’a, Bretta, Nathana i Samanty.


*Harry*
Ja pierdole… Co ja najlepszego zrobiłem?! Ale zaraz… Skoro to jego oświadczyny odrzuciła to znaczy…Zanim pomyślałem rzuciłem się na chłopaka.
J: Ty tępy chuju! Jak mogłeś zrobić jej krzywdę?!
Mi: Harry!- krzyknęła próbując mnie odciągnąć od jej ex.
J: Dobrze, że zostawiła cię teraz! Kto wie, jak by się to skończył?!- Martin z Joshem szarpali mnie próbując rozdzielić na mnie i Chrisa. Jego natomiast szarpało dwóch innych kolesi.
J: Mówisz, że ją kochasz, a później mało co ta dziewczyna przez ciebie nie zginęła! I jeszcze śmiesz przychodzić do jej domu jak by się nic nie stało?! Wiesz ile jesteś wart?!- splunąłem mu w twarz.-Tyle…


*Michelle*

J: Louis! Puść mnie! Puść mnie natychmiast!
Lou: Mnie: nie Michi! Oni muszą rozwiązać to sami.
J: Lou… Błagam… Nie chcę, żeby komuś stała się krzywda..- z oczu popłynęły mi łzy. Chłopak postawił mnie na ziemi , ale nadal nie puszczał moich ramion.
Lou: Michelle… Oni już są dorośli i sami za siebie odpowiadają.
J: Ale ja nie chcę nikogo stracić… Poza Martinem, Harrym, Joshem i Anną nie mam nikogo… To cała moja rodzina… To mój jedyny skarb…- cały czas płakałam.
Lou: Teraz masz także mnie.- powiedział i starł łzy spływające po moich policzkach.- Nawet taka opuchnięta, czerwona i z wielkim siniakiem na twarzy jesteś piękna.
J: Dziękuję Lou, ale błagam, wróćmy już tam…
Lou: Ale obiecaj mi , ze pozwolisz im to załatwić samym.
J: Obiecuję.

_____________________________________________________________
Hej :) Powracam po długiej przerwie z kolejnym rozdziałem. Średni jest, ale jak zawsze pozostawiam Wam ostateczną ocenę. Po raz kolejny proszę o komentarze. Już tracę wiarę w sens tego bloga.. Rozdział potrafi mieć 30 wyświetleń i 2 komentarze. Czy to naprawdę takie trudne wpisać chociaż jedno słowo? Nie mam ustawionych żadnych zabezpieczeń więc nie wiem w czym problem :( Przykro mi trochę. Wiem, że rzadko dodaję rozdziały ale mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Jestem teraz w bardzo trudnej sytuacji i mogę tworzyć tylko w moim zeszycie. Ostatnimi czasy mam chusteczkowy humor i przychodzą mi tylko do głowy głupie pomysły typu uśmiercanie bohaterów. Sami widzicie. Trochę się rozpisałam no ale cóż. Czekam na ocenę rozdziału. Osoby prowadzące własne blogi doskonale wiedzą jak każdy komentarz potrafi podnieść na duchu.

Do przeczytania
Ola